czwartek, 15 lutego 2018

Wonder Woman (Odrodzenie) Tom 1: Kłamstwa - Recenzja

Mimo, że Wonder Woman należy do wielkiej trójcy DC Comics, nigdy nie była postacią wybitnie popularną w Polsce. Wydawcy najczęściej poświęcali uwagę innym bohaterom, a Amazonka dostała swoje pięć minut stosunkowo niedawno, podczas inicjatywy „Nowe DC Comics”, kiedy w końcu zaczęła ukazywać się regularna seria z nią w roli głównej. Ponadto, w ramach linii "DC Deluxe", mieliśmy niedawno okazję przeczytać pierwszy tom runu Grega Rucki, traktujący o Dianie z Temiskiry. Teraz autor powraca do tej postaci, co zważywszy na wielce zadowalające efekty jego poprzedniego podejścia, zwiastuje nam komiks wyrastający ponad superbohaterską przeciętną, zauważalną niestety w wielu tytułach „Odrodzenia”.

Diana Prince zmaga się z przebłyskami wspomnień, co do których nie ma pewności skąd pochodzą, ale w głębi siebie czuje, że są realne. Ponadto, co jest dla niej szczególnie bolesne, bohaterka nie może odnaleźć drogi do Temiskiry. Żeby ponownie nią podążyć i chociaż na chwilę trafić do domu, wyrusza w głąb afrykańskiej dżungli, gdzie z pomocą Cheetah, swojej dawnej przyjaciółki, a obecnie kobiety zmienionej w hybrydę człowieka z gepardem, spróbuje odnaleźć prawdę, przy okazji powstrzymując ponowną inkarnację złego boga, Urzkartagi. W to samo miejsce wybiera się drużyna amerykańskich komandosów, dowodzona przez Steve’a Trevora, mężczyznę bliskiego sercu Wonder Woman.

Greg Rucka to scenarzysta zasłużony w przedstawianiu postaci wojowniczej Amazonki. Jego poprzednie podejście do tej postaci było naprawdę satysfakcjonujące, a „Kłamstwa”, co istotne, potwierdzają umiejętności autora. Pierwszy tom odrodzonej „Wonder Woman” już od samego początku intryguje – w zeszycie wprowadzającym zostaje nam przypomnianych kilka istotnych faktów na temat bohaterki, ale to zaledwie przedsmak, bo na łamach regularnej serii jest jeszcze lepiej. Wykreowany przez Ruckę świat przedstawiony jest miejscem niecodziennym. W afrykańskiej dżungli, którą eksplorują bohaterowie, jest miejsce dla mistycyzmu i magii, co o dziwo wcale nie razi, ale doskonale buduje mroczny, tajemniczy klimat.

Pozytywne wrażenie robią bohaterowie „Kłamstw”. Pierwsze skrzypce gra oczywiście sama Wonder Woman. Rucka przedstawia ją jako postać silną, ale też dosyć mocno zagubioną, która nie do końca orientuje się co właściwie się z nią dzieje, nie wie dlaczego nie pamięta o niektórych rzeczach i nie potrafi znaleźć drogi do domu. Te rozterki, jak na prawdziwą superbohaterkę przystało, wzmagają jednak determinację Diany, by dojść do prawdy i sprawiają, ze odbieramy ją jako wiarygodną i przekonującą.

Bardzo dobre wrażenie robią także inne postacie, spośród których na pierwszy plan wysuwa się Cheetah. Na pierwszy rzut oka wygląda ona co prawda dosyć absurdalnie, bo pół kobieta, pół gepard to połączenie nieco kuriozalne, tym niemniej autor zaprezentował ją w sposób na tyle sugestywny, by na wierzch wysunęły się cechy jej charakteru, a nie dziwaczne fizys. Uwikłana w skomplikowane i praktycznie nierozerwalne zależności, Cheetah jest bohaterką hipnotyzującą i w znacznym stopniu także tragiczną. Jej relację z Dianą i z więżącym ją w obecnej formie afrykańskim bóstwem są opisane w bardzo wnikliwy sposób, sprawiając, że stanowi ona kluczowy element fabuły.

Zaprezentowane w pierwszym tomie „Wonder Woman” rysunki także sprawiają pozytywne wrażenie. Odpowiedzialny za nie Liam Sharp wykonał kawał solidnej roboty, dając nam w efekcie ilustracje mroczne i czarujące dusznym nastrojem. Styl artysty doskonale sprawdza się zwłaszcza w scenach przedstawiających wydarzenia dziejące się w dżungli – widać w nich prawdziwą tajemniczość tego rejonu świata i wszechobecny mistycyzm afrykańskich wierzeń i rytuałów. Są tu nawet kadry, które głównie dzięki tak znakomicie wykreowanemu nastrojowi, równie dobrze mogłyby znaleźć się w niejednej opowieści grozy.

Nowa wersja „Wonder Woman” jest komiksem ze wszech miar satysfakcjonującym. Powrót do serii Grega Rucki zaowocował tytułem, który przede wszystkim intryguje. Spojrzenie autora na postać Diany Prince charakteryzuje się głębszym wejściem w psychikę bohaterów niż ma to zazwyczaj miejsce w seriach z nurtu superhero. Co ciekawe, zawarto tu numery nieparzyste regularnego cyklu – parzyste, traktujące o czymś innym, zostaną wydane jako tom zbiorczy numer dwa. Po lekturze pierwszej odsłony nowych perypetii Wonder Woman ciężko oprzeć się wrażeniu, że oto trzymamy w naszych rękach najlepszy tytuł z „Odrodzenia”.

Tytuł: Kłamstwa
Seria: Wonder Woman
Scenariusz: Greg Rucka
Rysunki: Liam Sharp
Kolory: Laura Martin, Jeremy Colwell
Tłumaczenie: Tomasz Kłoszewski
Tytuł oryginału: Wonder Woman vol. 1: The Lies
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: grudzień 2017
Liczba stron: 144
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Format: 167 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-2812-781-4

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Arena Horror i na nim była pierwotnie publikowana - KLIK)

wtorek, 13 lutego 2018

Punisher Max Tom 3 - Recenzja

Dwie poprzednie odsłony „Punisher Max” przyniosły nam kawał niezwykle mrocznej i bardzo brutalnej sensacji. Garth Ennis zaproponował w nich spojrzenie w głąb zdegenerowanego świata przestępczości zorganizowanej, a lektura całości robiła bardzo przygnębiające, ale zarazem także osobliwie hipnotyzujące wrażenie. Skala opisywanego zwyrodnienia powodowała, że zaczynaliśmy kibicować poczynaniom Punishera podczas jego krwawych rozpraw z bandytami. Najnowszy tom serii nie tylko tego obrazu nie zmienia, ale jeszcze go pogłębia. Mamy tu do czynienia prawdopodobnie z najbardziej udanymi historiami wydanymi w ramach cyklu.

Tym razem Frank Castle bierze na cel szajkę pochodzących z Europy Wschodniej handlarzy żywym towarem i stręczycieli kobiet. Grupa jest wyjątkowo okrutna, a konsekwencją traktowania przez nich „podopiecznych” są złamane życia i rany, których nie sposób wyleczyć. Po zakończeniu tej sprawy Punisher ląduje w Miami, gdzie postanawia rozprawić się z członkami pewnej korporacji. Na miejscu trafia na godnego siebie przeciwnika – wynajętego przez szefa firmy, niejakiego Barracudę, najemnika bez zasad i litości, który uwielbia stosować wobec przeciwników wymyślne sposoby zadawania bólu.

Ennis wziął się tym razem za problem niezwykle poważny i zarazem delikatny. Handel żywym towarem i zmuszanie do prostytucji to jeden z najpodlejszych rodzajów zbrodni, a autor pokazał ten proceder bez żadnych upiększeń – tutaj czarne jest czarne, a białe zwyczajnie nie istnieje. Klimat w „Handlarzach niewolników” jest dojmujący i wyjątkowo pesymistyczny – dla porwanych dziewczyn nie ma żadnej nadziei, bo w oczach wykorzystujących je przestępców nie są istotami ludzkimi, zaś dla policji w wielkich miastach ich los stanowi element statystyki, którą nie warto się przejmować. W komiksie jedynym ratunkiem dla odartych z człowieczeństwa kobiet okazuje się być Punisher, ale warto pamiętać, że w prawdziwym życiu często nie mają one nikogo, kto by się za nimi wstawił. Ennis uwypukla tu niedostrzegany na co dzień problem , o którym warto mówić – może nacisk mainstreamowego medium będzie jednym z czynników, które w końcu popchną odpowiednie organy do działania.

Scenarzysta zawiera jednak w tej opowieści więcej niż głos potępienia dla procederu handlu żywym towarem, bo porusza również problem homofobii. Jakkolwiek temat może być już dla niektórych czytelników nieco męczący (zwłaszcza w kontekście nieustających potyczek światopoglądowych w Polsce), tutaj został zaprezentowany w sposób, który nie budzi zastrzeżeń. Ennis przedstawia nam czarnoskórego policjanta geja, który musi mierzyć się z docinkami, a w końcu także  przemocą ze strony współpracowników. Mimo że motyw stanowi ledwie dodatek do głównej linii fabularnej tej części tomu, to zarysowany został przekonująco i  pokazuje, że jest to problem, z którym wciąż trzeba się borykać, nawet w tak rozwiniętych społeczeństwach jak amerykańskie.

Druga połowa albumu to już opowieść o nieco mniejszej sile rażenia. W „Barracudzie” scenarzysta wciąż potrafi poruszyć pewne frapujące tematy, jak chociażby bezduszność wielkich korporacji i lekceważeniem przez nie zwykłego człowieka, ale całość jest już w bardziej wyczuwalny sposób nastawiona na akcję. To dynamiczna i brutalna historia, a swoistego uroku dodaje jej szczypta makabrycznego poczucia humoru, czyli element, który do tej pory w serii nie występował. Jak się jednak okazuje, zabieg okazał się udany, ponieważ nadał całości nieco innego, trochę lżejszego charakteru. Ta chwila oddechu wydawała się potrzebna po niezwykle przygnębiającej pierwszej części albumu. Nie zrozumiejmy się jednak źle – to wciąż jest ten sam Punisher, tylko w nieco bardziej rozrywkowym wydaniu.

Ilustracje, jak zawsze w przypadku tego cyklu, robią bardzo duże wrażenie. Za każdą zawartą tu historię odpowiadał inny artysta, ale obaj stanęli na wysokości zadania. Leandro Fernandez już wcześniej przy serii pracował, tutaj jego styl drastycznie się nie zmienił, chociaż całościowo prezentuje chyba wyższy poziom niż przy dwóch poprzednich tomach – w oczy rzuca się zwłaszcza większe dopracowanie twarzy poszczególnych bohaterów. Goran Parlov to natomiast artysta debiutujący w „Punisher Max”. On rysuje inaczej, preferuje grube kontury i mniej realistyczny styl, nieco słabiej uwypuklając krwawe detale kadrów przedstawiających efekty działań Punishera.

Trzeci tom „Punisher Max” jest najlepszym z dotąd wydanych. Garth Ennis zaprezentował w nim dwie fabuły o nieco innym ciężarze gatunkowym, co przyniosło bardzo dobry efekt, bo po najbardziej dołującej opowieści w serii dostaliśmy lekkie wytchnienie, choć wciąż w stylu scenarzysty. Fanów serii nie trzeba przekonywać do tej lektury, jeśli jednak ktoś niekoniecznie ma w planach zbieranie całości, a chce zapoznać się z tą interpretacją postaci Punishera, to tom numer trzy (zawierający dwie zamknięte historie) będzie ku temu najlepszą okazją.

Tytuł: Punisher Max
Seria: Max Comics
Tom: 3
Scenariusz: Garth Ennis
Rysunki: Leandro Fernandez, Goran Parlov
Kolory: Dan Brown, Gulia Brusco
Tłumaczenie: Marek Starosta
Tytuł oryginału: Punisher Max vol. 3
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Marvel
Data wydania: grudzień 2017
Liczba stron: 288
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-1862-1

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal i na nim była pierwotnie publikowana - KLIK)

czwartek, 8 lutego 2018

Nightwing (Odrodzenie) Tom 1: Lepszy niż Batman - Recenzja

„DC Odrodzenie” przyniosło start kilku serii, których dotąd nie mieliśmy okazji czytać po polsku. Jedną z nich jest „Nightwing”, traktujący o solowych perypetiach Dicka Graysona, pierwszego Robina, a później także (przez chwilę) Batmana oraz szpiega. Porzucenie superbohaterskiego życia nie było, jak się okazuje, permanentne. Ciągnie wilka do lasu – Grayson ponownie przywdziewa czarnoniebieski strój i rusza walczyć ze zbrodnią. Tim Seeley, twórca dobrze obeznany tak z postacią, jak i z uniwersum Nietoperza, zaprasza nas na pełną akcji jazdę.  

Końcówka „Wojny Robinów” przyniosła ze sobą nieoczekiwane rozwiązania. Nie mając innego wyjścia, Dick Grayson zaczął pracować dla Trybunału Sów i wykonywać zlecone przez stowarzyszenie misje. Jak okazuje się już na samym początku omawianego tomu, punkt nacisku, jaki Sowy miały na Nightwinga, jest już nieaktualny. Jednak Grayson, świadomy faktu, że zgromadzenie nie ma o tym pojęcia, postanawia wykorzystać okazję i zinfiltrować organizację od wewnątrz. Wykonując wraz z nowym partnerem, niejakim Raptorem, zlecone misje, Nightwing przygotowuje się do uderzenia w zleceniodawców.

Atrakcją „Lepszego niż Batman” jest niewątpliwie relacja panująca między Nightwingiem a Raptorem. Współpraca tych dwóch, jakkolwiek narzucona z góry, wraz z biegiem czasu nabiera coraz wyraźniejszych barw. Seeley stara się zaprezentować nową postać, porównując ją z dawnym partnerem głównego bohatera, czyli Batmanem. Wybór dał twórcy możliwość pokazania różnic dzielących te postaci i pokazania, że dążyć do celu można różnymi metodami. Uwypuklona tu została także chęć samodzielnej pracy ze strony Graysona, który dzięki oderwaniu się od Nietoperza chce stać się lepszą wersją samego siebie, a być może także przewyższyć dawnego mentora.

To co odróżnia „Nightwinga” od „Batmana” jest na pewno większa ilość humoru pojawiająca się na kartach pierwszego z tytułów. Ironicznymi one-linerami często rzuca sam Grayson, a postacią niepozbawioną poczucia humoru, okazuje się także Raptor. Dużo tu mocno wyczuwalnego luzu, który skutecznie rozładowuje atmosferę, gdy ta staje się zbyt napięta. Pomaga w tym zresztą także postać samego Nightwinga, który nie jest tak napuszony jak Nietoperz. W interpretacji Seeley’a jest to bohater, z którym łatwo można się identyfikować, wiarygodny i wzbudzający sympatię. Innymi słowy – jest to heros, co do którego można łatwiej uwierzyć, że stoi bliżej życia codziennego niż inni z zamaskowanych obrońców prawa.

Całkiem dobre wrażenie sprawia fabuła tomu otwierającego odrodzonego „Nightwinga”. Seeley umiejętnie wykorzystuje jeden z najciekawszych elementów świata przedstawionego, czyli wprowadzony przez Scotta Snydera Trybunał Sów. Organizacja stara się wykorzystać swoje wpływy i wykorzystać Graysona do realizacji własnych celów. Misje, w których uczestniczy bohater, są emocjonujące i dosyć dobrze przemyślane. Dominuje w nich akcja, która używana jest najczęściej jako tło do pokazania wspomnianych wcześniej relacji Nightwing-Raptor. Dobre wrażenie sprawiają także nawiązania do przeszłości obu współpracujących ze sobą mężczyzn – głębsze wejście w przeszłość pozwala lepiej umotywować poczynania Raptora i unaocznić czytelnikowi, że ta postać mocno się jednak różni się od byłego Robina.

Poza zeszytem zawierającym wstęp do serii, za rysunki odpowiedzialny jest tu tylko jeden artysta, Javier Fernandez. Osobiście jestem zwolennikiem takiego rozwiązania, ponieważ pozwala ono na to, by warstwa graficzna całej opowieści pozostała ujednolicona. Gdy bowiem mowa o zamkniętej i nie tak znowu dużej objętościowo całości, absolutnie niepotrzebne jest mieszanie różnych stylów. A jak prezentują się efekty pracy Hiszpana? Przyzwoicie. Ilustracje, jak przystało na tytuł prezentujący przygody bohatera związanego z Gotham City, są odpowiednio mroczne i sugestywne. Z kolei rysowanie twarzy jest miejscami nieco staromodne, ale takie retro-podejście sprawdza się, o dziwo, doskonale.

Czy „Nightwing” jest „Lepszy niż Batman”? Jeśli weźmiemy pod uwagę obie odrodzone serie, odpowiedź będzie jednoznaczna – oczywiście, że tak. Pojedynek twórców, którzy odpowiadali za losy Graysona w „Nowym DC Comics” wypadł zdecydowanie na korzyść Tima Seeley’a, który, w odróżnieniu od Toma Kinga, miał pomysł na przygody prowadzonego przez siebie superbohatera. „Nightwing” pod jego wodzą to komiks rozrywkowy, który jednak potrafi zaintrygować i pod płaszczykiem lekkości przemycić kilka ciekawych motywów. Miejmy nadzieję, że w dalszej części tego runu sytuacja nie ulegnie żadnym drastycznym zmianom, a wysoki poziom zostanie utrzymany.

Tytuł: Lepszy niż Batman
Seria: Nightwing
Scenariusz: Tim Seeley
Rysunki: Javier Fernandez
Kolory: Chris Sotomayor, Nathan Fairbairn
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Nightwing vol.1: Better Then Batman
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: grudzień 2017
Liczba stron: 156
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Format: 167 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-2812-779-1

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Arena Horror i na nim była pierwotnie publikowana - KLIK)