środa, 20 czerwca 2018

Ex Machina Tom 1 - Recenzja

Egmont lubi zaskakiwać. Sporą niespodzianką była na pewno decyzja o szerszym zaprezentowaniu polskiemu czytelnikowi oferty Vertigo, imprintu DC Comics. Nie sądziłem, że na naszym rynku pojawią się tak liczne tytuły tego wydawnictwa, przeznaczone przecież w znacznej mierze dla dojrzałego odbiorcy, wymagające większego oczytania i pewnej wiedzy ogólnej, bardzo różne od wciąż dominującego u nas trykociarstwa. To w ramach Vertigo światło dzienne ujrzały tak znakomite i popularne serie jak „Sandman”, "Kaznodzieja" czy „Baśnie”. Kolejną, na której warto zawiesić oko, jest bez wątpienia „Ex Machina”, która w błyskotliwy sposób łączy motywy superhero z kryminałem i politycznym thrillerem.

W wyniku dziwnego wypadku Mitchell Hundred zostaje obdarzony nadprzyrodzonymi mocami. Mężczyzna zyskuje zdolność komunikowania się z urządzeniami mechanicznymi i wydawania im poleceń. Chcąc wykorzystać nabyte w ten sposób umiejętności, za namową kilku zaufanych ludzi postanawia zostać pierwszym amerykańskim superbohaterem z krwi i kości. Zwalczanie przestępczości okazuje się jednak trudniejsze niż się początkowo wydawało, co skłania go do poszukiwania innej drogi realizacji własnych ambicji. Decyduje się na karierę polityczną i postanawia wystartować w wyborach na burmistrza Nowego Jorku. Wygrana to początek nowej, pełnej innego typu zagrożeń, ścieżki.

Próby łączenia komiksu superbohaterskiego z bardziej przyziemnymi motywami nie są niczym nowym. Twórcy od czasu do czasu decydują się na odmitologizowanie zamaskowanych herosów, a traktujące o tym tytuły nader często nader często można określić jako nieprzeciętne, wspomnę choćby o „Strażnikach” czy „Czarnym Młocie”. Vaughan po części także ową tematykę eksploatuje, chociaż w „Ex Machinie” nie dostajemy próby zdezawuowania mitu superbohaterstwa. Autor koncentruje się na nieco innych aspektach zagadnienia – u niego bohater próbował przywdziać kostium i pomagać ludziom, nawet przez pewien czas działał pod pseudonimem Potężna Machina, jednak szybko okazuje się, że mimo odpowiednich umiejętności i finansowego zaplecza zwyczajnie nie do końca się do tej aktywności nadaje. Vaughan pokazuje czytelnikowi motyw powołania z lekkim przymrużeniem oka, dając do zrozumienia, że nie zawsze można robić to, o czym się marzyło, a do celu prowadzi więcej niż tylko jedna droga.

„Ex Machina” skupia się na kilku równorzędnych elementach. Jest to na przykład prezentacja zagadnień dzielących społeczeństwo. Autor zagłębia się w tematy małżeństw homoseksualnych i rasizmu, przedstawiając te zagadnienia jako okazję do pokazania pracy polityka od kuchni i zaprezentowania różnych spojrzeń na dosyć kontrowersyjne zagadnienia. Mimo że Vaughanowi wyraźnie bliżej tu do przekonań liberalnych (przynajmniej wnioskując z tego, jak owe sprawy przedstawia), unika, na szczęście, nachalnej postępowości i przekonywania do swoich poglądów na siłę. Amerykanin pisze z dużym wyczuciem, a efekty jego pracy nie powinny ani zgorszyć co bardziej konserwatywnych odbiorów, ani rozczarować tych bardziej otwartych. W takich tematach trudno stać na środku, ale w „Ex Machinie” zasadniczo ta niełatwa sztuka udała się doskonale.

Pierwszy zbiorczy tom „Ex Machiny” to przy tym także, a może przede wszystkim, bardzo sprawnie napisana opowieść kryminalna z domieszką thrillera. Warstwa akcyjna jest satysfakcjonująca także dzięki dwutorowej narracji. Vaughan przedstawia nie tylko wydarzenia dziejące się obecnie, ale też te sprzed wyboru Mitchella na stanowisko burmistrza, co znacząco pogłębia świat przedstawiony, dając historii szerszy kontekst. Warto też zaznaczyć, że bardzo dobre wrażenie sprawia kreacja bohaterów i łączących ich relacji. Autor bez dwóch zdań ma dobrą rękę do pokazywania związków i zależności między ludźmi, pokazując różne punkty widzenia i ich wzajemne przenikanie się.

Ilustracje do „Ex Machiny” tworzą klimat bardzo… „przyziemny”. Tony Harris porusza się w dosyć realistycznej konwencji i raczej stroni od większych wizualnych fajerwerków. Podczas oglądania grafik w albumie podobać może się chociażby duża dbałość rysownika o szczegóły, co odpowiednio pogłębia obraz świata. Całość utrzymana jest raczej w stonowanej i zimnej kolorystyce, która zabiera ilustracjom odrobinę wyrazistości, do czego jednak po kilkunastu stronach można się w pewnym stopniu przyzwyczaić. Trochę lepiej mogłoby być w przypadku teł niektórych kadrów, które miejscami wydają się zapomniane i pokolorowane na odczepnego. Jednak patrząc całościowo, warstwa graficzna stoi na wysokim poziomie.

Wydaje się, że nie bez powodu „Ex Machina” zdobyła w 2005 roku nagrodę Eisnera za najlepszą nową serię. Ten cykl faktycznie robi wrażenie, zwłaszcza dzięki pełnemu wyczucia połączeniu motywów superbohaterskich z gatunkiem, w którym herosów zazwyczaj trudno szukać, czyli politycznym thrillerem/kryminałem. Paradoksalnie jest to chwila odpoczynku od trykociarzy, zwłaszcza tych od DC i Marvela, bo Vaughan, owszem, korzysta z paru gatunkowych schematów, ale twórczo je zmienia, sprawiając, że ten tytuł z miejsca staje się kolejnym mocnym punktem w katalogu wydawnictwa Egmont.

Seria: Ex Machina
Tom: 1
Scenariusz: Brian K. Vaughan
Rysunki: Tony Harris
Kolory: JD Mettler
Tłumaczenie: Tomasz Kłoszewski
Tytuł oryginału: Ex Machina Book One
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Vertigo
Data wydania: maj 2018
Liczba stron: 276
Oprawa: twarda
Format: 170 x 260

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal i na nim była pierwotnie publikowana - KLIK)

piątek, 15 czerwca 2018

Jessica Jones. Puls - Recenzja

Poprzednia seria z Jessicą Jones w roli głównej, „Alias”, była niezwykle ożywczym doświadczeniem. Brian Michael Bendis stworzył opowieść o superbohaterach, w której liczył się człowiek, a nie jego moce. Skupienie się na charakterach głównych bohaterów przyniosło wiele dobrego, a gdy cykl dobiegł końca, usłyszeliśmy niezwykle dobrą wiadomość, że autor nie porzuca (wtedy jeszcze) panny Jones. „Puls” stanowi swoistą kontynuację tamtych komiksów, jednak jest nieco mniej niepokorny – autorzy nie operują już w ramach imprintu MAX, który oferował tytuły przeznaczone stricte dla dojrzałego odbiorcy. Nie oznacza to jednak, że produkt, który otrzymaliśmy, jest w jakiś sposób wybrakowany. Nic z tych rzeczy. Jest po prostu nieco inaczej.

Jessica Jones powoli odnajduje względną stabilizację w swoim życiu. Poznała faceta, który wydaje się idealnym kandydatem do bycia tym jedynym, a także zaszła w ciążę. Teraz musi dbać nie tylko o siebie, więc przyjmuje propozycję J. Jonaha Jamesona i zaczyna pracę jako redaktorka weekendowego dodatku „Daily Bugle”, gdzie ma krytycznym okiem przyglądać się społeczności nadludzi. Nawiązuje współpracę z Benem Urichem, a wspólne śledztwo naprowadza ich na trop Green Goblina. Kolejna część, w której Cage’a i Jones atakuje nieznana kobieta, opowiada głównie o próbie zwerbowania Jessiki przez tajną przestępczą organizację, Hydrę. Z kolei epizod zamykający całość dzieje się w momencie rozwiązania ciąży głównej bohaterki,, podczas gdy równolegle toczy się wątek dziennikarskiego śledztwa Bena Uricha w sprawie trzecioligowego herosa, niejakiego D-Mana.

Pierwsza seria z Jessiką w roli głównej skupiała się przede wszystkim na jej przeżyciach i pokazaniu tego jak poszczególne, niekiedy traumatyczne wydarzenia, wpływają na jej psychikę i życie codzienne. W „Pulsie” Jones wciąż stoi w pierwszej linii, ale przybyło postaci, które skutecznie kradną jej czas antenowy. Ten stan rzeczy można by było uznać za zarzut, jednak Bendis prowadzi wszystkich protagonistów w sposób na tyle interesujący, że ostatecznie nie sposób psioczyć. Podobać się mogą między innymi dziennikarze z „Daily Bugle”. Pracujący w redakcji ludzie to prawdziwi zawodowcy, którzy choć zrobią dużo, by uzyskać temat, to w odpowiednich okolicznościach zachowają się godnie i potrafią postąpić właściwie. Takim dziennikarzem starej daty jest bez wątpienia Ben Urich, a epizod, w którym bada on sprawę D-Mana, bezdomnego herosa, należy bez wątpienia do najlepszych motywów w całym tym opasłym tomiszczu. Autor ponownie pokazał w nim, że ma naprawdę dobrą rękę do opisywania sytuacji niecodziennych, niosących przy okazji duży ciężar emocjonalny oraz jest w stanie wiarygodnie zaprezentować przyziemne oblicze zamaskowanych obrońców społeczeństwa.

Niektóre fragmenty „Pulsu” znacząco różnią się od tego, do czego przyzwyczaił czytelnika Bendis na łamach „Aliasu”.  Tym razem nie dostaniemy takiej porcji cynizmu i przemocy jak wówczas – to było zresztą wiadome, gdy okazało się, że omawiana seria nie należy już do odnogi MAX. Scenarzysta kładzie nacisk przede wszystkim na obyczajowy aspekt kolejnych epizodów. Być może nie widać tego jeszcze w pierwszym, najbardziej przygodowym segmencie albumu, jednak w kolejnych ta cecha wychodzi już na pierwszy plan, przejawiając się chociażby w scenach, kiedy Jessica poszukuje zaginionego, rannego Luke’a i wariuje z niepokoju, lub gdy wraz z żonami innych superbohaterów rozmawia o macierzyństwie, zastanawiając się nad tym, co przyniesie przyszłość. To znacząca, lecz zarazem zrozumiała ewolucja bohaterki, która kiedyś nie stroniła od alkoholu i klęła jak szewc, a teraz zmienia się w osobę dojrzałą i odpowiedzialną, gotową na założenie rodziny.

Album został wydany na poziomie, do jakiego Mucha Comics zdążyła nas już na przestrzeni lat przyzwyczaić. Ta jakość stała się oczywiście standardem i rzadko zwraca się na ten element uwagę, jednak myślę, że raz na jakiś czas warto o nim przypomnieć. Tom, w odróżnieniu od kilku nowości w powiększonym formacie, ukazuje się w standardowym dla twardej oprawy rozmiarze 170x260, więc będzie idealnie pasować do „Aliasu” i doskonale prezentować się obok niego na półce. Nieco rozczarowywać może liczba dodatków, bo otrzymujemy jedynie krótkie posłowie Bendisa, kilkustronicowy szkicownik i kilka rysunków z nałożonym tuszem, co, jak na taką krowę jak „Puls”, jest wynikiem raczej słabym. To jednak mankament mało znaczący, gdy spojrzy się na satysfakcjonującą jakość wydania.

Za ilustracje odpowiadało tu kilku artystów, a nad każdym segmentem pracował ktoś inny. Opowieść o początkach Jessiki w „Daily Bugle” rysował Mark Bagley. Jego kolorowy styl przywodzi na myśl perypetie Pająka (który zresztą odgrywa tu całkiem istotną rolę), co jest efektowne, ale jak dla mnie nie do końca pasuje do głównej bohaterki serii. O wiele lepsze wrażenie sprawiają na szczęście Michael Lark i Michael Gaydos. Ten drugi to zresztą autor prac do „Aliasu” i to właśnie jego wizja jest tą, którą ja wizualizuję sobie jako idealną oprawę graficzną perypetii Jessiki i do niej porównuję wysiłki innych artystów.

„Puls” jest komiksem przede wszystkim dla tych czytelników, którzy zakochali się w postaci Jessiki Jones po lekturze błyskotliwego cyklu „Alias”. Brak znajomości wcześniejszych losów bohaterki może jednak stanowić pewną przeszkodę, by w pełni delektować się zaproponowanym przez Bendisa materiałem. Recenzowany tytuł nie robi może takiego wrażenia jak poprzednia seria, ale wciąż jest lekturą ze wszech miar godną uwagi, głównie ze względu na obyczajowe zacięcie i skupienie się na przeżyciach bohaterów. Brian Michael Bendis w 2016 roku powrócił do pisania regularnej serii poświęconej pani Jones (kolejne zeszyty ukazują się do dzisiaj) – miejmy nadzieję, że i ta odsłona jej perypetii zostanie nam kiedyś przez Muchę Comics przybliżona, bo każda z dotychczasowych była co najmniej bardzo dobra.

Tytuł: Jessica Jones. Puls
Scenariusz: Brian Michael Bendis
Rysunki: Mark Bagley, Brent Anderson, Michael Lark, Michael Gaydos, Olivier Coipel
Kolory: Matt Hollingsworth i inni
Tłumaczenie: Marek Starosta, Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Jessica Jones. Pulse
Wydawnictwo: Mucha Comics
Wydawca oryginału: Marvel
Data wydania: kwiecień 2018
Liczba stron: 360

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal i na nim była pierwotnie publikowana - KLIK)

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Black Kiss Tom 2 - Recenzja

Wydany w 1988 „Black Kiss” jest komiksem nietuzinkowym i obrazoburczym. Wypełniony seksem i przemocą, od momentu premiery budzi niepokój jednych, a fascynację innych odbiorców. Dla mnie stanowi bardzo intrygującą mieszankę czarnego jak noc kryminału, mocnej i przechodzącej miejscami w pornografię erotyki oraz okultystycznego horroru. Chaykin podlał całość gęstym sosem campu i pulpy, co w efekcie dało dzieło specyficzne, które, jeśli nie lubi się takiej celowo przerysowanej konwencji, z miejsca odrzuci co wrażliwszych czytelników. Ja jednak podczas lektury bawiłem się wybornie, dlatego wieść, że Planeta Komiksów wyda kontynuację tej historii, powitałem z dużym zadowoleniem.

Dalszy ciąg „Black Kiss” jest w znacznej mierze prequelem. Scenarzysta przenosi nas daleko w przeszłość i pokazuje, w jaki sposób Beverly Grove stała się nieśmiertelnym demonem (bądź też wampirem lub sukkubem – kwestia nazewnictwa pozostaje otwarta). Akcja toczy się na przestrzeni wielu dziesięcioleci i portretuje zmiany zachodzące na świecie, określa też napędzające ludzi i społeczeństwa namiętności. Na kolejnych kartach dowiemy się też dokładnie, kim jest rozpustna Dagmar, wierna towarzyszka Beverly. Ponadto polski wydawca zawarł tu dodatek specjalny, odsłaniający nieznane karty historii głównej bohaterki serii.

Drugi tom „Black Kiss” jest bez wątpienia tytułem dla tych, którzy mają już za sobą lekturę pierwszej części. Bez jej znajomości przyjemność płynąca z poznania dawnych i przyszłych losów Beverly Grove będzie znikoma. Chaykin tym razem nieco zmienił swoje podejście do narracyjnej strony komiksu, zdecydował się bowiem na wprowadzenia narratora. Jego brak był jednym z czynników, które sprawiały, że wejście w opowieść snutą w tomie numer jeden nie było zbyt płynne. Tutaj jest inaczej, a zabieg znacząco poprawia przejrzystość lektury i sprawia, że perypetie głównych bohaterów są zdecydowanie łatwiejsze w odbiorze.

„Black Kiss 2” epatuje perwersyjną seksualnością jeszcze mocniej, niż robił to wcześniejszy tom. Zatem jeśli wtedy odrzucał was nadmiar wulgarnej erotyki, to nie macie po co sięgać po kontynuację, tym bardziej, że naprawdę dużo w niej scen obciągania (bo nie sposób nazwać tego, co dostajemy, zwyczajowym terminem seksu oralnego) i innego, często zwyrodniałego seksu, a kolejne kadry ociekają wręcz spermą. O odgryzanych penisach nie wspominając… I jakkolwiek rozumiem, że taka estetyka jest dla autora naturalna i konieczna do opowiedzenia tej historii, to wydaje mi się, że Chaykin jednak nieco (ale tylko nieco) przedobrzył, stosując zasadę występującą w wielu sequelach, czyli „więcej, mocniej, bardziej”. Sceny seksu lub nagości pojawiają się co kilka stron, a gdy jest ich tak dużo, dosyć szybko przestają szokować nieprzyzwyczajonego do takiego natężenia odbiorcę, zamiast tego wprowadzając lekką monotonię. Główna linia fabularna nie potrzebowała aż tak mocnego podkreślenia – ona sama w sobie jest interesująca, zwłaszcza dla tych, którym spodobał się pierwszy tom.

Pewnym mankamentem dla niektórych odbiorców może być fakt, że Beverly Grove została odarta ze swojej tajemniczości. Howard Chaykin przedstawia jej losy sprzed około stu lat i to, w jaki sposób stała się istotą znacznie potężniejszą od zwykłego śmiertelnika. Jej enigmatyczność i niewiadome pochodzenie było jedną z głównych zalet w poprzednim tomie. Tym razem tego elementu zabrakło, ale trzeba przyznać, że scenarzysta stara się to zrekompensować w inny sposób. Dowiadujemy się między innymi, kim konkretnie jest towarzyszka Bev, Dagmar. Dalsze zagłębianie się w to zagadnienie skończyłoby się niewątpliwie spoilerem, powiem więc tylko tyle, że ujawnienie pochodzenia i pokazanie relacji między bohaterkami jest naprawdę satysfakcjonujące.

Za ilustracje, podobnie jak poprzednio, odpowiada sam Chaykin. Rysunki ponownie nie są kolorowane, a czerń i biel dodają całości dekadenckiego smaku. Kolejne kadry często tworzone były na zasadzie kontrastu, co w przypadku formy, jaką wybrał artysta, było rzeczą oczywistą i zrozumiałą. Wszystko wyszło przekonująco i zaskakująco czytelnie. Warto też poświęcić kilka słów formie wydania tego tomu. Planeta Komiksów stanęła niewątpliwie na wysokości zadania, oddając nam produkt prawdziwie dopieszczony. Twarda oprawa, punktowe lakierowanie, offsetowy papier o bardzo grubej gramaturze – ta otoczka wizualna sprawia, że jeszcze przed rozpoczęciem lektury jej wartość lekko wzrasta.

Kontynuacja „Black Kiss” jest bez wątpienia komiksem wartym uwagi. Być może nie dorównuje jakością pierwszej części, warto jednak zaznaczyć, że Howard Chaykin nie próbował (na całe szczęście!) stworzyć duplikatu opowieści, która przyniosła mu tak duży rozgłos. Autor miał pomysł na tę historię i przy użyciu niesamowicie intensywnych środków wyrazu zaproponował nam podróż do pełnego perwersji świata, w którym główną rolę odgrywa pożądanie i dawanie upustu fantazjom seksualnym. Nie każdemu przypadnie to do gustu, jeśli jednak nieco otworzymy się na doznania raczej niecodzienne i odrzucimy skromność, okaże się, że lektura „Black Kiss 2” jest doświadczeniem naprawdę satysfakcjonującym.


Seria: Black Kiss
Tom: 2
Scenariusz: Howard Chaykin
Rysunki: Howard Chaykin
Tłumaczenie: Maria Lengren
Tytuł oryginału: Black Kiss Vol. 2; Black Kiss XXXmas in July Special
Wydawnictwo: Planeta Komiksów
Wydawca oryginału: Image Comics
Data wydania: maj 2018
Liczba stron: 180
Oprawa: twarda
ISBN:

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal i na nim była pierwotnie publikowana - KLIK)