czwartek, 21 listopada 2019

Sebastian Uznański "Sznurki" - Recenzja

Lubię twórczość Sebastiana Uznańskiego, śledzę ją zresztą uważnie od dawna, bo od momentu gdy autor debiutował na łamach magazynu „Science Fiction Fantasy & Horror”. Jego długie, rozbudowane opowiadania bardzo często czarowały świetną kreacją świata i aż prosiły się o rozwinięcie w coś więcej. Wtedy tego nie doczekaliśmy, dopiero na późniejszym etapie kariery krakowski pisarz wszedł w dłuższą formę, różne okoliczności sprawiły jednak, że nigdy nie wybił się na tyle, by zaczęło kojarzyć go szersze grono odbiorców. „Sznurki”, siódma już powieść w dorobku, choć ma swoje momenty, raczej nie zmieni tego stanu rzeczy. 

Policja złapała seryjnego mordercę, który „specjalizuje” się w młodych kobietach. Okazuje się nim psychoanalityk, Jonathan Merren. Z uwagi na jego znaczne zdolności psychologiczne, funkcjonariusze obawiają się, że mężczyzna może zacząć manipulować przesłuchującymi go detektywami Na pomoc wezwany zostaje więc kolejny terapeuta, który ma stanąć z mordercą w swego rodzaju szranki – grę pełną symboliki i ryzyka. Kto wyjdzie z niej zwycięsko?

Tematyka seryjnych morderców zawsze była dla mnie bardzo interesująca. Śledzenie życiorysów zabójców, kierująca nimi motywacja, okoliczności, które ukształtowały ich charaktery – to motywy prawdziwie fascynujące, dlatego wieść, że polski autor bierze je na warsztat (nawet mimo faktu, że nie pisze tu o zbrodniarzu mordującym w prawdziwym życiu) była dość elektryzująca. Jak wyszło w praktyce? Nie tak jak się spodziewałem. I dodam słowo „niestety”. Nieco zawiódł mnie bowiem fakt, że Uznański mało miejsca poświecił samym morderstwom, które są przedstawione jako fakt dokonany i skupił się na rozgrywce między psychoanalitykami, a konkretnie na pojedynku zasadzającym się na analizie snów tej dwójki. 

Brzmi dziwnie? I faktycznie trochę takie jest. Aczkolwiek to jest akurat cechą charakterystyczną pisarstwa Uznańskiego.  I jak już się przeboleje fakt, że „seryjni” są tu w zasadzie przykrywką, a temat nie jest ruszony bardziej dogłębnie, to pomysł pojedynku na interpretację snów jako sposobu na weryfikację tożsamości mordercy i odnalezienie jego ostatniej ofiary zaczyna wyglądać całkiem ciekawie. Te motywy są jednak typowo fantastyczne i to od poszczególnego odbiorcy zależeć będzie jak zostaną odebrane. Mnie się akurat spodobały, bo jestem przyzwyczajony do stylu jaki autor prezentuje, ale rozumiem także tych czytelników, którym łączenie realistycznego thrillera z motywami ze snów nie przypadnie za bardzo do gustu. W każdym razie jest to coś dość oryginalnego i myślę, że warto to docenić. 

„Sznurki” mają taką konstrukcję, że już na samym początku dowiadujemy się, że policja złapała mordercę. Taki stan rzeczy wymusza, żeby akcja podążała konkretnymi ścieżkami, co ostatecznie prowadzi do dość przewidywalnego fabularnego twistu. Każdy kto ma na czytelniczym koncie więcej niż dwa czy trzy thrillery powinien bez trudu domyślić się w jakim kierunki cała intryga zmierza. I to jest niestety dość znaczącym mankamentem, bo nie dla każdego satysfakcjonujące będzie odkrywanie drogi do finału, który się przewidziało. Ja wolę być trzymany w niepewności do samego końca. 

Choć „Sznurki” nie są, przynajmniej w moim odczuciu, powieścią do końca udaną, to na pewno nie przynoszą Sebastianowi Uznańskiemu ujmy. Widać tu pewne charakterystyczne dla tego autora motywy, choć z drugiej strony zaskakująco mało w tej powieści pokręconej perwersji, której być może podskórnie oczekiwałem znając wcześniejszy dorobek krakowskiego literata, i która w sumie byłyby w literaturze poruszającej tę konkretną tematykę, wskazana. Większa dosłowność, większa brutalność, więcej kontrowersji – tego mi w „Sznurkach” zabrakło, choć patrząc całościowo, była to jednak lektura udana. 

Autor: Sebastian Uznański
Tytuł: Sznurki
Wydawca: Dom Horroru
Data wydania: kwiecień 2018
Liczba stron: 186
ISBN: 978-83-950201-3-1

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza