wtorek, 12 grudnia 2017

Batman. Detective Comics Tom 1: Powstanie Batmanów (Odrodzenie) - Recenzja

Okres Nowego DC Comics nie był zbyt dobry dla Detective Comics. Najstarszy bat-tytuł nie wykroczył poza poziom (i to najwyżej) „dosyć dobry”, a i to stało się dopiero w  trzecim tomie zbiorczym. Kolejni autorzy nie do końca mieli pomysł na postać Batmana i, niestety, łatwo ten stan rzeczy zauważyć. Odrodzenie Uniwersum DC było więc dla fanów serii informacją doskonałą, w końcu pojawiła się szansa, by powrócić do najlepszych tradycji bardziej detektywistycznego oblicza Nietoperza. Do projektu zaangażowano Jamesa Tyniona IV, twórcę całkiem nieźle obeznanego z Gotham City, dysponującego także przyzwoitym warsztatem. Efekty jego pracy można podziwiać w tomie Powstanie Batmanów.

W mieście pojawia się oddział tajemniczych postaci, wzorujących się na Batmanie i korzystających z podobnego sprzętu. Ich celem nie jest jednak pomoc Mrocznemu Rycerzowi w walce z robactwem, toczącym metropolię. Co więcej, nowo przybyli, prezentujący niepokojąco wojskowy dryl, zaczynają śledzić obrońcę Gotham i współpracujących z nim bohaterów. Konfrontacja jest nieunikniona. Batman doskonale zdaje sobie sprawę, że nie da rady rozprawić się z zagrożeniem w pojedynkę i postanawia, przy pomocy Batwoman, lepiej wyszkolić dotychczasowych sojuszników, wśród których znajdują się Spoiler i Red Robin, ale także tak zaskakująca persona jak Clayface. Tylko łącząc siły, mogą choćby marzyć o pokonaniu agresorów.

Czy tym razem zawartość tomu nawiązała w końcu w widoczny sposób do tytułu serii? Nie do końca, bo o ile elementy detektywistyczne czasami tu występują (zwłaszcza wtedy, gdy bohaterowie dochodzą do tego, kto dokładnie przewodzi napastnikom), o tyle całość ma bardziej sensacyjny charakter. Wydaje się, że można taki stan rzeczy zaakceptować, a to dlatego, że akcja naprawdę absorbuje. Tynion IV dobrze przemyślał to, co chciał przekazać czytelnikom i zaprezentował fabułę pełną zwrotów akcji, w której nie brakuje emocji i kilku zaskoczeń. To zdecydowany skok jakościowy w porównaniu do Detective Comics ukazującego się w zamkniętej niedawno wersji uniwersum.

Mocną stroną Powstania Batmanów są niewątpliwie bohaterowie i relacje między nimi. James Tynion IV jest tym, który wraz ze Scottem Snyderem wprowadził do gry wiele postaci, stanowiących obecnie o sile bat-rodziny. Na łamach obu „wiecznych” serii znacząco wzbogacono galerię protagonistów. Tutaj scenarzysta korzysta z tego znacznego składu osobowego. Na plus można na pewno zaliczyć fakt, że zagłębiono się nieco w przeszłość Katherine Kane. Obecna Batwoman odgrywa tu niezwykle istotną rolę, a opis jej dawnych relacji z ojcem stanowi ważny element fabuły, rzutujący na bieżące wydarzenia. Tynion IV przedstawił te wątki ze sporym wyczuciem, dobrze odmalowując interakcje między obiema postaciami. Nie do końca potrzebny całej opowieści jest jednak Clayface. Twórca co prawda stara się wytłumaczyć jego obecność po stronie dobra, lecz mimo to cały pomysł można uznać za chybiony. Ten złoczyńca napsuł Batmanowi krwi tyle razy, że idea, by razem z Nietoperzem walczył ze zbrodnią, jest szalenie absurdalna. Jedynym pozytywnym aspektem wydaje się tutaj humor, który od czasu do czasu rozładowuje napiętą atmosferę.

Warto zwrócić uwagę, że mimo licznych bohaterów, cała opowieść od początku do końca jest bardzo zwarta i spójna. Nie rozchodzi się na wiele niepotrzebnych wątków, co dobitnie świadczy o tym, że James Tynion IV miał ją doskonale zaplanowaną i na każdym etapie nad nią panował. Zważywszy na to, jak bardzo rozmyła się fabuła współtworzonego przez niego Wiecznego Batmana po połowie serii, widać, że młody Amerykanin uczy się na błędach. A to bardzo dobra cecha twórcy popkultury.

Ilustracje do Powstania Batmanów to dzieło dwóch artystów. Eddy Barrows i Alvaro Martinez wykonali na łamach tego albumu naprawdę dobrą pracę, tworząc rysunki, które w wielu momentach prawdziwie czarują klimatem. W oczy rzuca się przede wszystkim duża jednolitość stylistyczna, obaj starali się pracować w podobnym stylu, co daje warstwie graficznej prawdziwą zwartość. Dobre wrażenie sprawia zwłaszcza kadrowanie – jest dynamiczne i różnorodne, a gdy trzeba także efektowne (na przykład rysunki wpasowane w znak Batmana). Zaskakuje także fakt, że zdarzają się plansze, na których twórcy odchodzą od typowej komiksowości, by pójść nawet w stronę subtelnej malarskości i efektu delikatnego rozmycia. Taki zabieg stanowi intrygujące odświeżenie stylu rysowników, który, co najistotniejsze, prezentuje się naprawdę bardzo dobrze.

Odrodzone Detective Comics sprawia nam niespodziankę.. James Tynion IV jawił się do tej pory jako autor zdolny, ale nieco odtwórczy, co do którego nie do końca ma się pewność, czy poradzi sobie w dłuższej opowieści z tak charakterystycznym bohaterem jak Batman w roli głównej. Po lekturze Powstania Batmanów okazuje się jednak, że obawy co do jakości finalnego produktu były nieuzasadnione. Intensywność i pomysłowość fabuły pozwalają zaś mieć nadzieję, że dalsza część runu Tyniona IV w Detective Comics będzie przynajmniej równie dobra, jeśli nie jeszcze lepsza od tomu numer jeden.

Tytuł: Powstanie Batmanów
Seria: Detective Comics
Tom: 1
Scenariusz: James Tynion IV
Rysunki: Eddy Barrows, Alvaro Martinez
Kolory: Adriano Lucas, Brad Anderson
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Batman. Detective Comics Vol. 1 – Rise of the Batmen
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: październik 2017
Liczba stron: 156
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 165 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-2772-2

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal i na nim była pierwotnie publikowana - KLIK)

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Flash tom 1: Piorun uderza dwa razy (Odrodzenie) - Recenzja

Flash nie był nigdy postacią, która cieszyłaby się w Polsce specjalną popularnością. Trzeba uczciwie przyznać, że powodem nie była jednak słaba jakość jego przygód, ale działania wydawców, którzy po prostu nie dali bohaterowi odpowiedniej szansy na to, by zaistnieć w świadomości rodzimych fanów. Za czasów TM-Semic otrzymaliśmy serie z Batmanem, Supermanem, swoje kilka chwil chwały mieli nawet Green Lanterni, ale największy speedster świata pozostał wówczas w cieniu. Wszystko zaczęło się zmieniać w czasach Nowego DC Comics, kiedy Egmont wydał większą część ukazującej się wówczas serii. Teraz zaś, w ramach Odrodzenia, Flash jest kontynuowany, czego ciężko nie uznać za dobrą informację.

Nad Central City przechodzi dziwna burza. Wyładowania elektryczne sprawiają, że wielu mieszkańców miasta zostaje obdarzonych tak zwaną mocą prędkości, darem, który do tej pory posiadał jedynie sam Flash oraz ledwie kilka innych osób. Nowi sprinterzy muszą się nauczyć jak posługiwać się nabytymi umiejętnościami, w tym celu rozpoczynają więc szkolenie. Trenując podopiecznych, Barry Allen, na co dzień policyjny technik, nie zapomina o walce ze zbrodnią. Na szczęście tym razem ma pomocnika. August Heart, kolejny pracownik policji, także został obdarzony mocą prędkości i może dołączyć do Flasha w misji zwalczania zbrodni.

Joshua Williamson postanowił, że w pierwszej odsłonie jego wersji przygód Flasha, prędkością będzie obdarzonych o wiele więcej bohaterów niż dotąd. Decyzja była bardzo ryzykowna, wszak zasada, że „co za dużo, to niezdrowo” dosyć często znajduje odzwierciedlenie w komiksie superbohaterskim. Twórcy na szczęście udało się w znacznej mierze uniknąć związanych z tym manewrem pułapek, a to przede wszystkim dlatego, że pozostali sprinterzy stanowią tu jedynie tło, a najwięcej uwagi poświęcono Flashowi, jego przeciwnikowi, znanemu jako Godspeed, oraz, tu już w znacznie mniejszym stopniu, obu wersjom Kid Flasha. 

Sam Flash jest w Piorunie pokazany jako bohater wręcz idealny, bo nie dosyć, że dba o bezpieczeństwo szeregowych obywateli Central City, to jeszcze w niezachwiany sposób kieruje się w swoim postępowaniu zasadami prawa i sprawiedliwości (bez głupich skojarzeń, proszę…). To z kolei sprawia, że jakkolwiek jest to postać, którą każdemu można postawić za wzór, to momentami jest on niestety zwyczajnie nudny. Te braki uzupełnia jednak zaprezentowany w tomie złoczyńca. Godspeed kieruje się motywacją, którą ciężko uznać za wybitnie naciąganą. Sprawia przy tym wrażenie całkiem bliskiego realnym problemom osób, które straciły kogoś bliskiego w wyniku przestępstwa. Dzięki temu daleko mu do zwyczajowych, zazwyczaj mocno groteskowych, komiksowych antagonistów. Pewnym mankamentem może być jedynie fakt, że uważny czytelnik dosyć szybko domyśli się jego tożsamości, co w pewnym stopniu pozbawi go zaskoczenia płynącego z rozwoju fabuły.

Jeśli chodzi o intensywność akcji, trzeba przyznać, że cała opowieść rozwija się w dosyć wolnym tempie. To sprawia, że przy nieco leniwej pierwszej połowie komiksu, sama końcówka sprawia wrażenie bardzo, może nawet nieco zbyt, dynamicznej. Jednak patrząc całościowo – intryga zaprezentowana w tomie otwierającym odrodzonego Flasha jest całkiem absorbująca i przekonująca. Na zupełnym marginesie rozważań o jakości tego tytułu warto jeszcze dodać, że twórcy nie zapomnieli o politycznej poprawności, która przejawia się w zrobieniu Kid Flasha czarnoskórym nastolatkiem. To jednak tylko ciekawostka, która przeszkadzać będzie tylko największym malkontentom, interesujący jest po prostu cały trend, który sam w sobie nie jest niczym nagannym, jeśli tylko nie przybiera karykaturalnych rozmiarów. 

W Odrodzeniu serię przejęli nowi twórcy, ten stan rzeczy tyczy się nie tylko scenarzysty, ale i ilustratorów. Głównym artystą został Carmine Di Giandomenico, który zaproponował zupełnie inne podejście do tematu niż rysownicy pracujący przy cyklu na etapie Nowego DC Comics. Ilustracje Włocha sprawiają na pierwszy rzut oka wrażenie bardzo niechlujnych, po macoszemu traktujących zwłaszcza elementy tła i dalszego planu. Rysowanie bohaterów jest na szczęście całkiem przyzwoite, choć nie do końca podobają mi się często zbyt statyczne twarze. Po jakimś czasie można się jednak do tego stylu przyzwyczaić. Mnie nie przeszkadzał on w lekturze w jakimś wybitnym stopniu, ale też ciężko powiedzieć, by nadmiernie mi się spodobał.

Piorun uderza dwa razy to w ostatecznym rozrachunku całkiem przyjemna opowieść. Nie zrewolucjonizuje ona postaci Flasha, ale przynosi czytelnikowi kilka chwil satysfakcjonującej rozrywki. Myślę, że warto dalej śledzić tę serię, nie tylko ze względu na dobrą robotę wykonaną tu przez Williamsona, ale także zważywszy na związki Flasha i Kid Flasha z wydarzeniami rzutującymi na całe uniwersum DC. Być może to właśnie we Flashu pojawią się kolejne elementy tej frapującej układanki.

Tytuł: Piorun uderza dwa razy
Seria: Flash (Odrodzenie)
Tom: 1
Scenariusz: Joshua Williamson
Rysunki: Carmine Di Giandomenico
Tłumaczenie: Tomasz Kłoszewski
Tytuł oryginału: The Flash, Vol. 1: Lightning Strikes Twice
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: październik 2017
Liczba stron: 192
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 167 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-2770-8

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Arena Horror i na nim była pierwotnie publikowana - KLIK)

środa, 6 grudnia 2017

Liga Sprawiedliwości Tom 1: Maszyny Zagłady (Odrodzenie) - Recenzja

Od dwóch miesięcy w Polsce ukazuje się najnowsza inicjatywa DC Comics. Odrodzenie, bo o nim mowa, przybliża czytelnikom perypetie najbardziej znanych herosów świata. Wśród wydawanych tytułów znalazło się także miejsce dla Ligi Sprawiedliwości. Seria zapowiadała się na wyjątkowo ciekawą, zwłaszcza zważywszy na fakt, że w składzie grupy nastąpiła niezwykle znacząca zmiana – Supermana znanego z The New 52 zastąpił ten sprzed Flashpointu. Manewr wydawał się być obiecujący, wszak tego konkretnego eSa zdążyły pokochać rzesze czytelników. Czyżby Bryanowi Hitchowi dano więc do pisania prawdziwy samograj? Cóż, niestety tak się tylko wydawało…

Po wydarzeniach zaprezentowanych w "Ostatnich Dniach Supermana" Liga Sprawiedliwości musi działać bez swojego najbardziej rozpoznawalnego członka. Superman zginął, świat jednak nie znosi próżni. W obliczu zagrożenia swoje istnienie ujawnia przed Ligą nowy-stary Człowiek ze Stali. Bohater zjawia się w samą porę, bowiem Ziemię atakują hordy stworów kosmicznego pochodzenia. Wrogowie wydają się być niezniszczalni, a ich cel od razu staje się oczywisty – całkowita zmiana naszej planety i wyeliminowanie z niej dotychczasowego życia. Na straży stoją na szczęście najbardziej znani superbohaterowie, jednak by wyeliminować niebezpieczeństwo, będą musieli podjąć współpracę z człowiekiem, o którym nie wiedzą nic. Czy nowy Superman okaże się tak samo godny zaufania jak ten, którego znali dotąd?

Siłą komiksowych team-upów powinny być przede wszystkim relacje między członkami drużyny. Ścieranie się różnych charakterów, współpraca postaci, które często są od siebie różne, ale działają wspólnie dla wyższego celu – to wszystko powinno zawierać się w tytule tego typu. Maszyny Zagłady na tym polu niestety srodze zawodzą. Zaprezentowana przez Hitcha opowieść prawie w ogóle nie pokazuje tej, jakże pożądanej, drużynowości. Niby wszyscy członkowie Ligi mają jeden cel, ale w gruncie rzeczy każdy działa na własną rękę. Swoją misję ma Superman, swoją Green Lanterni, także Aquaman działa na innej płaszczyźnie. I choć działają z jedną motywacją, to ciężko poczuć łączącą bohaterów więź. Taki stan rzeczy szalenie rozczarowuje, bo zamiast jedności celów członków Ligi i prawie że magicznej solidarności występujących w niej herosów, czytelnik otrzymuje relacje niesamowicie powierzchowne, nie wykraczające poza banał.

Fabuła pierwszej odsłony zresetowanej Ligi Sprawiedliwości nie grzeszy zbytnią oryginalnością. Mamy do czynienia z typowym dla gatunku zagrożeniem, które ma zasięg globalny i pochodzi z innego świata. Innymi słowy, jest to wyborna okazja do zaprezentowania przez obrońców świata swoich umiejętności. Sytuacji nie sprzyja fakt, że intryga przebiega jak po sznurku, przewidywalnie zmierzając do wyjątkowo błahego finału. W dodatku główni antagoniści są w Maszynach Zagłady nie najlepiej wykreowani, ale można byłoby przymknąć na to oko, gdyby nie olbrzymia niechęć autora do podzielenia się informacjami kim, lub czym agresorzy właściwie są. Na dobrą sprawę nie dowiadujemy się podczas lektury niczego więcej ponad to, że to po prostu krwiożerczy najeźdźcy z kosmosu, pokazani w pierwszej fazie jako wielkie robale, a w późniejszej zaś jako absurdalni, zbudowani z ludzi giganci. Litości – nawet cierpliwość fanów trykociarstwa, przyzwyczajonych wszak do różnych dziwnych zjawisk, ma swoje granice i tak oczywistego bełkotu jednak nie przełknie.

Ostatnią deską ratunku dla odrodzonej Ligi Sprawiedliwości mogła być ciekawa reakcja bohaterów na nowego eSa, jednak scenarzysta poległ także na tym polu. Pojawienie się tej wersji Supermana jawiło się jako świetna okazja do pokazania tarć między herosami, zaprezentowania sceptycyzmu Wonder Woman wobec nowej wersji swojego największego sprzymierzeńca i kogoś, kto na kartach komiksów z The New 52 znaczył dla niej coś więcej, a także spodziewanej i zrozumiałej nieufności Batmana w stosunku do przybysza znikąd. Reakcje bohaterów zostały jednak zepchnięte na absolutny margines – Hitch nie wykorzystał tkwiącego w nich potencjału, grzebiąc psychologię postaci i sprowadzając ją do banału. Jedyne co może się tu podobać to akcja. Jeśli ktoś nastawi się wyłącznie na nią, to jest szansa, że nie zakończy lektury zbytnio rozczarowany. Wydarzenia następują po sobie naprawdę błyskawicznie, praktycznie każda kolejna strona wypełniona jest wybuchami i walką z zagrożeniem.

Warstwa graficzna albumu stoi na szczęście na wyższym poziomie niż scenariusz. Za ilustracje odpowiadał tu głównie Tony S. Daniel (przy współpracy Jesusa Merino i samego Bryana Hitcha). Efekty pracy artysty dobrze pasują do opartej na akcji historii. Są efektowne, dosyć przejrzyste i dynamicznie skadrowane. To jeden z nielicznych jasnych punktów Maszyn Zagłady. I jakkolwiek daleko im do miana wiekopomnych, tak w konfrontacji z warstwą fabularną, jawią się prawie jak arcydzieło.

Maszyny Zagłady mocno kojarzą się z kinem Michaela Bay’a – dużo w nich wybuchów, ale mało sensu. Jeśli ktoś lubi taki styl, nie będzie zbytnio zawiedziony, jednak dla czytelnika ceniącego sobie fabułę nieco bardziej wysublimowaną i skomplikowaną, tytuł okaże się prawdopodobnie sporym rozczarowaniem. Pewnym pocieszeniem może być fakt, że ryzyko, by kolejny tom prezentował niższy poziom od tego, jest dosyć małe. Ciężko napisać coś bardziej powierzchownego i bzdurnego, nadzieja jednak umiera ostatnia, ja mimo wszystko spróbuję dać tej serii kolejną szansę.

Tytuł: Maszyny Zagłady
Seria: Liga Sprawiedliwości (Odrodzenie)
Tom: 1
Scenariusz: Bryan Hitch
Rysunki: Tony S. Daniel, Jesus Merino, Bryan Hitch
Kolory: Tomeu Morey, Alex Sinclair
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Justice League Vol. 1: The Extinction Machines
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: październik 2017
Liczba stron: 144
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 170 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-2771-5

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Arena Horror i na nim była pierwotnie publikowana - KLIK)