środa, 30 listopada 2016

Star Wars Komiks 1/2015 Skywalker Atakuje - Recenzja

Zanim do kin trafił Epizod VII, całe Expanded Universe przeszło spory lifting. Stare fabuły trafiły do jednego kosza z napisem Legendy, a kanon zaczął być tworzony na nowo. Zmiany nie ominęły komiksowej części uniwersum. Prawa do marki przejął Marvel i to amerykański gigant podjął się publikacji nowych przygód znanych i lubianych bohaterów. W Polsce od dawna gwiezdnowojenne komiksy wydaje Egmont, a nowa seria okazała się doskonałym pretekstem do reaktywacji wygaszonego jakiś czas temu projektu Star Wars Komiks. Pierwszy numer trafił w ręce rodzimego czytelnika krótko przed premierą Przebudzenia Mocy, a w jego wnętrzu można znaleźć sześć zeszytów głównej serii.

Akcja dzieje się krótko po zniszczeniu pierwszej Gwiazdy Śmierci. Rebelia kontynuuje walkę z Imperium, jednak nie ma odpowiednich środków, by pójść za ciosem. Dodatkowym utrudnieniem jest konieczność bycia w ciągłym ruchu – wszak świat, na którym mieściła się baza buntowników, został zniszczony. Zgrana ekipa, która zadała poważny cios Imperium, nie zgadza się we wszystkich sprawach. Luke chce podążać własną drogą, czując wewnątrz siebie, że musi jeszcze zrobić bardzo dużo, by zostać Jedi. W celu poszukiwań odpowiedniej drogi, udaje się na Tatooine, gdzie ma nadzieję znaleźć jakikolwiek ślad po Benie Kenobim. 

Trzeba przyznać, że do początkowych zeszytów decydenci podeszli nader poważnie. Nic dziwnego – dobry start nowego tytułu to ważna sprawa, warunkująca niejako jego miejsce na rynku i dalsze losy. Do projektu zaangażowano więc uznanych twórców. Za scenariusz odpowiedzialny został Jason Aaron, znany z wielu nietuzinkowych tytułów, a realistyczną i bardzo wpadająca w oko warstwę graficzną stworzył John Cassaday. Z połączenia talentów tych dwóch komiksowych tuzów musiało wyjść coś dobrego. I tak jest w istocie.

Pierwsze sześć numerów odświeżonego komiksowego Star Wars to przede wszystkim dużo akcji. Co jednak najistotniejsze, jest ona prowadzona z głową. Tempo jest szybkie, ale przebieg wydarzeń i ich specyfika przywodzi na myśl filmy Starej Trylogii. Aaronowi udało się zawrzeć tu charakterystycznego ducha kosmicznej przygody, który był obecny w tych kultowych dziełach kinematografii. Znani bohaterowie zostali świetnie rozpisani i są tu sobą – to dokładnie te same charaktery, które polubili fani na całym świecie. Wyraźnie czuć, że twórcy doskonale rozumieją klimat Gwiezdnych Wojen.

Całość okraszona jest wyrazistymi ilustracjami Johna Cassaday’a. Jak wspominałem wcześniej, jego styl jest bardzo realistyczny, co sprawia, że bohaterowie wyglądają idealnie. To w moim odczuciu niezwykle istotna cecha, osobiście nie jestem w stanie przekonać się do eksperymentów, jakim niektórzy rysownicy poddają postaci, które od wielu lat mają jasno określony wizerunek. Bywa, że takie zabawy kończą się zwyczajnym nieporozumieniem. Tak jest np. w przypadku rysunków Cama Kennedy’ego – wiem, że ten artysta ma swoich oddanych fanów, ale nikt mi nie powie, że jego wizja Gwiezdnych Wojen jest bardziej estetyczna od pracy Cassaday’a

Otwarcie Gwiezdnej Sagi wyszło Marvelowi naprawdę bardzo dobrze. Całość prezentuje się niezwykle atrakcyjnie zarówno pod względem intensywności akcji, jej sensu, oraz ilustracji. Wszystkie te elementy doskonale ze sobą współgrają, dając w efekcie bardzo wciągającą historię. Jedyne do czego można mieć zastrzeżenia to brak większej oryginalności, ale czy ktoś oczekuje nowości od opowieści z udziałem bohaterów od lat znanych i lubianych? Jeśli więc ten element nie będzie Wam przeszkadzał, nie sądzę, by ktokolwiek był rozczarowany pierwszym zbiorczym wydaniem nowego komiksowego kanonu Star Wars.

8/10

Autorzy: Jason Aaron (scenariusz), John Cassaday (rysunki), Laura Martin (kolory)
Tytuł: Star Wars Komiks 1/2015 – Skywalker Atakuje
Tytuł oryginału: Star Wars #1-6 – Skywalker Strikes
Tłumaczenie: Maciej Drewnowski
Wydawca: Egmont
Data wydania: sierpień 2015
Liczba stron: 148
ISSN: 1899-4881

czwartek, 24 listopada 2016

Miracleman - Recenzja

Mało jest komiksów, o których można powiedzieć, że zrewolucjonizowały nurt superbohaterski i weszły na stałe do żelaznego kanonu, a fani, mówiąc o nich, nadużywają przymiotnika „kultowy”. Co pierwsze przychodzi do głowy? Oczywiście Strażnicy i Powrót Mrocznego Rycerza. Oba są bezsprzecznie lekturami obowiązkowymi, ale jest jeszcze jedna postać, o której warto pamiętać. Postać, której przygody są w Polsce praktycznie nieznane. To Miracleman. Podejrzewam, że po lekturze tomu wydanego właśnie przez wydawnictwo Mucha Comics, wielu odbiorców uzna ten tytuł za warty miana klasyka i postawi go na półce na honorowym miejscu. Twórcy dali wiele powodów, by postąpić w taki właśnie sposób.

Mike Moran jest dziennikarzem. Konferencja prasowa, w której pewnego dnia uczestniczy, zostaje przerwana przez atak terrorystyczny. Moran, nieświadomy tego co robi, wypowiada pewne słowo i… zmienia się w superbohatera. Właśnie w tak banalny sposób rozpoczyna się monumentalna podróż Miraclemana, podczas której będzie on szukał swojej tożsamości, pozna mroczną przeszłość dotyczącą samego siebie i jemu podobnych, odwiedzi najdalsze zakątki wszechświata, a także zmierzy się z prawdziwym wcieleniem zła, spróbuje powstrzymać apokalipsę, a w końcu także podejmie próbę przeistoczenia całej Ziemi w utopię.

Miracleman rozpoczyna się od rzutu oka w przeszłość. Prolog to pokazanie sposobu w jaki przedstawiano superbohaterów w 1956 roku i – krótko mówiąc – jest on infantylny i prościutki. Zaraz jednak akcja przeskakuje w lata 80. XX wieku i to właśnie tu rozpoczyna się prawdziwa podróż. Alan Moore (autor zrzekł się praw do tytułu na rzecz twórcy postaci i w nowych wydaniach figuruje już bez personaliów, jako „Pierwotny scenarzysta ”) chce udowodnić, że motyw nadczłowieka można pokazać inaczej niż jako banalną historyjkę dla dzieci. W jego interpretacji zdecydowanie zyskuje on na powadze. Scenariusz nie boi się podjąć wielu tematów, którym daleko do banału – wraz z rozwojem akcji czytelnik może obserwować zmagania wszystkich członków „rodziny Miraclemana” czy to z własnymi lękami i demonami, czy z odpowiedzialnością najpierw za własną rodzinę, a później za cały świat.

Moore’owi udało się w doskonały sposób połączyć przygody bohatera z jego wczesnych lat z nowym, znacznie dojrzalszym wcieleniem. Wytłumaczenie tej metamorfozy jest wręcz genialne w swojej prostocie, nie powoduje u odbiorcy wątpliwości i doskonale wprowadza herosa w nowe realia. Są one bardzo bliskie zwykłemu życiu, co w momencie powstawania odnowionej wersji Miraclemana było dużym novum. W taki sposób superbohaterów zwyczajnie nie przedstawiano. Istotnym jest także fakt, że Miracleman nie stroni od pokazywania bardzo dosłownej przemocy. Niektóre sceny – nawet po tylu latach od premiery – wciąż szokują i mają dużą siłę rażenia.

Fabuła Miraclemana jest na dobrą sprawę dosyć prosta. Śledzi się ją z dużym zainteresowaniem, to prawda, ale zmierza od punktu A do punktu B i jest, mimo kilku retrospekcji, raczej liniowa. Najistotniejsze jest tu jednak to, co dzieje się w tym czasie z bohaterami. Obserwowanie w jaki sposób ewoluują jest prawdziwie fascynujące. Początkowo chodzi o dojście Morana do prawdy o swojej przeszłości. Już ten wątek przeprowadzony został perfekcyjnie, a im dalej, tym jest coraz ciekawiej. Wraz z rozwojem akcji Miracleman dojrzewa. Jego przemiana, wzrastająca świadomość, a co za tym idzie, także odpowiedzialność, ma ogromne znaczenie dla wszystkich dookoła.

Warstwa graficzna Miraclemana pozostawia po sobie bardzo dobre wrażenie. Odpowiada za nią kilku artystów. Twórcy nieznacznie różnią się od siebie stylami, ale na przestrzeni całego albumu jest to mało zauważalne. Najistotniejsze jest to, że rysownicy perfekcyjnie zrozumieli koncepcję Alana Moore’a i okrasili jego opowieść realistycznymi ilustracjami. Ma to kluczowe znaczenie zwłaszcza w kontekście powagi całej historii oraz prezentowanego w niej naturalizmu. Wybór jakiejkolwiek innej drogi zwyczajnie nie dałby tak dobrych efektów. Jeśli miałbym kogoś wyróżnić, byłby to prawdopodobnie Gary Leach. To on rozpoczął rysowanie serii, a efekty jego pracy są chyba najbardziej wyraziste spośród wszystkich pracujących przy Miraclemanie rysowników.

Miracleman to bez wątpienia jeden z najważniejszych tytułów wydanych w tym roku na polskim rynku. To również jeden z pierwszych komiksów traktujących o tematyce superludzi na poważnie. Takie ugryzienie tematu dało w efekcie arcydzieło. Według wielu opinii to dopiero kolejne projekty Alana Moore’a można za takowe uznać, ja jednak jestem zdania, że już w tej próbie osiągnął on pełen sukces. To po prostu pierwsze z kilku dzieł absolutnych, które autor ma na swoim koncie.

10/10

Tytuł: Miracleman
Tytuł oryginału: Miracleman
Scenariusz: Alan Moore, Mick Anglo
Rysunki: Garry Leach, Alan Davis i inni
Kolory: Steve Oliff
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawca: Mucha Comics
Data wydania: październik 2016
Liczba stron: 384
IBSN: 978-83-61319-74-0

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal i na nim była pierwotnie publikowana - KLIK )

sobota, 19 listopada 2016

Jessica Jones: Alias Tom 2 - Recenzja

Do czasu premiery serialu telewizyjnego, Jessica Jones nie była najbardziej rozpoznawalną bohaterką Marvela. Nie jest nią nadal, ale zekranizowanie jej perypetii na pewno przysporzyło tej postaci popularności. Na jej fali wydawnictwo Mucha Comics zdecydowało się zaprezentować polskiemu czytelnikowi serię Alias, w ramach której mamy okazję poznać kolejne śledztwa prowadzone przez byłą superbohaterkę, a obecnie prywatną detektyw. Pierwszy tom spotkał się z bardzo przychylnymi opiniami czytelników i krytyków, także drugi to kawał bardzo porządnego komiksu. 

W jednym z małych miasteczek niedaleko Nowego Jorku trwają poszukiwania szesnastolatki. Jessica Jones zostaje wynajęta przez matkę zaginionej. Ma odnaleźć jakikolwiek trop dziewczyny. Śledztwo nie przebiega jednak tak, jak powinno. Mieszkańcy miejscowości mają swoje małe sekrety, które mogą być jedną z bezpośrednich przyczyn zniknięcia. Pozostała część albumu to już krótsze historie. Poznamy w nich szczegóły pracy ochroniarzy adwokata Matta Murdocha, będziemy świadkami randki dwójki osób posiadających nadludzkie moce, a także dowiemy się w jaki sposób Jessica Jones została wolontariuszką, która może sobie pozwolić na żywienie potrzebujących ekskluzywnymi potrawami. 

Najdłuższa z zawartych w tomie historii intryguje ciekawym ujęciem małego miasteczka. Tutaj jest to sceneria, która okazuje się nie być tak sielankową, na jaką pozuje. Niby wszystko jest ładne, czyste i zgodne z prawem, lecz mieszkańcy miasteczka mają swoje grzeszki, które czasami nie są wcale takie małe. Portret zamkniętej społeczności jest dla Briana Michaela Bendisa pretekstem do ukazania ksenofobii, jaka często występuje na prowincji. Ludzie kiszą się tu we własnym sosie i są zamknięci na cokolwiek, co odstaje od normy. Autor ma spore wyczucie, nie popada bowiem w przesadę gloryfikując dziwactwa i motywując to tolerancją, a wpadnięcie w tę pułapkę było całkiem realne. Szczęśliwie, udało się jej uniknąć, a obraz małomiasteczkowej społeczności daje do myślenia, będąc przy tym bardzo wiarygodnym.

Alias ukazuje się w ramach imprintu MAX. Jego założenia to pokazanie historii, które można określić jako „dozwolone od lat 18”, pisanych bardziej na poważnie i często także zawierających mocne brutalne sceny. Tej ostatniej cechy tutaj co prawda brakuje, ale w przypadku perypetii Jessiki Jones chodzi przede wszystkim o poważny wydźwięk całości. Brakuje tu naiwności, częstej towarzyszki komiksów trykociarskich. Przez karty Alias przewijają się superbohaterowie, ale czytelnik nie uświadczy tu ani grama infantylizmu. Seria Bendisa wnosi do uniwersum Marvela tak potrzebny powiew realności i pod tym względem przywodzi na myśl świetne Gotham Central – w obu tytułach chodzi mniej więcej o to samo, uczłowieczenie poszczególnych uniwersów, co ostatecznie udało się doskonale.

Drugi tom Alias to także doskonałe dialogi. Między innymi dzięki nim całość czyta się tak wybornie. Czasami jest tu wulgarnie, ale taki manewr jest potrzebny, bo prawdziwi ludzie przeklinają. To jednak nie jedyna cecha warta odnotowania, rozmowy bohaterów są bowiem naturalne i dotykają istoty omawianej w kolejnych segmentach tematyki. Ta zaś często kręci się tu wokół superbohaterów, ale w nietypowym ujęciu. Widzimy ich jako normalnych ludzi, którzy robią to samo, co każdy inny – przekomarzają się, niezdarnie randkują, borykają z nałogami, mają zaszłości z prawem, pomagają potrzebującym (ale w inny sposób, bez spektakularnego zacięcia, anonimowo). Sama Jessica nie jest wolna od wad – pije, przeklina i bywa złośliwa, ale traktuje swoją pracę poważnie, jest także zwyczajnie dobrą osobą, co sprawia, że jej kibicujemy i życzymy jak najlepiej. To postać z krwi i kości i jest to doskonale widoczne wraz z rozwojem akcji. 

Ilustracje Michaela Gaydosa są dosyć surowe, co idealnie pasuje do przyziemnego charakteru scenariusza. Nie ma tu większych wizualnych fajerwerków, warto też zwrócić uwagę na różnorodne kadrowanie. Brak w nim określonego schematu, wszystko zależy od konkretnej sceny, więc znajdziemy tu np. powtarzające się kilkukrotnie twarze z inną zawartością dymków, kadry asymetryczne, czy też twórczo użytą pustą przestrzeń. Wszystko utrzymane jest w dosyć stonowanej kolorystyce. Odpowiedzialny za nią Matt Hollingsworth dobrze wyczuł charakter całości, nadając jej odpowiedniej barwy. Warto też zwrócić uwagę na kolaże przewijające się na okładkach i stronach pierwszej z historii, obrazujące pamiętnik poszukiwanej przez Jones dziewczyny. Ich konstrukcja to wizualna uczta. 

Alias to na tę chwilę jedna z najciekawszych serii wydawanych na polskim rynku. Perypetie Jessiki Jones przykuwają uwagę zwłaszcza dzięki intrygującym fabułom, poważnej tematyce i bohaterce, z którą ciężko nie sympatyzować. To tytuł, który potrafi zmusić do zastanowienia się nad pewnymi kwestiami, a to cecha nie zawsze obecna w komiksie około-superbohaterskim. Bezsprzecznie warto tę serię poznać. 

9/10

Autorzy: Brian Michael Bendis (scenariusz), Michael Gaydos (rysunki), Matt Hollingsworth (kolory)
Tytuł: Jessica Jones: Alias Tom 2
Tytuł oryginału: Jessica Jones: Alias #10-15
Tłumaczenie: Marek Starosta
Wydawca: Mucha Comics
Data wydania: październik 2016
Liczba stron: 152
ISBN: 978-83-61319-77-1

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal i na nim była pierwotnie publikowana - KLIK)