środa, 26 lutego 2020

Transmetropolitan. Tom 5 - Recenzja

No i stało się – „Transmetropolitan” dobiegł końca. Drugie podejście do zaprezentowania polskiemu czytelnikowi tego tytułu, tym razem w wykonaniu wydawnictwa Egmont, przyniosło, tak oczekiwane przez fanów, wydanie całości tej znakomitej serii. Pająk Jeruzalem, który przez tyle czasu władał naszą psychiką, dotarł w końcu do kresu swojej podróży, podczas której brnął przez dziwactwa i wynaturzenia Miasta. Ostatni tom jego szalonych perypetii nie odbiega na szczęście jakością od poprzednich. To wciąż rewelacyjna rozrywka, która niesie ze sobą dużo więcej aniżeli same tylko kontrowersje.

Nadchodzi czas ostatecznej konfrontacji. Pająk Jeruzalem – nieustraszony poszukiwacz prawdy i głosiciel nowiny (niekoniecznie dobrej) przystępuje do operacji rozprawienia się z urzędującym prezydentem Stanów Zjednoczonych. Z motyką na słońce? W przypadku każdego innego dziennikarza z misją można by tak powiedzieć, ale psychiczny łysol, którego tak polubiliśmy, faktycznie ma szansę na to, by coś zmienić. Sił i determinacji wystarczy mu na pewno, trwa jednak wyścig z czasem, bo powoli degeneruje się zdrowie bohatera, a konkretnie kondycja jego mózgu.

Esencją „Transmetropolitan” od początku była polityka i kwestie społeczne. Ta pierwsza, czy się nią interesujemy czy nie, wpływa na nasze życie codzienne. I jakkolwiek zawsze możemy wybrać opcję wygodną, w której to oddajemy politykom całą władzę i w ogóle nie patrzymy im na ręce, to chyba nie o to w tym wszystkim chodzi. O tym też stara się na co dzień przypominać bohater dzieła Warrena Ellisa, Pająk Jeruzalem. Choć nie ma dobrego zdania o społeczeństwie i tworzących je jednostkach, wie też, że nie wszyscy zasłużyliśmy sobie na bycie wyzyskiwanymi przez skurwysynów w garniturach, operujących gładkimi słówkami. Dlatego misja, której się podjął, a która ma na celu obnażenie obłudy klasy rządzącej, jest tak bardzo istotna dla losów świata przedstawionego.

Rzeczona polityka stoi tu na pierwszym planie. Pająk szykuje się do ostatecznej konfrontacji z prezydentem Stanów Zjednoczonych, tak zwanym „Uśmiechniętym” Callahanem. Jego charakterystyki można się domyślić już po poznaniu ksywki – to człowiek na co dzień chowający się za fasadą uśmiechu, który pokazuje każdemu i wszędzie, będący jednak oślizgłym przedstawicielem władzy, który do swojego celu dochodzi dosłownie po trupach. Ellis już wcześniej pokazywał efekty jego bezwzględnych działań, a w tomie wieńczącym całość tylko dokłada do pieca. Postać Callahana ma wyraźnie totalitarny rys i ani na moment nie mamy wątpliwości kto jest tu tym złym, i to mimo tego, że bohaterem pozytywnym jest w końcu innego rodzaju degenerat. Pająk jednak, mimo szumnych zapowiedzi, nie morduje współobywateli pod byle pretekstem, ale ostatecznie dba o ich dobro, choć czyni to w bardzo pokrętny sposób.

W albumie nie znajdziemy żadnych dodatków typu galerii okładek czy prezentacji procesu twórczego w postaci szkiców i kolejnych elementów wypełnienia kadrów. Zamiast tego po zakończeniu właściwej historii w albumie znalazły się dwa zeszyty okolicznościowe, które razem składają się na zbiór mini-felietonów Pająka, pisanych podczas akcji tomów od pierwszego do piątego. To przemyślenia bohatera na temat Miasta, zachodzących w nim procesów i punktowanie absurdów współczesnego świata. Ten suplement jawi się jako bardzo ciekawy i radzę go nie pomijać, bo zawiera kilka interesujących przemyśleń. Mnie w pamięci utkwił zwłaszcza fragment o życiu w monokulturze – jest przerażająco celny.

Wizualnie mamy tę samą ostrą jazdę co wcześniej. Współtwórca serii, Darick Robertson, wraz z Rodneyem Ramosem, dostarczają nam dużo obrazkowego dobra. Nie ma tu większych zaskoczeń, więc jeśli polubiliście styl graficzny obu panów, nie będziecie rozczarowani jego jakością w kończącym całość tomie. Z kolei dwa zeszyty umieszczone na końcu albumu zawierają prace wielu różnych plastyków – wszystko odbyło się na zasadzie „jeden twórca – jedna, dwie strony”, co daje ciekawą i bardzo różnorodną wizualizację pająkowych felietonów.

Zakończenie cyklu Warrena Ellisa i Daricka Robertsona stoi na wysokim realizacyjnym i artystycznym poziomie. Obaj twórcy stanęli na wysokości zadania i dostarczyli nam dzieło, które świetnie spaja wszystkie wątki porozpoczynane na przestrzeni tych pięciu zbiorczych tomów i jest jednolite wizualnie. Mimo ładnych kilku lat, które upłynęły od wydania tego tytułu, wciąż jest on aktualny i ma sporą siłę rażenia, co świadczy tylko na jego korzyść. Za jakiś czas z pewnością powrócę do wykreowanego przez obu twórców świata – jest on naprawdę fascynujący.

Seria: Transmetropolitan
Tom: 5
Scenariusz: Warren Ellis
Rysunki: Darick Robertson, Rodney Ramos
Kolory: Nathan Eyring
Tłumaczenie: Krzysztof Uliszewski, Grzegorz Gołębski (wstęp W. Ellisa)
Tytuł oryginału: Transmetropolitan Vol. 9/Vol.10
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Vertigo
Data wydania: sierpień 2019
Liczba stron: 384
Oprawa: twarda
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-281-4126-1

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Arena Horror i na nim była pierwotnie publikowana - KLIK)

poniedziałek, 24 lutego 2020

Sandman. Uniwersum - Recenzja

Dla wielu komiksiarzy „Sandman” jest dziełem kompletnym i kultowym, do którego co jakiś czas wracają, i który potrafią stawiać na prywatnych ołtarzykach. Sam nie przeczytałem jeszcze całego cyklu Gaimana, ale faktycznie widzę w nim wiele – jest to dzieło wielowymiarowe, oniryczne (jakżeby inaczej) i naprawdę wciągające. Nie wiem jeszcze jak się ta opowieść kończy, ale do tego zakończenia z pewnością niebawem dotrę. Tymczasem jednak na półkach księgarń pojawiły się komiksy będące kontynuacją i dalszą eksploracją wymyślonego przez angielskiego autora świata. Sprawdźmy jak prezentuje się tom będący wprowadzeniem do czterech nowych cykli.

Sen z Nieskończonych opuścił swoją krainę. W Śnieniu pojawia się szczelina, która z każdym dniem robi się coraz większa. Mieszkańcy tej nietypowej lokacji nie wiedzą co się dzieje i choć nie mają zbyt wielu pomysłów na to jak postąpić w obliczu problemów, postanawiają działać. Jeden z kruków zostaje wysłany na poszukiwania Władcy Snów, a my jesteśmy świadkami jego podróży przez różne królestwa i kolejne dziwne lokacje. Od powodzenia jego misji mogą zależeć dalsze losy Śnienia.

Nie ma lepszego momentu na rozpoczęcie nowej serii niż trzydziestolecie oryginalnego wydania. Ponowne wchodzenie do tej samej rzeki bywa jednak zgubne, choć skoro nad projektem czuwa (jako swego rodzaju dobry duch) sam Gaiman, zastrzeżeń zbyt wielu być nie powinno. Ale to teoria, kwestia czy praktyka idzie z nią pod rękę. Wydaje mi się, że na dwoje babka wróżyła. „Sandman Uniwersum” jest bowiem komiksem dość specyficznym, który z pewnością nie trafi do każdego fana historii obrazkowych.

Na pewno nie jest to tytuł dla tych czytelników, którzy w ogóle nie znają „Sandmana”. Dobrze jest wiedzieć na co się człowiek pisze – a tutaj mamy dużo dziwnych motywów, sporo oniryzmu i szczyptę magii. Jest to połączenie raczej rzadko stosowane obecnie w komiksowym mainstreamie i jeśli ktoś nie przepada za takim stylem, może się podczas lektury (nawet mimo faktu, że ta jest bardzo krótka) nieco zmęczyć. Jeśli jednak jesteśmy zaznajomieni z konwencją, powinno już być nieco lepiej.

Nie ma co ukrywać – całość jest na dobrą sprawę zaledwie zajawką, reklamówką mającą zachęcić czytelnika do sięgnięcia po rozpoczynające się serie z tego znanego uniwersum. I jest to w pewnym stopniu rozczarowujące, bo treści aż tak wiele tu jednak nie ma. Schemat, w którym poszukujący pana kruk odwiedza różne zakątki świata sprawia wrażenie nieco chaotycznego, a jako że całość zamknięta jest w niecałych pięćdziesięciu stronach, to opisywana podróż musi być skrótowa, co z kolei sprawia, że pewne wątki są zwyczajnie zbyt wcześnie urwane. Jasne, znajdą one zapewne rozwinięcie we wspomnianych czterech seriach, ale tutaj nie angażują tak, jak powinny, by komiks stał się czyś więcej, aniżeli ciekawostką.

Według stopki redakcyjnej nad albumem pracowało pięcioro rysowników. Podejrzewam, że wyglądało to w ten sposób, że każdy z nich zilustrował jedną z wędrówek kruka, jednak kto jest odpowiedzialny za jaki segment niestety nie wiadomo, gdyż nie ma tu bardziej szczegółowej rozpiski kto rysował dane strony. Patrząc jednak całościowo – poziom warstwy plastycznej w tym albumie stoi na wysokim poziomie i jest dobrym prognostykiem dla tytułów rozwijających całą inicjatywę.

Czy „Sandman Uniwersum” jest zatem komiksem, który warto poznać? Ciężko powiedzieć. Jakkolwiek samo w sobie nie jest to dzieło w jakimś oszałamiającym stopniu udane, to jednak komiks stanowi wprowadzanie do kolejnych serii rozgrywających się w tym świecie, w związku czym podejrzewam, że może się za jakiś czas okazać kluczowy, albo przedstawiono w nim jedną czy dwie sceny, które będą miały jakiś wpływ na przyszłe wydarzenia. Powiem więc tak – jeśli zamierzacie zostać przy około-sadmanowych tytułach na dłużej, warto go poznać. W innym przypadku – możecie spokojnie odpuścić.

Tytuł: Sandman Uniwersum
Seria: Sandman
Tom: poza numeracją
Scenariusz: Neil Gaiman, Simon Spurrier, Kat Howard, Nalo Hopkinson, Dan Watters
Rysunki: Max Fiumara, Bilquis Evely, Tom Fowler, Sebastian Fiumara, Dominike Stanton
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Tytuł oryginału: The Sandman Universe 1
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Vertigo
Data wydania: wrzesień 2019
Liczba stron: 48
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-4287-9

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Arena Horror i na nim była pierwotnie publikowana - KLIK)

sobota, 22 lutego 2020

Thorgal. Tom 37: Pustelnik ze Skellingardu - Recenzja

Poprzedni, trzydziesty szósty tom „Thorgala” był komiksem tak słabym, że podczas jego lektury moje ręce co i rusz wznosiły się w stronę niebios, a na usta cisnęło się pytanie „Dlaczego?”. Twórcy tej kultowej dla wielu czytelników serii dotarli bowiem do takiego momentu, w którym kolejne perypetie pana Aegirssona czyta się naprawdę ciężko. „Aniel” bez dwóch zdań był najsłabszą jak dotąd częścią, dlatego do seansu z kolejną zasiadałem z dużą dozą niepewności. W dodatku scenarzysta pozostał ten sam (to Yann), a z tytułem pożegnał się jego oryginalny rysownik, Grzegorz Rosiński. Powody do niepokoju były więc ze wszech miar zasadne.

Wydawać by się mogło, że Thorgal wreszcie odnalazł spokój. Zakończyły się jego dalekie wojaże w poszukiwaniu syna i trafił w końcu w objęcia żony. Sielanka nawet się jednak nie rozpoczyna – dawna ofiara rozpoznaje w Thorgalu Shaigana Bezlitosnego, dawne wcielenie bohatera, gdy ten cierpiał na amnezję. Targany wyrzutami sumienia protagonista decyduje się na podróż mającą przynieść mu w końcu odkupienie tamtych win.

Sposobem Yanna na przedstawianie perypetii Thorgala lub innych członków jego rodziny od początku była próba eksplorowania świata przedstawionego i dopowiadanie poszczególnych rzeczy. Scenarzysta dość często próbował wynaleźć jakiś element (czy to wątek, czy postać) już czytelnikowi znany i nagiąć do niego fabułę. W przypadku głównej serii jego pierwszy album zasadzał się na domykaniu wątków zaczętych jeszcze przez Sentego, „Louve” miała przypominać przygody młodego Thorgala w mitycznych krainach, tyle że w żeńskim wykonaniu, z kolei o „Młodzieńczych latach” od początku było wiadomo, że to prequel, w związku z czym twórca musiał lawirować między wydarzeniami znanymi i dokładać do nich nowe elementy. Sęk w tym, żeby robić to wszystko z głową i operować w ramach czyjegoś pomysłu z szacunkiem dla intelektualnego dziedzictwa, a to ostatnio Yannowi wychodzi jakby nieco gorzej, co widać i w spadającej jakości jego cyklu o młodym Thorgalu, i w „Pustelniku ze Skellingaru”.

Najnowsza odsłona „Thorgala” była dla Yanna okazją by zerwać z powyższym schematem. W poprzednim tomie autor zamknął w końcu wieloalbumową opowieść, której sednem było poszukiwanie syna głównego bohatera, mógł więc skupić się już w pełni na autorskich pomysłach i udowodnić, że ma wizję na dalsze prowadzenie całego cyklu. Tymczasem co otrzymaliśmy? Specjalność zakładu – odgrzewany kotlet. Bo pierwsze co francuski scenarzysta robi po otrzymaniu większej swobody twórczej jest powrót do rozpoczętego niegdyś (przez innego twórcę) motywu Shaigana Bezlitosnego i dopowiedzenie do tej historii epilogu. Czy było to w jakimkolwiek stopniu potrzebne? Śmiem twierdzić, że niekoniecznie. Jednak gdy brakuje własnych pomysłów, można sięgnąć po te wymyślone przez innych. Nie ma co jednak oczekiwać, że czytelnicy taki manewr jakoś specjalnie docenią.

Nawet przy tej sporej dozie łatwo wyczuwalnej odtwórczości trzeba przyznać, że Yann spisał się całkiem dobrze pod względem technicznym. Album toczy się w dość szybkim tempie, wątki są prowadzone w całkiem ciekawy sposób, a charakter „Pustelnika ze Skellingaru” nawiązuje do tych bardziej przygodowych one-shotów, doskonale znanych z początków serii. I patrząc w oderwaniu od starszych epizodów, ten może nawet i jest całkiem znośny, ale tylko do pewnego momentu. Bo gdy przypomnimy sobie takie tytuły jak „Łucznicy”, „Władca gór”, czy nawet „Słoneczny miecz”, to od razu przed oczami stają nam elementy fabuły a z pamięci wyłaniają się szczegóły. Tymczasem o „Pustelniku” w głowie robi się pusto dość szybko po przeczytaniu. To pokazuje różnicę klas między Yannem a Van Hammem.

Spodziewałem się, że schedę po Grzegorzu Rosińskim przejmie Roman Surżenko, to rosyjski artysta wydaje mi się najbliższy stylem do Polaka. Stało się jednak inaczej, a kadencję w „Thorgalu” rozpoczął Frederic Vignaux. Francuz nieco poprawił swój styl, który w porównaniu do jego prac z dwóch ostatnich albumów „Kriss de Valnor” uległ ewolucji – ilustracje są mniej ostre, uległy dostrzeganemu wygładzeniu, co wpływa korzystnie na ich odbiór. W dalszym ciągu rysownik ma jednak pewne problemy z twarzami. W przypadku Thorgala jest całkiem dobrze, ale już taka Aaricia nie zawsze przypomina siebie, a to jest już widocznym mankamentem.

Trzydziesty siódmy album „Thorgala” jest bezsprzecznie progresem względem „Aniela”. Nie jest to jednak szczególnie spektakularny wyczyn, gdy przypomnimy sobie mizerny poziom tamtego komiksu. Tym razem otrzymaliśmy bardziej angażującą historię, która stara się nawiązać do najlepszych lat cyklu, ostatecznie jednak okazuje się ledwie cieniem starszych scenariuszy. Jeśli nie ma się specjalnie wygórowanych oczekiwań, „Pustelnik ze Skellingaru” może przynieść chwilę całkiem przyjemnej rozrywki, napisany jest bowiem całkiem sprawnie. Pytanie jest jednak takie – czy czytelnikom, którzy wciąż są przy serii (a są to w większości wieloletni fani) tyle wystarczy? Pozostawię je do rozstrzygnięcia każdemu z osobna.

Tytuł: Pustelnik ze Skellingaru
Seria: Thorgal
Tom: 37
Scenariusz: Yann le Pennetier
Rysunki: Frederic Vignaux
Tłumaczenie: Wojciech Birek
Tytuł oryginału: Thorgal, vol. 37, L'Ermite de Skellingar
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Le Lombard
Data wydania: listopad 2019
Liczba stron: 48
Oprawa: twarda
Format: 215 x 290
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-9717-6

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Arena Horror i na nim była pierwotnie publikowana - KLIK)