niedziela, 24 stycznia 2021

Jessica Jones. Tom 5: Fioletowa córka - Recenzja

Po przejściu „Jessiki Jones” w nowe ręce seria widocznie obniżyła loty. „Martwy punkt” okazał się komiksem rozczarowującym, który w porównaniu do wizji Briana Michaela Bendisa wypadł wyjątkowo blado. Był to obraz nie do końca niespodziewany, ale jednak odrobinę zaskakujący, zważywszy na to, że osobą odpowiedzialną za serię została kobieta – można więc było mieć nadzieję, że kobiece spojrzenie na kobiecą postać da nam w efekcie coś interesującego. Cóż, nie wyszło. Nie znaczy to też jednak, że otrzymaliśmy komiks słaby. Był po prostu przeciętny, ale pewne jego elementy sugerowały, że forma pisarska pani Thompson może jeszcze pójść w górę. Nadszedł czas, by sprawdzić, czy faktycznie tak się stało.

Końcówka poprzedniego tomu przyniosła nam cliffhanger – córka Jessiki stała się fioletowa! Mając na uwadze własną przeszłość, myśli bohaterki mogą w obliczu tej sytuacji krążyć wyłącznie wokół jednego – czy to po raz kolejny sprawka Killgrave'a? Czy jeszcze raz wniknął on w życie pracującej w agencji Alias pani detektyw? A jeśli tak – jakim cudem udało mu się oszukać śmierć? Sytuacja jest napięta, a Jessica musi jak najszybciej znaleźć odpowiedzi na nurtujące ją pytania.

Nie jest tajemnicą, że największym przeciwnikiem Jessiki Jones jest Purple Man. Zebediah Killgrave niejednokrotnie zamieniał jej życie w piekło, każąc jej wątpić we wszystko, co widzi dookoła siebie. Sięgnięcie po takiego antagonistę (lub kogoś władającego podobną mocą – bo „Fioletowa córka” od samego początku jest w tej materii niejednoznaczna) to w mojej opinii pójście na łatwiznę. Zważywszy na fakt, jak DOSKONALE (wielkie litery nieprzypadkowe) poradził sobie z tematyką psychicznego wykorzystywania i życia w nieustannej niepewności Bendis, powiedzenie w tej materii czegoś nowego było w zasadzie niemożliwością. I choć Thompson odrobiła pracę domową, bo wykorzystuje ten motyw sprawnie i płynnie, to nie dodaje od siebie niczego, z czym nie mielibyśmy do czynienia w poprzednim runie. A wtórność na tak krótkim odcinku czasu jest wyraźnie zauważalna.

Wydaje się, że „Jessica Jones” jest momentami wciągana w tryby superbohaterskich schematów. Kiedy umarł Superman, nastąpiły pamiętne „Rządy Supermanów”, a w końcu na arenę wydarzeń wrócił sam Kal-El. Kiedy Batman usiadł na wózku, pelerynę przejął Jean Paul Valley, a w dłuższej perspektywie znowu dostaliśmy naszego ulubionego Wayne'a. Do czego zmierzam? Purple Man znika ze sceny? W świecie superhero to żaden problem – znajdźmy innych obdarzonych podobną mocą i dajmy czytelnikom to, co podobało im się do tej pory. A na końcu, kto wie... Może znowu „manewr Wayne”? Nie powiem, żeby taki rozwój serii był tym, na co czekam – „Jessica” wydawała się do tej pory bardziej nieoczywista, ciekawsza. Wyciąganie królików z kapelusza, jakie zdaje się praktykować obecna scenarzystka, sprawia, że cykl traci, a na pewno oddala się od tego, czym był w swojej poprzedniej inkarnacji.

Oczywiście skłamałbym, gdybym powiedział, że kontynuacja „Alias” jest komiksem słabym. Rozpisana na sześć zeszytów opowieść potrafi angażować. Fabularna zagadka jest całkiem ciekawa oraz dobrze poprowadzona. Trochę gorzej dzieje się jednak na poziomie emocji. Te są bladym echem tego, co Jessica przeżywała wcześniej, przy poprzednich spotkaniach z Purple Manem i nie tylko. Tym razem nie do końca czuć tę dramaturgię, a przecież to właśnie teraz na szali leży coś, na czym naszej bohaterce zależy najbardziej – jej ukochana córka. Stawka jest najwyższa, tymczasem przeżycia wewnętrzne bohaterki, a nawet jej rozmowy z mężem, które powinny kipieć od emocji, są w znacznej mierze bezpłciowe i nie do końca wiarygodne. Spodziewałem się większej dozy desperacji, niestety całość jest emocjonalnie „zimna”.

Mattia de Iulis sprawdza się w roli rysownika przygód pani Jones. Do stylu włoskiego artysty, który jest odmienny niż ten prezentowany przez Michaela Gaydosa, trzeba się jednak przyzwyczaić. Jest on sterylny i cyfrowy, co choć nie brzmi najlepiej, w praktyce wychodzi zaskakująco dobrze. Artysta okazuje się mocny zwłaszcza w rysowaniu twarzy, które są przedstawione w ogromnej większości ładnie i realistyczne. Dobrze wypadają także sceny bardziej statyczne, których główną zaletą jest duża przejrzystość. Czasami większa liczba detali byłaby mile widziana przy tłach, nie jest to jednak wada na tyle znacząca, by obniżyć dobrą ocenę całości warstwy wizualnej.

Drugi tom runu Kelly Thompson w „Jessice Jones” (z kolei oficjalna numeracja to „pięć”) nie przynosi spodziewanego skoku jakościowego. Nie jest to jednak komiks nieudany, najlepiej określi go chyba słowo „przeciętny”, lub patrząc nieco bardziej optymistycznie, „zadowalający”. Wszystko zależy od oczekiwań. Jeśli nie spodziewamy się zbyt wiele, lektura może nawet być satysfakcjonująca. W przypadku, gdy ma się jednak gdzieś z tyłu głowy obraz runu Bendisa, porównania wypadają niestety na niekorzyść Thompson. Ponownie więc, tak samo jak w przypadku „Martwego punktu”, podsumuję ten komiks stwierdzeniem, że to zapychacz i tytuł „na raz” i jeszcze raz z nadzieją spojrzę w przyszłość, mając nadzieję, że kolejny tom okaże się lepszy. Nawet jednak z tym, zwłaszcza będąc fanem postaci Jessiki Jones, warto się mimo wszystko zapoznać.

Tytuł: Fioletowa córka
Seria: Jessica Jones
Tom: 5
Scenariusz: Kelly Thompson
Rysunki: Mattia De Iulis, Filipe Andrade
Tłumaczenie: Marek Starosta
Tytuł oryginału: Jessica Jones – Purple Daughter #1-3
Wydawnictwo: Mucha Comics
Wydawca oryginału: Marvel
Data wydania: wrzesień 2020
Liczba stron: 136
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Wydanie: I
ISBN: 978-83-66589-17-9

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, obecnie dostępnym w sieci na profilu facebookowym. Tekst ukazał się 03. 10. 2020)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza