czwartek, 30 lipca 2026

Steven Erikson "Malazańska Księga Poległych. Tom 2: Bramy Domu Umarłych" - Recenzja

 

Pierwszy tom „Malazańskiej Księgi Poległych” jest dla mnie powieścią wyjątkową. Czytałem ją kilka razy i zapewne jeszcze kiedyś do niej wrócę. Nigdy jednak nie doczytałem cyklu do końca, zatrzymałem się przed tomem szóstym. Jakiś czas temu postanowiłem nadrobić tę czytelniczą zaległość. Człowiek nie robi się przecież młodszy, a jeśli pewne rzeczy odkłada się w nieskończoność, można ostatecznie z nimi nie zdążyć. Wiedziony tą myślą sięgnąłem po „Bramy Domu Umarłych”. Choć czytałem już tę powieść wcześniej, ponowna lektura i tak dostarczyła mi ogromu wrażeń.

Imperium Malazańskie znalazło się na krawędzi wojny domowej. Osłabiona wydarzeniami w Darudżystanie potęga musi zmierzyć się z widmem buntu ogarniającego Siedem Miast. Rebelianci gromadzą siły na świętej pustyni Raraku, gdzie Sha'ik formuje armię mającą stanąć na czele od dawna zapowiadanego powstania przeciwko cesarzowej Laseen. W wir tych wydarzeń zostają wciągnięci zwykli ludzie, których losy niejednokrotnie okazują się równie istotne jak decyzje władców i dowódców. To właśnie od ich wyborów i poświęcenia może zależeć bieg historii całego imperium.

Drugi tom „Malazańskiej Księgi Poległych” to nadal ogromna liczba postaci i kilka odrębnych, ale równie ważnych wątków. Z tego względu wciąż nie sposób mówić o jednym głównym bohaterze. Nie stanowi to jednak żadnego problemu, ponieważ autor potrafi zainteresować niemal każdym bohaterem. Oczywiście jedne postaci przypadły mi do gustu bardziej, inne mniej, ale losy każdej z nich okazują się istotne dla pełnego zrozumienia tej opowieści. Co więcej, Erikson sprawia, że nawet bohaterowie początkowo wydający się drugoplanowi z czasem zyskują na znaczeniu i otrzymują momenty, które na długo zapadają w pamięć. Dzięki temu przeskakiwanie między kolejnymi wątkami nie wywołuje znużenia, a wręcz budzi ciekawość, co wydarzy się u pozostałych uczestników tej rozległej historii. 

Warto zwrócić szczególną uwagę na konstrukcję całej historii, ponieważ każdy z głównych wątków „Bram Domu Umarłych” znacząco się od siebie różni, prezentując odmienne rodzaje opowieści. Historia Felisin to opowieść o dojrzewaniu, nabieraniu doświadczenia oraz kształtowaniu charakteru i stopniowej przemianie pod wpływem ekstremalnie trudnych doświadczeń. Wątek Sznura Psów to rasowy dramat wojenny, który główny nacisk kładzie na obowiązek, braterstwo i heroizm, nawet w najtrudniejszych momentach. Podróż Kalama przypomina brutalną opowieść przygodową z elementami szpiegowskimi, natomiast sceny z udziałem Mappa i Icariuma tchną swego rodzaju smutkiem, melancholią i tajemnicą. Na tym tle najbardziej kameralne wrażenie sprawiają sceny z udziałem Skrzypka, Crocusa i Apsalar, skupiające się przede wszystkim na relacjach między bohaterami i samej podróży. Całość spaja przy tym wyraźnie wyczuwalny duch powieści drogi, obecny niemal w każdym z opisanych wątków.

Największe znaczenie dla całej powieści ma jednak wątek Sznura Psów. Steven Erikson w znakomity sposób ukazuje obezwładniający bezsens wojny, wzmacniając go motywami bezwzględnej polityki, zadawnionych urazów i zwykłej ludzkiej małostkowości. Od samego początku czytelnik doskonale wie, że misja Coltaine’a, której sednem jest próba uratowania wojennych uchodźców, praktycznie nie może skończyć się dobrze. Mimo to przez całą lekturę towarzyszy nam nadzieja, że bohaterowie w jakiś sposób znajdą ocalenie. Erikson z ogromnym wyczuciem buduje emocjonalny ciężar tej historii, przez co trudno pozostać obojętnym wobec losów uchodźców i chroniących ich żołnierzy.

„Bramy Domu Umarłych” znacząco rozwijają wykreowane przez Eriksona uniwersum, odsłaniając kolejne jego zakątki i tajemnice. Jeden z wątków przybliża zmiennokształtne istoty, które wykorzystując wojenną zawieruchę, próbują odnaleźć drogę do ascendencji. Przy okazji autor stopniowo odsłania kolejne elementy skomplikowanego systemu magicznego, pokazując, jak ogromny wpływ może wywierać magia zarówno na życie zwykłych ludzi, jak i na losy całych państw. Polityka również nie pozostawia złudzeń – Erikson ukazuje ją jako domenę bezwzględności, odwetu i cynicznej kalkulacji. Począwszy od motywowanej zemstą czystki szlachty, a skończywszy na pokazaniu, jak łatwo władza usprawiedliwia przemoc i zmienia ludzi w narzędzia własnych ambicji. Na uznanie zasługuje również sposób prowadzenia narracji. Erikson nie podaje czytelnikowi wszystkiego na tacy, zmuszając go do samodzielnego łączenia faktów, ale jednocześnie robi to na tyle umiejętnie, że z każdą kolejną stroną coraz lepiej rozumiemy zasady rządzące tym światem.

Druga część monumentalnej „Malazańskiej Księgi Poległych” to znakomita lektura – powieść angażująca, wielowątkowa, poruszająca uniwersalną tematykę, a przy tym zachwycająca kreacją świata przedstawionego. W opinii wielu czytelników jest lepsza niż „Ogrody Księżyca” i choć ja akurat do tej grupy się nie zaliczam, również doceniam jej niezaprzeczalną klasę. „Bramy Domu Umarłych” potrafią poruszyć oraz skłonić do refleksji, przypominając, że literatura fantasy potrafi z powodzeniem podejmować tematy równie ambitne i uniwersalne jak uznawana za bardziej prestiżową literatura głównego nurtu.

Autor: Steven Erikson
Tytuł: Bramy Domu Umarłych
Tytuł oryginału: Deadhouse Gates
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Wydawca: MAG
Data wydania: kwiecień 2021 (wznowienie)
Liczba stron: 816
ISBN: 978-83-6671-213-3

niedziela, 26 lipca 2026

DC kontra wampiry - Recenzja

 

Komiks superbohaterski plus horror to połączenie, które potrafi dać naprawdę interesujące efekty. Na przestrzeni lat twórcy wielokrotnie wykazywali się kreatywnością, oferując fanom tytuły potrafiące zaintrygować, jak choćby „Zagłada Gotham”, mariaż świata Batmana z mitami Cthulhu, czy niedawny „Batman. Pełnia”, w świetny, brudny sposób poruszający tematykę likantropii. Przed lekturą „DC kontra wampiry” miałem nadzieję, że album dołączy do grona tych, które z opowieści grozy czerpią to, co najlepsze.

Przedstawiciele Ligi Sprawiedliwości stają do walki z zagrożeniem, z jakim się jeszcze nie mierzyli. Do świata DC wkraczają bowiem… wampiry. Krwiopijcy – po zmianach w strukturach dowodzenia – rezygnują z kruchego porozumienia z ludzkością i wypowiadają jej wojnę. Celem jest osiągnięcie dominującej pozycji na świecie, nieograniczony dostęp do świeżej krwi, a przede wszystkim władza.

Wspomniałem we wstępie o komiksach superbohaterskich, które świetnie współgrają z horrorem. Niestety jest także druga strona medalu – to albumy, których twórcy jedynie powierzchownie korzystają z rekwizytów grozy i używają ich głównie jako pretekstu do akcji i rozwałki, tyle że w nieco innym niż zazwyczaj anturażu. Tak wyglądały niedawne „Nocne koszmary” i w zasadzie podobnie prezentuje się „DC kontra wampiry”. Liczyłem, że nazwisko Tyniona IV zagwarantuje wyjście poza schematy, ale Amerykanin (do spółki z Rosenbergiem) dostał najwidoczniej zlecenie na coś bardzo bliskiego regularnym trykociarskim seriom, dla niepoznaki ubrany w niecodzienne szatki.

„DC kontra wampiry” to historia spod szyldu Elseworlds, a więc idealny typ komiksu na twórcze eksperymenty. Tynion IV i Rosenberg podeszli do nich w taki sposób, że w toku fabuły nie bali się uśmiercić kilku istotnych dla Uniwersum DC bohaterów. Bo skoro rzecz dzieje się „gdzie indziej”, to w sumie czemu nie, prawda? Czy zabieg okazał się udany? W mojej opinii tak – wizja przemiany superbohaterów w wampiry pozwoliła zbudować atmosferę niepewności – nie wiedzą, kto został zainfekowany ani kto gra na dwa fronty, a to daje pole do ciekawych fabularnych zawijasów.

Jedną rzeczą jest potencjał, inną odpowiednie jego wykorzystanie. I na tym polu komiks wypada niestety gorzej. Fabuła rozwija się całkiem ciekawie gdzieś do połowy albumu, a później niepotrzebnie eskaluje. W pewnym momencie napięcie wyraźnie siada, także z tego względu, że pomysłu nie wystarczyło na cały album. Dwanaście zeszytów to za dużo. Dłużyzny stają się normą, a komiks porzuca paranoiczny ton cechujący jego pierwszą połowę i zamienia się w ciąg starć między przedstawicielami obozów wampirów i ludzi. To z kolei przypomina każdą inną superbohaterską bijatykę, tyle że tu zaprezentowano ją w innej scenerii.

Pod względem graficznym komiks stoi na średniej półce. Główny rysownik tej opowieści, Otto Schmidt, to pochodzący z Rosji artysta, który współpracuje z DC Comics już od jakiegoś czasu, ale nigdy nie zachwycał warsztatem. W przypadku „DC kontra wampiry” ten obraz się nie zmienia – ilustracje często są bardzo chaotyczne, chwilami wręcz nieczytelne (zwłaszcza detale) i odpychające, gdy przyjrzymy się niektórym twarzom. Wygląda to niestety przeciętnie. Trudno powiedzieć, czy to kwestia ograniczeń warsztatowych, czy może pośpiechu, ale rysunki ciągną ten tytuł w dół.

Najnowsza „horrorowa” propozycja DC nie jest albumem, który w nowatorski sposób czerpałby z tematyki grozy. To typowy współczesny rysunkowy blockbuster stawiający na akcję i jedynie akcentujący inne elementy, lecz niewykorzystujący w pełni ich potencjału. Jako rozrywkowy przerywnik od codzienności sprawdzi się nieźle, ale z pewnością nie dołączy do najlepszych komiksowych horrorów.

Tytuł: DC kontra wampiry
Scenariusz: James Tynion IV, Matthew Rosenberg
Rysunki: Otto Schmidt i inni
Kolory: Otto Schmidt i inni
Tłumaczenie: Magda Gamrot
Tytuł oryginału: DC vs. Vampires
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: kwiecień 2026
Liczba stron: 304
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-281-7345-3

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 22. 05. 2026).

piątek, 24 lipca 2026

Mity Kościanego Sadu. Tom 2: Dziesięć tysięcy czarnych piór - Recenzja

 

Pierwszy tom „Mitów Kościanego Sadu" zostawił mnie po części zaintrygowanym, ale przede wszystkim rozczarowanym. Był to komiks irytująco niedopowiedziany, obiecujący więcej, niż ostatecznie dowoził. W terminologii muzycznej określiłbym go jako demo – coś z potencjałem, nad czym trzeba jeszcze popracować. Lemire wydał go jednak w formie, w jakiej go wydał, a mnie zostało tylko jedno – mieć nadzieję, że drugi tom będzie lepszy. I jakkolwiek nie był to mój czytelniczy priorytet, to postanowiłem jednak sprawdzić, czy „Dziesięć tysięcy czarnych piór”, w odróżnieniu od poprzednika, posiada angażującą fabułę.

Trish i Jackie to najlepsze przyjaciółki. Łączy je między innymi miłość do gier rpg. Podróżowanie przez fantastyczne światy to ich sposób na spędzanie wolnego czasu. Pewnego dnia jednak prawdziwy świat, ten, w którym dziewczyny żyją, wchodzi w kurs kolizyjny z czymś o wiele mroczniejszym. Co jest fikcją, a co rzeczywistością?

Zacznę od tego, że nadal mamy do czynienia z komiksem, który opiera się przede wszystkim na dziwności. Tym razem nie jest ona jednak tak chaotyczna jak poprzednio. Lemire okiełznał swoje wizje i nie uświadczymy już tak abstrakcyjnych odlotów, jak w „jedynce". Lubię weird, ale tylko wtedy, gdy do czegoś prowadzi. Tutaj, zamknięty w bardziej zrozumiałej formie fabularnej, w końcu przybiera angażujący kształt. Opowieść jest usystematyzowana i znacznie bardziej konwencjonalna w swojej strukturze niż „Przejście". Dla mnie jest to bez dwóch zdań zaleta, bo nadal jest tu wiele do własnej interpretacji, ale komiks po prostu lepiej (sprawniej) się czyta.

Lemire puszcza oko do czytelników, gdy w toku fabuły nawiązuje do innych dzieł popkultury. Bohaterki tej historii to czystej wody geeki – lubią fantastykę, są „piwniczakami”, mają problemy z relacjami z innymi ludźmi i z pełną akceptacją rzeczywistości. To sympatyczna odskocznia od ciężkiego wydźwięku tej historii. Autor ciekawie zarysowuje relację między bohaterkami, która jest pełna czystego uczucia, jednak kipi od podskórnych emocji. Wejście w psychikę Trish (to ona stoi na pierwszym planie) jest przekonujące, zwłaszcza dla czytelników, którzy potrafią rozumieć targające nią emocje.

Na kartach „Dziesięciu tysięcy czarnych piór" przenikają się dwa światy – nasz i ten zrodzony z wyobraźni, inspirowany fantastyką. Główna bohaterka lepiej czuje się w tym drugim, bo w nim, mimo obecności stworów rodem z koszmarów, wie co robić. Tam nie ma innych ludzi, którzy walczą o uwagę jej koleżanki i nikt nie odbierze na stałe jej zainteresowania. Dla Trish jest to ważne, bo Jackie powoli staje się całym jej światem. Lemire sugeruje, że koleżeńska relacja może stawać się toksyczna, ponieważ jedna ze stron nie pozwala jej w naturalny sposób ewoluować. Relacje z okresu młodości są specyficzne – rzadko kiedy można je bezboleśnie przenieść w dorosłość. Pogodzenie się z takim stanem rzeczy jest często fundamentem przejścia do kolejnego etapu życia, tymczasem Trish taki stan rzeczy neguje, a to wpływa nie tylko na nią samą.

Warto też wspomnieć, że tym razem osobliwość różnych elementów fabuły wyraźnie służy pokazaniu przemiany (bądź jej braku) głównej bohaterki. Uwięziona we własnym wyobrażeniu relacji, dopowiadając sobie rzeczy, których nie ma, czyni swojej psychice więcej szkody, niż mogłaby doznać po zwyczajnej, nawet trudnej rozmowie. Ona jednak mogłaby trwale zniszczyć iluzję, w której spragniona prawdziwego, głębokiego uczucia Trish chce żyć. Nikt nie chce pogrzebać swoich celów i wyobrażeń ani boleśnie zderzyć się z rzeczywistością. Stąd zachowanie bohaterki jest w znacznym stopniu zrozumiałe.

Andrea Sorrentino rysuje tak, jak lubię. To niby te same zabawy z formą, kadrem i kształtem co w poprzednim tomie czy na kartach m.in. „Gideon Falls”, ale włoski artysta każdorazowo przyciąga moją uwagę. Za każdym razem, mimo pewnych podobieństw, jest inaczej. Te kadry hipnotyzują i zachwycają. Wspomniana gra kształtem i dziwność połączona z realizmem sprawiają, że oprawy graficznej nie sposób nie uznać za fenomenalną. Uwielbiam taki styl, a na kartach „Dziesięciu tysięcy czarnych piór” prezentuje się on tak samo dobrze, jak zazwyczaj.

Druga odsłona „Mitów Kościanego Sadu" jest komiksem znacząco bardziej angażującym niż pierwszy tom. Tej opowieści zdecydowanie przysłużyło się zamknięcie jej w bardziej konwencjonalnych, choć nadal intrygujących ramach. Weird także jest obecny, ale tym razem nie sprawia wrażenia sztuki dla sztuki. To naprawdę udany album.

Tytuł: Mity Kościanego Sadu. Dziesięć tysięcy czarnych piór
Scenariusz: Jeff Lemire
Rysunki: Andrea Sorrentino
Kolory: David Stewart
Tłumaczenie: Maria Lengren
Tytuł oryginału: Bone Orchard Mythos: Ten Thousand Black Feathers
Wydawnictwo: Mucha Comics
Wydawca oryginału: Image Comics
Data wydania: grudzień 2025
Liczba stron: 168
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 180 x 275
Wydanie: I
ISBN: 978-83-67571-62-3