niedziela, 29 września 2019

Superman. Action Comics (Odrodzenie) #1000 - Recenzja

W zeszłym roku Supermanowi stuknęła osiemdziesiątka. Choć Człowiekowi ze Stali daleko jeszcze do emerytury, to tak piękny jubileusz bezsprzecznie zasługuje na godne uhonorowanie. Doskonałą okazją ku temu stała się premiera tysięcznego zeszytu kultowej dla komiksiarzy serii „Action Comics”. Oba wydarzenia zostały odpowiednio wyróżnione, a my, czytelnicy, otrzymaliśmy specjalny, okolicznościowy album, który w oryginale ukazał się jako regularny zeszyt, lecz w specjalnej, powiększonej objętości, a w Polsce wydany jest w standardzie znanym z innych komiksów o Supermanie prezentowanych w ramach „Odrodzenia”.

Specjalny numer „Action Comics” przynosi hołd dla bohatera, który od ośmiu dekad nieustannie ratuje nie tylko Metropolis, ale i cały świat. Na kartach tego wydania znajdziemy jedenaście opowieści, w których różni twórcy próbują oddać istotę Supermana. Dowiemy się między innymi w jaki sposób miasto chce podziękować swojemu obrońcy za lata bezinteresownej służby, przypomnimy sobie, że działalność Człowieka ze Stali to przede wszystkim inspiracja do bycia lepszą osobą, a także poznamy wpływ, jaki bohater wywiera nie tylko na zwykłych ludzi, ale i na swoich przeciwników.

Postawmy sprawę jasno – tysięczny numer „Action Comics” to laurka. Nie ma tu miejsca na odcienie szarości, nie doświadczymy też ujęcia tematu w stylu snyderowskim (mowa o Zacku). Superman nie jest tu kimś, nad kogo motywacją można by debatować. On jest dobry. Jest nieskalanym obrońcą ludzkości i basta! Trudno było jednak spodziewać się innego rozwiązania. Numer jubileuszowy to ani czas, ani miejsce na dekonstrukcję mitu superbohaterskiego. Zresztą czy Człowiek ze Stali w ogóle takowej potrzebuje? Sądząc po odbiorze filmu „Batman v Superman”, można mieć w tej materii pewne wątpliwości.

Komiksowe antologie – podobnie jak książkowe -  rzadko trzymają równy poziom. Nie inaczej jest z tym krótkim zbiorkiem. Znajdziemy tu zarówno highlighty, jak i ewidentne popierdółki. Autorzy nie dostali zbyt dużo miejsca na prezentację swoich pomysłów, historie zazwyczaj zamykają się na ledwie pięciu stronach (w ośmiu na jedenaście opowiadań), co wymusza pewne skondensowanie treści. Jednym z tych wyjątków jest dwunastostronicowa „Prawda”, stanowiąca zarazem wstęp do serii „Człowiek ze Stali”, którą powierzono nietuzinkowemu twórcy, Brianowi Michaelowi Bendisowi. Mając w pamięci jego dotychczasowe osiągnięcia (jak dla mnie zwłaszcza „Alias”), można mieć duże nadzieje co do tego tytułu. Co prawda zamieszczona tu miniaturka nieco te oczekiwania temperuje (to wszak jedynie dość monotonna i raczej bezrefleksyjna akcja), ale może to błędne wrażenie? Pożyjemy, zobaczymy.

Jeżeli ustaliliśmy już, że Superman został w tej miniantologii ukazany jako inspiracja dla innych ludzi i postać kryształowo czysta, to czy w ogóle znajdzie się tu miejsce dla jakichś ciekawych opowiadań? Jak najbardziej, chociaż trzeba się nastawić, że raczej nie zaskakują wielowymarowością. To jednak też ma swój urok. Bardzo dobre wrażenie robi na przykład otwieracz. „Od miasta, które ma wszystko” to opowiastka o przygotowaniach mieszkańców Metropolis do uroczystości na cześć ich obrońcy. Superman robi wszystko, żeby tylko nie uczestniczyć w zabawie (ach, ta skromność...), ale ostatecznie, z małą pomocą przyjaciół, udaje mu się rozprawić z pozaziemskimi problemami i dać ludziom chwilę radości z obcowania ze swoim bohaterem. Dan Jurgens, związany z Ka-Elem nie od dziś, pisze tu z dużym wyczuciem, a opowieść, choć ciepła i bardzo optymistyczna, nie sprawia wrażenia przesłodzonej, o to było w tym przypadku łatwo.

Jako że omawiany komiks to mała antologia, naturalnym jest, że pracowało nad nim wielu różnych twórców. Rzecz tyczy się tak scenariuszy, jak i rysunków. Te drugie właściwie na całej przestrzeni albumu stoją na wysokim poziomie. A który artysta spisał się najlepiej? Cóż, myślę, że to zależy od indywidualnych gustów czytelników, ważne jest jednak, że nikt nie odstawił tu fuszerki. Ze swojej strony wyróżniłbym Oliviera Coipela (ujmująca stylizacja retro), Claya Manna (miła dla oka postapokaliptyczna sceneria ujęta w jasnych, pustynnych barwach) i Josego Luisa Garcię-Lopeza (ufff...), którego prace jako żywo mogłyby znaleźć się w komiksach z eSem w latach dziewięćdziesiątych.

„Action Comics #1000” nie udaje, że ma jakiekolwiek większe ambicje. To komiks okolicznościowy i jako taki spisuje się dobrze. Miał być hołdem dla Supermana, podkreśleniem cech charakterystycznych dla tego bohatera i ponownym pokazaniem tego, dlaczego jest to wciąż tak bardzo popularna postać. I autorom w znacznej mierze udało się osiągnąć ten cel, bowiem większość zamieszczonych na łamach tego albumu historyjek jest po prostu przyjemna i optymistyczna. Jeśli ktoś mieni się fanem Człowieka ze Stali, powinien postawić ten komiks na swojej półce. Może nie na honorowym miejscu, bo aż tak dobry nie jest, ale na docenienie zasługuje.

Tytuł: Action Comics #1000
Seria: Action Comics
Tom: poza numeracją
Scenariusz: różni scenarzyści
Rysunki: różni rysownicy
Kolory: różni koloryści
Tłumaczenie: Jakub Syty
Tytuł oryginału: Superman: Action Comics #1000 Deluxe Edition
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: kwiecień 2019
Liczba stron: 120
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Format: 167 x 255
ISBN: 978-83-281-4132-2

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal i na nim była pierwotnie publikowana - KLIK)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza