środa, 18 stycznia 2017

Outcast Tom 1: Otacza go Ciemność - Recenzja

Podczas gdy praktycznie wszystkie wydawane w Polsce tytuły o tematyce superbohaterskiej przejęło inne wydawnictwo, Mucha Comics skupiło się w znacznej mierze na komiksowej grozie. Dopiero co zakończona została publikacja znakomitego Fatale, a już mamy okazję rzucić okiem na dwa nowe cykle. Pierwszy, Hrabstwo Harrow, miał premierę dwa miesiące temu i zaprezentował horror w formie nieco baśniowej. Za to drugi, Outcast, eksploruje bardziej klasyczne rejony. Opętania, egzorcyzmy, demony – to wszystko znajdziemy w kolejnym projekcie twórcy słynnych Żywych Trupów

Kyle Barnes jako dziecko był świadkiem opętania. Demon posiadł jego matkę, ale wówczas chłopak nie zdawał sobie sprawy, z czym się zetknął. Miał tylko świadomość tego, że kobieta, która wcześniej go kochała, drastycznie zmieniła swoje nastawienie i zaczęła zachowywać się tak, jakby nienawidziła własnego syna. Koszmar miał swój ciąg dalszy, naznaczając małżeństwo bohatera. Trauma sprawiła, że wycofał się ze społeczeństwa i wybrał samotne życie, izolując się od świata zewnętrznego w rodzinnym domu. Jednak świat nie zapomniał o Kyle’u. Spotkanie z siostrą, a później z miejscowym pastorem, staje się dla mężczyzny impulsem, który może przerwać wieloletnią stagnację.

Tematyka demoniczna to w horrorze chleb powszedni. Tytułów dotykających opętań i upadłych aniołów znajdziemy w kulturze popularnej sporo. Te naprawdę dobre można jednak policzyć na palcach jednej ręki (w porywach obu). W Outcast Kirkman próbował zamieszać w tym tyglu na tyle mocno, by stworzyć coś oryginalnego. U Amerykanina, przynajmniej na tę chwilę, istotny wydaje się szerszy plan. Na kartach Otacza go ciemność widzimy zaledwie jego zarysy, ale można odczuć, że jest to coś wielkiego. Demony są tu, nomen omen, diabelnie niebezpieczne i, co gorsza, wszystko wskazuje na to, że ze sobą współpracują. Walka nie toczy się tylko o pojedyncze dusze – stawka może być o wiele większa. Autor co prawda stosuje chwyty znane (ale powiedzmy sobie szczerze, sceny egzorcyzmów ciężko jest przedstawić w nowatorski sposób), jednak trzeba sporej wprawy, by z takowych poskładać interesującą całość. Oryginalności więc raczej za wiele tu nie ma, ale to niekoniecznie musi być odczytane jako wada. Co bowiem istotniejsze, jest dobrze pod względem scenariusza – Outcast intryguje, ale widać również to, że pierwszy tom stanowi ledwie rozruch, a akcja ruszy szybciej w kolejnych. 

Powolne tempo narracji sprzyja poznaniu protagonistów – nie będąc przytłoczonymi galopującymi wydarzeniami, bohaterowie mają okazję mocniej zapaść w pamięć czytelnika. Kyle Barnes, jest początkowo wyjątkowo enigmatyczny, a Kirkman oszczędnie dawkuje kolejne informacje na temat jego przeszłości. W pierwszej części albumu ciężko jest go polubić, ponieważ zaprezentowany został jako antypatyczny odludek. Z czasem sytuacja zaczyna się jednak zmieniać – im więcej faktów poznajemy, tym bardziej odbiorca rozumie motywację Kyle’a, a nawet zaczyna mu kibicować. Co ważne, swoją rolę do odegrania mają tu także bohaterowie drugoplanowi. Oni również są istotni, a autor ma dobrą rękę w ich prowadzeniu. Na pierwszy plan wysuwa się zwłaszcza tajemniczy starszy mężczyzna-demon. Jego motywacje nie są do końca znane, ale prawdopodobnym jest, że odegra on dużą rolę w życiu Kyle’a.

Dobrym krokiem ze strony Kirkmana okazało się położenie nacisku na wątki obyczajowe. Umiejętnie połączone z grozą, robią duże wrażenie, nadając całości realizmu. Stając do walki ze złem, bohaterowie nie odgrywają chojraków. Wyraźnie widać, że są przestraszeni, ale starają się działać, spychając strach głębiej. Autorowi udało się również wiarygodnie pokazać życie człowieka, który zmaga się z traumą i poczuciem winy. Zwłaszcza początkowe sceny, gdy Kyle tkwi zamknięty w domu, walcząc z własnymi demonami, są wyjątkowo sugestywne. 

Paul Azaceta, autor ilustracji do pierwszego tomu Outcast rysuje dosyć specyficznie. Na pierwszy rzut oka jego prace sprawiają odpychające wrażenie – są brudne, trochę niechlujne oraz utrzymane w bardzo stonowanej kolorystyce. Uczucie jednak szybko mija, a wraz z kolejnymi scenami rysunki coraz bardziej komponują się z opowiadaną przez Kirkmana historią, świetnie się nawzajem uzupełniając. Na wielu stronach Azaceta stosuje interesujący manewr – mianowicie w osobnym, malutkim kadrze, zamieszcza na przykład reakcje bohaterów na kolejne wydarzenia, rysujące się na ich twarzach emocje, czy też istotne detale. Nie w każdym miejscu jest to zabieg niezbędny, ale w większości spełnia swoje zadanie, dodatkowo budując napięcie i uwiarygadniając emocje przeżywane przez protagonistów. 

Pierwszy tom nowej horrorowej serii Roberta Kirkmana, robi dobre wrażenie. Brakuje w nim co prawda „efektu wow”, ale snuta przez scenarzystę opowieść potrafi zainteresować. Jest w niej sporo potencjału i miejmy nadzieję, że zostanie on odpowiednio wykorzystany w kolejnych tomach. Cieszy, że Mucha Comics w dalszym ciągu eksploruje tę konkretną niszę na komiksowym poletku, fani grozy mogą takiej strategii tylko przyklasnąć, zwłaszcza, gdy kolejne prezentowane tytuły będą prezentowały podobny poziom co właśnie Outcast

Tytuł: Outcast: Opętanie. Tom 1: Otacza go ciemność
Tytuł oryginału: Outcast Vol. 1
Scenariusz: Robert Kirkman
Rysunki: Paul Azaceta
Kolory: Elizabeth Breitweiser
Tłumaczenie: Marek Starosta
Wydawca: Mucha Comics
Data wydania: grudzień 2016
Liczba stron: 152
ISBN: 978-83-61319-79-5

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal i na nim była pierwotnie publikowana - KLIK)

wtorek, 10 stycznia 2017

Michał J. Chmielewski "Złe" - Recenzja

Branża wydawnicza nie należy do najbezpieczniejszych, nieraz już słyszeliśmy o upadku kolejnej firmy, dla której prawa rynku okazały się zbyt brutalne. Tym bardziej cieszy, że stosunkowo młode wydawnictwo od dłuższego czasu utrzymuje się na powierzchni i radzi sobie względnie dobrze. Mowa o Genius Creations, które specjalizuje się w wydawaniu polskiej fantastyki. Ta wciąż pozostaje niestety gatunkiem niszowym, więc na słowa uznania zasługuje chęć prezentacji czytelnikowi co ciekawszych historii, których autorami są w dodatku twórcy młodzi i często debiutanci. Nowa pozycja w katalogu wydawnictwa odchodzi jednak od tego schematu i wydaje się być próbą zbadania nowego, poza fantastycznego terytorium. 

Akcja powieści toczy się w fikcyjnym, sześciotysięcznym mieście Baskin. To tutaj żyją państwo Jasińscy. Głowa rodziny, Andrzej, to domowy tyran. Mężczyzna nadużywa alkoholu, a agresję i frustrację wyładowuje na Iwonie, swojej żonie i dzieciach. Sytuacją tej patologicznej rodziny nie interesuje się nikt, ale pewnego dnia wydaje się, że w ciemnym tunelu zapala się odległe, słabe światełko. Iwona spotyka starego szkolnego kolegę, Tomasza. Mężczyzna jest niespełnionym dziennikarzem, a splot okoliczności sprawia, że poznaje historię przemocy w domu Jasińskich. W napisaniu artykułu upatruje dla siebie przede wszystkim szansy na wyrobienie nazwiska, ale opisanie sytuacji może pomóc Jasińskiej i jej dzieciom uciec z bagna domowej przemocy. Sęk w tym, że na odstąpienie od oprawcy może być już stanowczo za późno. 

Złe napisane jest językiem prostym, ale odpowiednio plastycznym. Wyraźnie widać, że autor umie pisać – pod względem stylu jest naprawdę bardzo dobrze, a książkę czyta się błyskawicznie. Chmielewski nie stroni od wulgaryzmów, i o ile w innych powieściach ich nadmiar mógłby razić, tak w tym przypadku ów zabieg dodaje fabule wiarygodności. Bohaterami są wszak ludzie z klasy co najwyżej średniej, pogrążeni w patologii, więc ostatnim na co zwracaliby uwagę jest piękna polszczyzna. Ponadto autor nie koloryzuje rzeczywistości, a miejsca w których rozgrywa się akcja, są szare i nijakie, zarazem jednak dziwnie hipnotyzujące. 

W Złym autor sygnalizuje i opisuje kilka istotnych problemów, z jakimi borykać się musi rodzina żyjąca w cieniu domowej tyranii. Podstawowa sprawa to oczywiście przemoc zamknięta w czterech ścianach. Tutaj pokazana jest ona jako element życia codziennego, swoista rutyna. Takie spojrzenie jest iście przerażające, ponieważ bohaterowie wiedzą, że ucieczka z podobnego szamba graniczy z cudem. Za przemocą idzie też sprawa szybko zakończonego dzieciństwa. Zarówno szesnastoletnia Justyna, jak i dwunastoletni Kryspin nie są już dziećmi, bo zwyczajnie nie mogą sobie na taki luksus pozwolić. Nie żyją problemami, jakie mają ich rówieśnicy, lecz koncentrują się na tym, by nie wchodzić w drogę ojcu. Co nie zawsze się udaje. 

Zaletą powieści Chmielewskiego jest na pewno umiejętne prowadzenie bohaterów. Co istotne, każdy protagonista jest inny i ma odmienne motywacje. Największą uwagę zwracają zwłaszcza Justyna i Iwona. Córka i matka, jednak odmiennie reagujące na sytuację, w której się znalazły. Nastolatka chce wziąć sprawy w swoje ręce i pragnie uwolnić się od ojca-despoty. Tymczasem jej matka sprawia wrażenie kobiety przegranej, co motywowane jest szeregiem okoliczności takich jak lata przemocy fizycznej i psychicznej oraz groźby. Niebagatelną rolę w zachowaniu kobiety odgrywa także troska o własne dzieci. Obie są na pewno postaciami z krwi i kości, których los nie jest czytelnikowi obojętny. Co najistotniejsze, tyczy się to właściwie każdego kolejnego bohatera. 

Złe ma jednak jeden podstawowy problem. O przeżyciach członków rodziny Jasińskich czyta się z niekłamanym przejęciem, jednak w pewnym momencie poziom opisywanej patologii niebezpiecznie zahacza o granicę absurdu. Wydawać się może, że Chmielewski zapragnął wrzucić do jednego worka wszystkie zwyrodnialstwa, jakie może wymyślić człowiek. Niestety przedobrzył. Nie chcę wdawać się w szczegóły, gdyż takowe mogłyby popsuć lekturę tym czytelnikom, którzy zechcą po Złe sięgnąć, jednak ciężko oprzeć się wrażeniu, że przy zachowaniu większego umiaru powieść miałaby jeszcze większą siłę rażenia. Czasami po prostu „mniej” znaczy „więcej” i dokładnie tak jest w tym przypadku. 

Papierowy  debiut Michała Chmielewskiego jest powieścią poruszającą. Ta lektura mocno oddziałuje na odbiorcę i nie pozostawia go obojętnym. Być może o rzeczach złych łatwiej jest pisać niż o dobrych, mimo to jednak, autorowi udało się stworzyć opowieść, która zmusza do myślenia. Złe w znacznej mierze wykorzystało potencjał, który niósł temat patologii w rodzinie. W ostatecznym rozrachunku zalet tej książki jest zdecydowanie więcej niż wad. Warto śledzić dalsze literackie postępy Chmielewskiego – to autor, który ma talent i, co ważniejsze, także warsztat. 

Autor: Michał Jan Chmielewski
Tytuł: Złe
Wydawca: Genius Creations
Data wydania: grudzień 2016
Liczba stron: 306
ISBN: 978-83-7995-080-5

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal i na nim była pierwotnie publikowana - KLIK)

sobota, 7 stycznia 2017

Batman Tom 7: Ostateczna Rozgrywka - Recenzja

O komiksach o Batmanie od Scotta Snydera można powiedzieć wiele, ale chyba najtrafniej opisać je za pomocą słowa  „bombastyczne”. Właściwie każdy zbiorczy tom, do którego scenariusz napisał młody Amerykanin (wyjątkiem jest zbierająca luźne historyjki Cmentarna szychta), cechuje się tym, że opisuje wielkie wydarzenia, a obraz Gotham i Bat-rodziny po ich wybrzmieniu, nigdy nie jest taki sam. Ta monumentalność przez niektórych może być postrzegana jako wada, ale jedno jest pewne – Snyder ma pomysł na postać Batmana i konsekwentnie go realizuje. Ostateczna rozgrywka nie stanowi w tym kontekście wyjątku. 

Po krótkiej nieobecności do Gotham City powraca Joker. I jak to zazwyczaj w takich przypadkach bywa, szaleniec z miejsca zaczyna siać w mieście zamęt i terror. Nie dość, że jakimś sposobem napuszcza na Batmana jego przyjaciół z Ligi Sprawiedliwości, to jeszcze zatruwa miasto śmiercionośnym gazem. Robił to już wcześniej, jednak tym razem problem jest wyjątkowo trudny do rozwiązania – toksyna opiera się wszelkim próbom modyfikacji, a miasto powoli zmierza w stronę zagłady. By je ocalić, Batman będzie musiał wznieść się na wyżyny swoich umiejętności i skorzystać z pomocy niespodziewanych sojuszników. Jednak na ratunek może już być za późno, Klaun jest tym razem wyjątkowo zdeterminowany i, jeśli to w ogóle możliwe, jeszcze bardziej szalony niż dotąd. 

Już sam tytuł sugeruje, że tym razem Snyder przyszykował dla czytelników coś wyjątkowego. Często bywa jednak tak, że zapowiedzi zapowiedziami, a im mocniej nadmucha się balonik, tym większe rozczarowanie, gdy pęka z hukiem, zostawiając po sobie kolejny produkt, który tylko udawał, że będzie czymś wiekopomnym. Z drugiej strony, gdy spojrzymy na „nietoperzą” bibliografię autora, powody do obaw nie są już tak duże. To Snyder dał nam wszak rewelacyjne Mroczne odbicie, to on udanie dodał do mitologii Batmana tajemniczy Trybunał Sów, to on w końcu spróbował pokazać w nowy sposób początki Mrocznego Rycerza na łamach Roku zerowego. Bezsprzecznie jest to autor, który ma coś do powiedzenia. W Ostatecznej rozgrywce udowadnia, że wciąż nie brakuje mu błyskotliwych pomysłów. 

Słowa uznania należą się scenarzyście przede wszystkim za znakomite wykreowanie nowego wizerunku Jokera. Do tej pory często była to postać, która jawiła się, owszem, jako jeden z głównych antagonistów Batmana, ale zarazem jako ktoś, kogo nie można traktować poważnie. Jego plany za każdym razem zbierały śmiertelne żniwo, ale można było odnieść wrażenie, że było w nich dużo krwawej zabawy i chęci „ścigania się” z obrońcą miasta. To nie był ktoś, kto mógł zagrozić czymś bardziej radykalnym. Niektórzy powiedzą zapewne: „Hola! Przecież w tym tkwi cały urok Jokera!”. I z takim postawieniem sprawy ciężko się nie zgodzić, jednak każda rutyna z czasem staje się mordercza. Ja stoję na stanowisku, że temu konkretnemu złoczyńcy należało się w końcu coś więcej niż tylko wieczna mordercza błazenada. I właśnie nową definicję i rewitalizację Jokera przyniósł ze sobą Snyder. Już w Śmierci rodziny widać było oznaki, że będzie to zupełnie inny złoczyńca niż dotychczas, jednak dopiero teraz widać w pełnej skali te wszystkie zmiany, które wprowadził scenarzysta. Klaun nie jest już tylko klaunem – na jego plany nie patrzymy jak dotychczas, z przymrużeniem oka, ale z czystym przerażeniem, chyląc przy okazji czoła zbrodniczemu geniuszowi. To naprawdę duża zmiana, ale, co najistotniejsze, Snyder przeprowadził ją doskonale, bez poczucia szargania świętości. 

Fabuła Ostatecznej rozgrywki poprowadzona jest w niezwykle precyzyjnie, jest też przemyślana w najdrobniejszych szczegółach. Snyderowi często zarzuca się, że nadmiernie komplikuje swoje scenariusze, co utrudnia zorientowanie się w intrydze. Głosy malkontentów nie są nieuzasadnione, bo twórca czasami faktycznie przesadza (choćby w najbardziej nierównym z jego dzieł, Roku zerowym, gdzie w pewnym momencie zgubił odpowiednią dramaturgię), jednak w finalnej konfrontacji obrońcy Gotham z jego nemezis jest – na szczęście – zgoła inaczej. Owszem, składowych tej opowieści jest wiele, ale autor ani na moment nie gubi głównej myśli. Pełno tu emocji, akcji i niespodziewanych rozwiązań, widocznych na przykład w błyskotliwym zeszycie otwierającym, kiedy polowanie Ligi Sprawiedliwości na Batmana trzyma czytelnika w nieustannym napięciu. Najważniejsze jest jednak to, że wszystkie te cechy są doskonale widoczne na całej przestrzeni albumu. Odbiorcy ciężko jest przewidzieć co się za chwilę wydarzy, a suspens jest bez wątpienia jedną z najbardziej pożądanych elementów historii o Batmanie.

Nigdy nie byłem wielkim fanem ilustracji Grega Capullo. Jego styl nie do końca pasuje mi do opowieści z Nietoperzem w roli głównej, głównie dlatego, że bohater często bywa w jego interpretacji zbyt rysunkowy, przypominając tę wersję z The Animated Series. Zwyczajnie nie do końca kupuję tę konkretną konwencję i, paradoksalnie, zazwyczaj bardziej podobają mi się zamieszczane na ostatnich stronach albumów szkice artysty, niż wersje wypełnione kolorem. Tutaj styl Capullo nie ulega drastycznej zmianie. Ci, którzy zakochali się w nim w poprzednich odsłonach Batmana, będą ukontentowani, ale nieprzekonani zdania nie zmienią. Jednak gdy odłoży się na bok osobiste preferencje, nie sposób nie przyznać, że całościowo ilustracje w Ostatecznej rozgrywce są po prostu solidne, a wizja Jokera, który jest tutaj brudny, zły i aż kipi szaleństwem, jest naprawdę przerażająca. 

Ostateczna rozgrywka jest komiksem, który przez wielu zostanie uznany za najlepszy z runu Scotta Snydera. Sam przychylam się do takiej właśnie opinii, bo to, co zaserwował nam tym razem amerykański twórca, to prawdziwy majstersztyk. To świetne (niemalże) zwieńczenie Batmana ze zrestartowanego Uniwersum DC, które doskonale spina klamrą dotychczasowe opowieści. Snyder pokazał, że idealnie czuje tę postać i jest odpowiednią osobą na właściwym miejscu. Teraz już wiemy, że w wersji Rebirth stery głównego wydania Batmana przejął ktoś inny, ale dobrą informacją jest to, że Snyder nie znika całkowicie, a powierzenie mu All Star Batman nie może zakończyć się inaczej, niż sukcesem. W każdym razie ja głęboko w taki obrót spraw wierzę. 

Tytuł: Batman Tom 7 – Ostateczna rozgrywka
Tytuł oryginału: Batman Vol. 7 – Endgame
Scenariusz: Scott Snyder
Rysunki: Greg Capullo
Kolory: FCO Plascencia
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawca: Egmont
Data wydania: grudzień 2016
Liczba stron: 176
ISBN: 978-83-281-1834-8


(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal i na nim była pierwotnie publikowana - KLIK)