piątek, 21 kwietnia 2017

Chłopaki Tom 3: Balsam dla duszy - Recenzja

Trzeci tom Chłopaków to bez wątpienia jedna z najbardziej oczekiwanych premier pierwszego kwartału 2017 roku na polskim rynku. Seria zyskała zainteresowanie odbiorcy nieszablonowym podejściem do tematyki superbohaterskiej, umiejętnie łącząc dziką brutalność, szczyptę refleksji i dosadny humor. Dzięki wyczuciu scenarzysty Gartha Ennisa zmieszanie tych składowych dało w efekcie tytuł bezkompromisowy i pasjonujący. Dwa poprzednie tomy zbiorcze ustawiły poprzeczkę wysoko, trzeci nie tylko nie odstaje od nich poziomem, ale w pewnych elementach jest jeszcze lepszy. To potwierdzenie doskonałej formy twórczej tak scenarzysty, jak i rysownika. 

Balsam dla duszy zawiera dwie osobne opowieści. Pierwsza, tytułowa, traktuje w znacznej mierze o relacji Hughiego i Annie. Nowa członkini Siódemki próbuje dojść do siebie po sposobie, w jaki dołączyła do drużyny . Po tym jak wzięła udział w zbiorowej oralnej orgii, szuka pociechy w kościele, lecz milczenie Boga działa na nią zniechęcająco. Na szczęście w pobliżu jest Hughie, któremu dziewczyna ewidentnie wpadła w oko. W międzyczasie mały Szkot będzie musiał ponownie zmierzyć się z Zielonym Wackiem. Superbohater zmartwychwstał, więc należy ponownie wysłać go, żeby poszedł „pospać z rybkami”. Druga składowa, Nie ściemniam wam, żołnierzu, przybliża czytelnikowi korporację Aero-American, stojącą za najbardziej znaczącymi superbohaterami, i kilka niechlubnych szczegółów z jej przeszłości. Poznamy też zasady kruchego zawieszenia broni między Chłopakami a Siódemką i dowiemy się. czy Gwiezdnej vel Annie uda się umocnić swoją pozycję w grupie. 

Nie da się ukryć, że świat przedstawiony nie jest miejscem, które sprzyjałoby uczuciom wyższym. W cenie są tu przede wszystkim skurwysyństwo i cynizm, i to te cechy, wraz z kilkoma pokrewnymi, dają jakąkolwiek szansę na to, by nie zostać zdeptanym przez silniejszych. W takich okolicznościach przyrody trudno o jakąś relację bazującą na czymś bardziej altruistycznym, jednak o dziwo, czytelnik jest świadkiem kiełkowania takiej więzi. Dzieje się tak za sprawą Hughiego i Annie, którzy, mimo że doświadczeni przez los, wciąż wierzą w drugiego człowieka. Kiedy trafiają na siebie, pojawia się szansa, że w końcu ujrzymy małą wysepkę szczęścia na morzu plugastwa. Oczywiście droga ku takiemu rozwiązaniu nie jest usłana różami – pewne wydarzenia z przeszłości mogą znacząco rzutować na rozwój tej relacji, jednak czytelnik chciałby pozytywnego rozwiązania tej sprawy . 

W tym tomie nie ma takiego szokowania rozwiązłą seksualnością superbohaterów, jak w poprzednich dwóch. Tym razem Garth Ennis skupia się na innych złych stronach herosów. Uwagę zwraca zwłaszcza zaprezentowana w Nie ściemniam wam, żołnierzu, kwestia kompletnego nieprzygotowania „supków” do swojej roli. Zarówno samym superbohaterom, jak i ludziom za nimi stojącym wydaje się wystarczać sam fakt posiadania supermocy. Tymczasem te zdolności, używane przez kogoś bez odpowiedniego wyszkolenia, mogą nie tylko być kompletnie bezużyteczne, ale prowadzić do katastrofy, w której życie tracą tysiące niewinnych osób. W obrazujących taki stan rzeczy scenach uderza przede wszystkim kompletna beztroska „stróżów porządku” i nieliczenie się z życiem normalnych ludzi – gdy ci giną, a najostrzejsza reakcja herosa to zaledwie niewyraźna mina na zasadzie „ups, stało się”, odbiorca zaczyna jeszcze bardziej sympatyzować ze stroną starającą się stawić opór tym superludziom. 

Dobrze się dzieje, że w końcu poznajemy nieco szczegółów na temat przeszłości Siódemki i Chłopaków. Ennis rzuca trochę więcej światła na genezę konfliktu obu grup i pozwala czytelnikowi lepiej rozeznać się w sieci skomplikowanych zależności między rządem, Aero-American a samymi „supkami” oraz ekipą Rzeźnika. Zresztą cały Balsam dla duszy ma o wiele poważniejszy wydźwięk niż dwa poprzednie tomy. Oczywiście, wciąż dużo tu przemocy i chamskiego humoru, jednak  położono wyraźnie większy niż dotychczas nacisk na pogłębienie świata przedstawionego przez podjęcie poważniejszej tematyki. Ennis opowiada między innymi o żalu za popełnione czyny i poszukiwaniu odkupienia, a także dobitnie pokazuje, że slogan o powiązaniu mocy z odpowiedzialnością za swoje postępowanie  nie odnosi się do wielu tak zwanych bohaterów. Ten tom ma zdecydowanie najpoważniejszy wydźwięk ze wszystkich dotychczasowych, i jest to chyba właściwa droga dla Chłopaków.

Wizualnie Balsam dla duszy prezentuje się bardzo dobrze. W zeszytach wchodzących w skład tego tomu jedynym rysownikiem jest Darick Robertson, co okazało się bardzo dobrą decyzją . Postacie są rysowane dokładnie, Robertson właściwie dba o ich cechy charakterystyczne i mimikę, dzięki czemu ogląda się je z dużą przyjemnością. Także sceny akcji nie pozostawiają wiele do życzenia. Gdy trzeba – jest wyraziście i dynamicznie, często także z ciekawym kolorystycznym kontrastem (tutaj ukłony dla Tony’ego Aviny). 

Wydaje się, że za sprawą Balsamu dla duszy Garth Ennis jeszcze bardziej podniósł poziom swojego projektu. Można odnieść wrażenie, że dzięki rozwinięciu świata przedstawionego i nadaniu całości poważniejszego wydźwięku , tytuł wskoczył na nieco wyższy level. To już nie jest tylko radosna i brutalna naparzanka z momentami refleksji. Proporcje zostały zaburzone – teraz więcej tu trudniejszych treści, ale  to nadal przede wszystkim rozrywka i o tym warto podczas lektury pamiętać.

Tytuł: Balsam dla duszy
Seria: Chłopaki
Tom: 3
Scenariusz: Garth Ennis
Rysunki: Darick Robertson
Kolory: Tony Avina
Tłumaczenie: Arkadiusz Czerwiński
Tytuł oryginału: The Boys, vol. 3 – Good for the Soul
Wydawnictwo: Planeta Komiksów
Wydawca oryginału: Dynamite Entertainment
Data wydania: marzec 2017
Liczba stron: 188
Oprawa: miękka
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
Wydanie: I
ISBN: 978-83-943473-8-3


(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal i na nim była pierwotnie publikowana - KLIK)

piątek, 14 kwietnia 2017

Batman Tom 8: Waga superciężka - Recenzja

Eksperymentowanie ze znanymi i lubianymi postaciami to miecz obosieczny. Chęć odświeżenia wizerunku danego bohatera może przynieść wiele dobrego, ale  może okazać się dla twórcy strzałem w stopę. Konieczne jest znalezienie złotego środka – trzeba uważać, by nie przedobrzyć w prezentowaniu nowości, ale też nie wolno od nich stronić, ponadto wypada mieć szacunek dla tradycji i historii bohatera. Przed tymi wyzwaniami stanął Scott Snyder w ósmym tomie Batmana. Amerykanin wziął na swoje barki dosyć trudne zadanie zaprezentowania nowego człowieka w roli Nietoperza. 

Finał Ostatecznej rozgrywki pozostawił Gotham City z otwartymi ranami. Z wielkim trudem udało się powstrzymać zagrożenie ze strony Jokera, ale cena, jaką miasto za to zapłaciło, okazała się ogromna. Natura, jak wiadomo, nie znosi próżni – skoro Batman zaginął i nic nie wskazuje na to, by miał pojawić się na scenie ponownie, ktoś inny powinien zająć jego miejsce. Tą osobą jest dawny komisarz policji, James Gordon. Wspomagany potężną technologią, były glina wdziewa strój Zamaskowanego Krzyżowca i, oficjalnie wspomagany przez miasto, rusza walczyć z przestępczością. Nowy heros bardzo szybko przekonuje się, że posada nie należy do najspokojniejszych – w Gotham pojawia się nowy superzłoczyńca, który zdaje się kontrolować większość operujących w mieście gangów. Potyczka z nim będzie wyjątkowo trudna i wymagająca.

Każdy. kto zetknął się z postacią Batmana. dobrze wie, że nie tylko Bruce Wayne przywdziewał ten charakterystyczny strój. Podczas absencji miliardera Nietoperzem byli też Jean-Paul Valley oraz Dick Grayson, że nie wspomnę o kilku pomniejszych epizodach innych bohaterów. Nadszedł w końcu czas, by kostium założyła kolejna znana postać z uniwersum DC. Wybór Snydera okazał się dosyć zaskakujący – James Gordon nie należy wszak do młodzieniaszków, dobiega powoli do pięćdziesiątki, zmaga się z nałogiem nikotynowym i lata największej sprawności fizycznej są już za nim. Rozwiązaniem tych trudności jest praca nad sobą, wiara we własne umiejętności i szczypta technologii. Nic nowego, ale ten zestaw wyjaśnia taki, a nie inny wybór scenarzysty.  Jednak czy Gordon ma wystarczająco dużo charyzmy, by w oczach czytelników stać się prawdziwym Batmanem, a nie tylko tymczasowym zastępcą? Okazuje się, że „Jimbo” raczej dobrze wypada w nowej roli. Kluczem do powodzenia jest fakt, że nie udaje starego Batmana, tylko tworzy tego bohatera na nowo. Wie, że będzie porównywany z poprzednią wersją, dlatego z nią nie konkuruje. Korzysta z pomocy technologii i potrafi od czasu do czasu błysnąć humorem. To nieco radośniejsza wersja Batmana, co ostatecznie nie okazuje się  złym posunięciem i  dodaje temu konkretnemu wcieleniu kolorytu. 

Nowy Batman ma również nowe założenia podstawowe. Heros ma nie tylko współpracować z finansującą go korporacją oraz służbami porządkowymi miasta, ale także podlegać ich  ścisłej kontroli. Nieważne kto ukrywa w danej chwili za maską – taki stan rzeczy nie jest dla Batmana naturalny. Gordon próbuje więc badać granice swojej swobody w roli „oficjalnego” obrońcy Gotham. Nie chce przekazywać policji wszystkiego co wie, tylko stara się na własną rękę rozwiązać zagadkę i być niezależny, jak na Nietoperza przystało. Sprawa, z którą się mierzy, nie należy jednak do najoryginalniejszych – na scenie pojawia się nowy, wydawałoby się niezniszczalny, złoczyńca, który chce mieć znaczący wpływ na życie Gotham. Dzień jak co dzień w mieście Batmana. Waga superciężka to zaledwie połowa opowieści i nie przynosi jeszcze wielu odpowiedzi, ale trudno podejrzewać, by w kolejnym tomie Bloom sprawił ostatecznie jakieś większe problemy obrońcy miasta. 

Jakkolwiek Scott Snyder bez wątpienia jest twórcą dosyć odważnym, to wciąż musi poruszać się w pewnych ramach, określanych przez wydawniczą politykę DC Comics. Innowacje? Tak, ale nie za dużo. I na pewno bez rewolucji. Zgodnie z tą zasadą szybko okazuje się, że Bruce Wayne wcale nie zginął pod gruzami Gotham, tylko przeżył, a co więcej, został odnaleziony przez Alfreda. Wayne jest nawet w dobrej formie fizycznej, sęk w tym, że pewne czynniki sprawiły, iż zmianie uległa struktura jego mózgu. Syn Thomasa i Marthy stracił pamięć, opuścił go także gniew – nie czuje już potrzeby ścigania przestępców i wymierzania im sprawiedliwości.  Skupił się na pomocy innym ludziom, choć czyni to w sposób diametralnie inny niż wtedy, gdy był Batmanem. Ciekaw jestem, jak długo Snyder utrzyma tę postać na uboczu. Na razie ten  manewr wydaje się intrygujący.

Przyznam, że nie od razu spodobały mi się rysunki Grega Capullo przy snyderowym Batmanie. Często sprawiały wrażenie nieco zbyt uproszczonych oraz za mało realistycznych. Z każdym kolejnym tomem nabierałem jednak coraz większego szacunku do pracy tego artysty. Tym razem uwagę zwraca – charakterystyczne dla niego – znakomite kadrowanie, dzięki któremu całość czyta się tak wybornie. Kolejny znak rozpoznawczy tej serii to występujące momentami żywe i czasami aż jaskrawe barwy, które mocno kontrastują ze scenami bardziej stonowanymi. Odpowiedzialny za nakładanie kolorów FCO Plascencia wykonał po raz kolejny perfekcyjną robotę. Mnie osobiście do gustu przypadły także projekty nowej zbroi Batmana – jest odpowiednio futurystycznie , co podkreśla, że w designie postaci zaszły pewne istotne zmiany.

Waga superciężka okazała się, w ostatecznym rozrachunku, być komiksem udanie kontynuującym dzieło Scotta Snydera jako scenarzysty głównej serii z Batmanem w roli głównej. Zmiany wprowadzone w wizerunku superbohatera nie zabiły charakteru tej postaci, ba, tchnęły w nią nowe życie. Prawdopodobnie etat Gordona na stanowisku obrońcy Gotham nie potrwa zbyt długo, ale wydaje się (przynajmniej po pierwszym akcie tej opowieści), że taki manewr nie przyniesie postaci Batmana żadnego uszczerbku. Fani mogą odetchnąć z ulgą.

Tytuł: Waga superciężka
Seria: Batman
Tom: 2
Scenariusz: Scott Snyder, Brin Azzarello
Rysunki: Greg Capullo, Jock
Kolory: FCO Plascencia, Lee Loughridge
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Batman Volume 8 – Superheavy
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: marzec 2017
Liczba stron: 156
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-1936-9

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal i na nim była pierwotnie publikowana - KLIK)

środa, 29 marca 2017

Catwoman Tom 2: Nie ma lekko - recenzja

O tym, że Ed Brubaker umie prowadzić postaci kobiece, wiadomo nie od dziś. Amerykański scenarzysta udowodnił to między innymi w seriach Fatale, Velvet czy właśnie w Catwoman. Pierwszy tom przygód Seliny Kyle to zresztą jeden z najjaśniejszych punktów wciąż rozrastającej się linii DC Deluxe. Bohaterka została w nim przedstawiona jako postać niejednoznaczna, rozdarta między złodziejskimi ciągotami a poczuciem obowiązku i odpowiedzialności za los mieszkańców gorszych dzielnic Gotham City. Wydawało się, że nie można ukazać Catwoman w ciekawszy sposób, ale, o dziwo, Brubaker pokazał, że nigdy nie jest tak dobrze, by nie mogło być jeszcze lepiej. 

Główna zawartość Nie ma lekko to trzy łączące się z sobą historie. Po kradzieży diamentów Selina bawi się w dobroczynność. W jednej z dzielnic Gotham, dzięki jej zaangażowaniu, zostaje otwarty ośrodek dla lokalnej społeczności. Ktoś jednak sabotuje projekt i nie chce, by stał się on stałym elementem krajobrazu miasta. Wydarzenia szybko nabierają tempa, a ich konsekwencje są na tyle poważne, że Selina i inni bohaterowie będą potrzebowali sporo czasu, by sobie z nimi poradzić. Poza głównymi składowymi w tym opasłym tomie znajdziemy także kilka opowieści krótszych i mniej skomplikowanych. W jednej z nich zobaczymy, jak Catwoman próbuje oczyścić dobre imię swojej starej znajomej, w kolejnej będziemy świadkami pewnego ryzykownego napadu, w jeszcze innej zaś przedstawiono nam bohaterkę widzianą oczami innych. A to wcale nie koniec atrakcji.

W trzech najważniejszych opowieściach w tomie najistotniejsi są bohaterowie i relacje między nimi. Ed Brubaker zrobił wiele, by wszystkie występujące tu postacie były dobrze zarysowane i istotne dla fabuły. I podczas lektury naprawdę czuć, że bardzo się w tej materii napracował. W pięcioczęściowej Nieugiętej (stanowiącej notabene bezpośrednią kontynuację wydarzeń kończących Na tropie Catwoman) to właśnie w znacznej mierze dzięki pełnym życia bohaterom całość robi tak dobre wrażenie. Brubaker zaprezentował tu dosyć fatalistyczną wizję świata, w której chęć czynienia dobra może łatwo zostać obrócona wniwecz, a czas, zamiast zamazywać wspomnienia, tylko wyolbrzymia krzywdy. 

 Jednak najbardziej zaskakuje opowieść tytułowa. Nie ma lekko prezentuje konsekwencje wcześniejszych wydarzeń. Ponownie na pierwszym planie stoją tutaj bohaterowie, ale samą historię można określić jako dramat psychologiczno-obyczajowy w scenerii superbohaterskiej. Taki kierunek w komiksie mainstreamowym jest naprawdę niecodzienny. Akcja schodzi na dalszy plan, a autor koncentruje się na postaciach i relacjach między nimi, podejmując przy okazji tematykę radzenia sobie z trudnymi wydarzeniami. W Nie ma lekko dobitnie widać, że ułożenie sobie życia po przeżytej traumie jest niełatwym zadaniem. Ci, którzy przeżyli, nie cieszą się z  ocalenia, tylko zmagają się z poczuciem winy, a w ich snach na wierzch wypływają lęki i wspomnienia, które nie pozwalają na normalną egzystencję. To dogłębnie przejmująca opowieść o przyjaźni, miłości, strachu i odpowiedzialności. To Ed Brubaker w najwyższej formie.

Dzika jazda, czyli ostatnia z historii zachowujących ciągłość fabularną, powraca do bardziej akcyjnego charakteru perypetii Seliny Kyle. Co prawda pewną rolę odgrywają tu wciąż motywy powrotu bohaterów do normalności, ale nie stoją one na pierwszym planie. Selina i Holly wyruszają w podróż po kilku amerykańskich miastach i właściwie w każdym z nich pierwsza z pań pakuje się w kłopoty. A to trafia do tajemniczej egipskiej świątyni, w której musi zmierzyć się ze starożytnymi zabójcami, a to uczestniczy w wyjątkowo ryzykownym napadzie w Keystone, a w końcu kradnie pieniądze mafii. Całość jest bardzo  intensywna, co pozwala przypomnieć czytelnikowi, że Brubaker jest twórcą wszechstronnym, potrafiącym zarówno skłonić do refleksji, jak i zahipnotyzować efektowną sensacją. 

Ilustracje w Nie ma lekko prezentują się bardzo dobrze. Nieugięta chyba najbardziej nawiązuje do stylu Darwyna Cooke’a. Odpowiedzialny za ilustracje w tym segmencie Cameron Stewart wykonał kawał solidnej roboty, a poza dobrymi inspiracjami dodał sporo od siebie. Kiedy trzeba jest nieco retro, ale potrafił również nadać niektórym scenom odpowiedniego realizmu. Wszystko w zależności od potrzeby chwili. Zdecydowanie bardziej uproszczone są za to rysunki Javiera Pulido, który ilustrował tytułowe opowiadanie. Jego styl to mocne kontury oraz duża umowność i daleko posunięta prostota. Te prace idealnie pasują do mocno refleksyjnego scenariusza i tylko mu towarzyszą, ale go nie przytłaczają. 

Catwoman Eda Brubakera stała się, dosyć niespodziewanie, jednym z koni pociągowych DC Deluxe. Opowieści snute przez tego twórcę (przy wsparciu kilku innych scenarzystów) to historie nieszablonowe, w których potrafi on zarówno czerpać z uznanych wzorców i twórczo wykorzystywać znane motywy, dając tym samym czytelnikowi przepełnioną dynamiczną akcją lekturę, jak i  zachwycić warstwą o wiele bardziej refleksyjną, a przy tym bardzo daleką od banału. To komiks, którego wstyd nie mieć na półce. Mam nadzieję, że Egmont zdecyduje się na wydanie dalszych perypetii Seliny Kyle z tej konkretnej serii. 

Tytuł: Nie ma lekko
Seria: Catwoman
Cykl: DC Deluxe
Tom: 2
Scenariusz: Ed Brubaker i inni
Rysunki: Cameron Stewart, Javier Pulido i inni
Kolory: Matt Hollingsworth, Lee Loughridge i inni
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Catwoman Volume 2: No Easy Way Down
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: luty 2017
Liczba stron: 396
Oprawa: twarda z obwolutą
Papier: kredowy
Format: 180 x 275
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-1924-6

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal i na nim była pierwotnie publikowana - KLIK)