piątek, 29 stycznia 2016

Dmitry Glukhovsky "Metro 2035" - Recenzja

Dziesięć lat po wydaniu Metra 2033 Dymitr Glukhovsky zdecydował się powrócić do wykreowanego przez siebie świata, by ostatecznie domknąć wszystkie wątki i zakończyć historię Artema, Homera, Saszy i innych bohaterów. Biorąc pod uwagę, że część druga była lepsza (a na pewno dojrzalsza) od pierwszej, mieliśmy wszelkie prawo spodziewać się, że powieść wieńcząca tę trylogię będzie trzymała fason. Autor miał w końcu dostatecznie dużo czasu, by wszystko odpowiednio przemyśleć i stworzyć fabułę, która w satysfakcjonujący sposób dopowiadałaby tę historię. Jedno jest pewne – oczekiwania w stosunku do Metra 2035 były bardzo wysokie, a często w takich przypadkach pompowany przez wielu balon z hukiem pęka. Na szczęście nie tym razem.

Artem Czarny po tym jak rozprawił się z tzw. Czarnymi jest hołubiony przez innych mieszkańców stacji WOGN. Wszyscy myślą, że chłopak ocalił świat przed strasznym zagrożeniem i nie dopuścił do zagłady ukrytych w moskiewskim metrze ludzi. Sam Artem jest jednak innego zdania. Ponadto, przekonany, że na Ziemi musieli ocaleć także inni ludzie, codziennie zapuszcza się na powierzchnię, by za pomocą radiostacji nasłuchiwać oznak życia. Altruizm nie jest jednak jego jedyną motywacją. Po zakończeniu afery z Czarnymi Artem ożenił się z córką dowódcy Zakonu, Młynarza. W małżeństwie od jakiegoś czasu nie układa się najlepiej, a wypady na powierzchnię są formą ucieczki przed problemami wspólnego życia i braku pasji. Dlatego, gdy na horyzoncie pojawi się odpowiedni pretekst, Czarny po raz kolejny wyruszy w niebezpieczną podróż ciemnymi tunelami.

Głównym bohaterem powieści jest Artem, chłopak, którego poznaliśmy na kartach Metra 2033. Wówczas ta postać nie sprawiała, niestety, zbyt dobrego wrażenia, lecz tym razem, na szczęście, jest zupełnie inaczej. Artem ewoluował. To nie jest już ten naiwny, młody człowiek, który myślał, że ratuje ludzkość. Zamiast tego widzimy go jako osobę dojrzałą i zgorzkniałą, pozbawioną złudzeń. To, na pierwszy rzut oka, wielce perspektywiczny główny bohater. Glukhovsky bardzo często pokazuje go czytelnikowi jako człowieka tchórzliwego, zainteresowanego wyłącznie swoją misją, który przymyka oko na niegodziwości, zwłaszcza gdy mogłoby to go odwieść od głównego celu. Bo misja pozostała, to się akurat nie zmieniło, ale jest już nieco inna niż poprzednio. Tym razem nie chodzi o wybawienie ludzkości od strasznego zagrożenia, ale o wyprowadzenie innych z dusznych podziemi na powierzchnię.

Na kartach Metra 2035 nie uświadczymy potworów. Miejsce obecnych w innych odsłonach cyklu mutantów zajęli ludzie. Świat przedstawiony jest wyjątkowo ponury – lokatorów moskiewskiego metra powoli zżera moralna zgnilizna, są zdemoralizowani, a różnego rodzaju degeneracja sięga bardzo głęboko. Co jednak najgorsze, nikomu taki stan rzeczy nie przeszkadza, a co więcej, ludzie postawieni przed możliwością wyboru wcale nie chcą zmiany. Wygodnie im tam, gdzie są. Przyzwyczaili się do warunków, w których egzystują i nawet, gdy ktoś chce im otworzyć oczy, wolą pozostać ślepcami. Trudno oprzeć się wrażeniu, że całkowita rezygnacja Glukhovsky’ego z elementów paranormalnych to najlepsze, co przydarzyło się temu cyklowi. Świat opisywany przez autora jest wystarczająco brudny i niesamowity, nie trzeba go dodatkowo ubarwiać elementami całkowicie wydumanymi. Rosyjski pisarz w końcu to zrozumiał, a efekty tego manewru okazały się wyborne.

W tej części swojej trylogii Glukhovsky kładzie duży nacisk na politykę. Czytelnik jest świadkiem rozgrywek pomiędzy poszczególnymi frakcjami rządzącymi podziemnym światem, ma też okazję, by wejrzeć głębiej w struktury niektórych z nich. Otrzymujemy na przykład możliwość bliższego spojrzenia na państwo faszystowskie. Jest to, trzeba uczciwie przyznać, mocny cios we wrażliwość czytelnika, autor świetnie opisuje, jak łatwo ulec zezwierzęceniu i jak trudno wydostać się z niedoli, gdy już odpowiednie organa zadecydowały, że dana osoba nie powinna mieć statusu człowieka pełnowartościowego. Zarówno te fragmenty, jak i charakterystyki innych ustrojów panujących na kolejnych stacjach moskiewskiego metra, to jeden z najmocniejszych punktów powieści.

Na koniec warto wspomnieć, że przy okazji premiery Metra 2035, zostały wznowione także poprzednie części trylogii. Insignis zaserwował całość w zintegrowanej szacie graficznej, dając czytelnikowi wybór, czy chce posiadać te powieści w miękkiej czy twardej oprawie. Trzeba przyznać, że obie wersje prezentują się okazale, a na półce nie powinny wizualnie odstawać od innych książek opisujących wykreowane przez Glukhovsky’ego uniwersum. Jako swoisty bonus wewnątrz Metra 2033/4/5 znajdziemy także ilustracje autorstwa Diany Stepanowej, przedstawiające wyobrażenia życia w moskiewskim metrze.

Metro 2035 wydaje się być najlepszą częścią trylogii Glukhovsky’ego. Wyraźnie widać, że autor poprawił warsztat oraz przywiązuje o wiele większą wagę do detali niż dotychczas, a to, że nie zapomina przy okazji o interesującej i niezwykle sugestywnej fabule, tylko dodaje całości wartości i podwyższa końcową ocenę tej książki. Zniknęła charakterystyczna, zwłaszcza dla pierwszej części, natrętna liniowość i rozwiązania typu deus ex machina, które to cechy sprawiały, że całość mogła wydawać się zapisem sesji gry fabularnej. Przy takiej formie pisarskiej Glukhovsky’ego czytelnik musi mieć nadzieję, że rosyjski pisarz zechce powrócić kiedyś do wykreowanego przez siebie świata, by jeszcze raz zabrać nas w podróż szlakiem podziemnych okropności.

8/10

Autor: Dmitry Glukhovsky
Tytuł: Metro 2035
Tytuł oryginału: Метро 2035
Tłumaczenie: Paweł Podmiotko
Wydawca: Insignis
Data wydania: listopad 2015
Liczba stron: 552
ISBN: 978-83-6531-505-2

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem http://fantasta.pl/ i na nim była pierwotnie publikowana - KLIK)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz