środa, 22 lipca 2026

Władza absolutna. Tom 3: Finałowe starcie - Recenzja

 

Pierwsze dwa tomy „Władzy absolutnej” były o wiele lepsze, niż się spodziewałem. W dobie bezdusznych, tworzonych od szablonu eventów te komiksy jawiły się jako opowieść z wyraźnie wyczuwalną stawką. Na polu czystej rozrywki wypadały ponadprzeciętnie. Dlatego miałem nadzieję, że zamknięcie tej historii okaże się równie dobre. Czy twórcy po raz kolejny stanęli na wysokości zadania?

Amanda Waller jest bardzo blisko zdobycia władzy nad światem. Wmówiła społeczeństwu, że superbohaterowie stanowią ogromne zagrożenie, a ich samych pozbawiła mocy i wielu uwięziła w swojej tajnej placówce na Gamorze. Ruch oporu przygotowuje się jednak do walki o uwolnienie towarzyszy. Czy ostatni, desperacki kontratak przyniesie bohaterom zwycięstwo?

Komiks superhero nie od dziś boryka się z pewnymi problemami. Jednym z nich jest zbyt duża bombastyczność, szczególnie widoczna w momencie, gdy duża opowieść zmierza do finału. Nieważne, jak nastrojowo było wcześniej, zakończenie to często niewiele więcej niż zwykłe mordobicie. Tak było niedawno z „Gothamskim nokturnem” i historia niestety powtarza się także w przypadku „Władzy absolutnej”. Scenarzyści poszli tym razem po linii najmniejszego oporu, dając nam zbiór zeszytów, których wspólnym mianownikiem jest akcja. Sęk w tym, że nie angażuje ona tak, jak powinna. Dzieje się tak w znacznej mierze z powodu nierównego poziomu poszczególnych tie-inów. Część zeszytów wygląda tak, jakby twórcy chcieli na siłę połączyć poszczególne cykle z głównym eventem – takie niedopasowanie jest łatwo wyczuwalne i skutkuje jedynie tym, że czytelnik musi przebrnąć przez większą liczbę stron, by dotrzeć do najważniejszych wydarzeń.

Po lekturze tego tomu bardzo wyraźne staje się to, że problemem całego crossoveru jest fakt, że nie narusza on status quo w stopniu, którego można było oczekiwać po skali wydarzeń – te ostatecznie nie sprawiają wrażenia szczególnie istotnych. Owszem, pewnie zmiany się pojawiają (nie będę pisał o detalach z uwagi na potencjalne spoilery), ale z pewnością są one odwracalne. To zdecydowanie zmniejsza ich ciężar gatunkowy. Można zatem spokojnie powiedzieć, że zagrożenie, z jakim zmagali się bohaterowie na łamach „Władzy absolutnej”, było tymczasowe, a nie rewolucyjne. Jasne, nie spodziewałem się tutaj niczego takiego kalibru jak np. śmierć Alfreda, ale kampania promocyjna obiecywała jednak więcej.

Wspominałem wcześniej, że sporo tu nawalanki, ale warto mieć na uwadze, że nie cały album wygląda w ten sposób. Świetne wrażenie sprawia otwierająca całość trzyzeszytówka „Absolute Power. Origins”. To swego rodzaju studium charakteru i motywacji Amandy Waller i muszę przyznać, że tę część komiksu czyta się wybornie. Dlaczego? Chodzi tu przede wszystkim o lepsze nakreślenie pobudek głównej antagonistki. Scenarzysta próbuje odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Waller stała się kimś, kto jest zdolny podjąć walkę na tak wielką skalę, byle tylko wyeliminować z gry superbohaterów? Waller zostaje tu w pewien sposób porównana do Batmana – również mierzy się ze stratą, z tym że u niej jest ona katalizatorem zmian innego typu niż te, które wprowadził w życie Bruce Wayne. Autor w ciekawy sposób pokazuje wpływ utraty bliskich na psychikę Waller, jej rosnącą potrzebę kontroli wydarzeń – to wszystko pomaga zrozumieć motywację tej postaci, choć wcale nie usprawiedliwia jej metod.

Wracając jeszcze na chwilę do głównego eventu – największym rozczarowaniem tego albumu jest dla mnie to, że finał nie wybrzmiewa w odpowiedni sposób. Wszystko jest zbyt łatwe, zbyt szybkie i zbyt zachowawcze względem skali nie tylko wcześniejszych zapowiedzi, ale i dwóch pierwszych tomów tej opowieści. Z kolei samo ostateczne starcie sprawia nieodparte wrażenie, jakby całą historię wciśnięto na siłę w jeden lekko rozbudowany zeszyt, a fabularne twisty (Arrow!) są zbyt oczywiste, by faktycznie mogły zaskakiwać. Jeśli zatem koniec wieńczy dzieło, to nie jest zbyt kolorowo.

Ilustracje ponownie stanowią najbardziej zróżnicowany element albumu. Jakkolwiek obecność jedenastu artystów sprawiła, że można zapomnieć o wizualnym ujednoliceniu, to niekoniecznie jest to zła wiadomość. Większość plastyków spisała się bowiem całkiem dobrze – rysunki są nowoczesne, dynamicznie skadrowane i efektowne. Czasami szczegółów jest zbyt wiele (wtedy kolejne kadry zlewają się w wielkie, kolorowe jedno), ale na znacznej przestrzeni albumu ilustracje nie przeszkadzają w lekturze. Szkoda tylko, że na końcu  nie dostaliśmy nieco więcej dodatków – te kilka alternatywnych okładek to jednak trochę za mało.

Patrząc na „Władzę absolutną” całościowo, można powiedzieć, że jest to dobry event, który mocno rozmywa się w ostatnim tomie. Wydarzyło się tu za mało (choć takie stwierdzenie zakrawa na lekki paradoks, zważywszy na to, że w kolejnych zeszytach dzieje się całkiem sporo), żeby zachwiać posadami Uniwersum DC, którego fundamenty ostatecznie pozostały nienaruszone. Wygląda to zatem tak, że otrzymaliśmy po prostu następny crossover, który nie będzie szczególnie wspominany, ale który nie przynosi twórcom ujmy. Ot, dość przyzwoity, trykociarski produkt.

Seria: Władza absolutna
Tom: 3
Scenariusz: Mark Waid i inni
Rysunki: Dan Mora i inni
Kolory: różni artyści
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Absolute Power Tome 3
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: maj 2026
Liczba stron: 300
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Wydanie: I
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-281-7343-9

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 26. 06. 2026).

piątek, 17 lipca 2026

DC Absolute Noir - Recenzja

 

Inicjatywa „Absolute” to uruchomiona przez DC Comics w 2024 roku nowa linia komiksów tworząca alternatywne Uniwersum DC. Jej główne założenia są proste i odpowiadają na pytanie: „Co by było, gdyby zabrać bohaterom ich największe atuty i zobaczyć, czy to nadal byłyby te same postaci?”. Nie jest to klasyczny reboot, bo główne Uniwersum DC nadal istnieje – „Absolute” to odrębna rzeczywistość, umiejscowiona gdzieś obok. Na dobrą sprawę nihil novi, prawda? Wszak elseworldów i alternatywnych wersji w DC Comics masa. Ale diabeł tkwi w szczegółach, a te sugerują, że tym razem możemy dostać coś ciekawego.

Uniwersum Absolute to nowe spojrzenie na superbohaterów. W tym świecie są pozbawieni potężnego finansowego wsparcia i muszą walczyć o przetrwanie w znacznie bardziej niebezpiecznych okolicznościach. Tutaj Bruce Wayne nie jest miliarderem, Diana wychowywała się w Piekle, a Kal-El to wyrzutek walczący z klasowymi nierównościami oraz korporacyjnym wyzyskiem.

Mam spore wątpliwości co do tego, czy „DC Absolute Noir” dobrze sprawdza się jako osobny, pełnowartościowy komiks, bo właśnie jako taki jest sprzedawany. Jego zawartość to wszak pierwsze zeszyty trzech różnych serii, a żaden z tych otwieraczy nie jest one-shotem. Śmiało można zatem powiedzieć, że mamy do czynienia z albumem pełniącym rolę swego rodzaju trailera do uniwersum „Absolute”. Tylko czy to zagrało? Celem było danie czytelnikom przedsmaku nowej linii wydawniczej, ale polscy fani superhero raczej nie potrzebowali takiej zachęty – „Absolute” już od jakiegoś czasu zbiera za granicą naprawdę dobre recenzje i wielu czytelników i tak czeka na polski przekład.

Abstrahując od zasadności wydania albumu w takiej formie, same założenia „Absolute” wydają się naprawdę interesujące. To uniwersum ma nie tyle odświeżyć wizerunki znanych bohaterów (zarówno herosów, jak i złoczyńców), ile kompletnie ich przemodelować. Twórcy z pełną świadomością zmieniają fundamenty fabularne, modyfikują świat przedstawiony oraz same postaci, by zbudować wszystko od nowa. I tak na przykład Batman nie jest dziedzicem fortuny, ale kimś, kto walczy z systemem i przestępczością „od dołu”. Jest bardziej agresywny i brutalny niż kanoniczna wersja. Pierwszy zeszyt sugeruje ponadto, że w cyklu poświęconym Nietoperzowi większą rolę odegra społeczny kontekst Gotham. Kierunek wydaje się ciekawy, ale czy Snyder dowiezie? W przeszłości pokazywał, że potrafi świetnie zacząć, by później rozmyć nawet najbardziej fascynujące założenia. Innymi słowy – zobaczymy, gdy ukażą się pierwsze albumy zbiorcze.

A pozostałe dwie serie? Też zaczynają się ciekawie. „Wonder Woman” zmienia pochodzenie Diany. W tej wersji księżniczka Amazonek wychowuje się w piekle, a my będziemy mieli okazję przekonać się, czy dorastając w takich okolicznościach, można stać się wielką bohaterką. Z kolei nowa wersja „Supermana” skupia się bardziej na temacie wykluczenia społecznego, nierówności i walki bohatera o zwykłych ludzi, dla których nie jest symbolem nadziei, ale towarzyszem. Nie oglądamy tu prawie wszechmocnego boga. Twórcy skupiają się raczej na zbudowaniu więzi Kal-Ela z wyzyskiwanymi robotnikami i nakreśleniu mocnego tła społecznego. Cierpi na tym akcja, bo z trzech zaprezentowanych tu zeszytów, „Superman” rozwija się najwolniej. Ale nadal ma sporą siłę rażenia.

Jakkolwiek warto czekać na pełne tomy trzech zapowiedzianych tu serii, to główna różnica jest oczywiście taka, że omawiany album ma czarno-białe ilustracje. Czy taki manewr miał sens? W wielu miejscach taka konwencja nadaje tym historiom klimatu, jednak patrząc na komiks całościowo, wydaje się, że te prace lepiej prezentowałyby się w kolorze, bo w takiej formie, w jakiej je dostaliśmy, potrafią zbyt mocno się zlewać. W kilku miejscach miałem problemy z dostrzeżeniem szczegółów. A tych bywa tu naprawdę sporo. Ich mnogość może jednak być zaletą – w dobie częstego współcześnie cyfrowego kolorowania plansz wersja noir pozwala zobaczyć, ile roboty wykonuje sam rysownik.

O tym, czy pozostałe rozdziały wszystkich trzech zaprezentowanych w albumie serii będą prezentowały się okazale, dowiemy się już latem, kiedy ukażą się pełne tomy tych wersji „Batmana”, „Wonder Woman” i „Supermana”. Na tę chwilę wydaje się, że każda z nich ma potencjał na to, by zaoferować czytelnikowi coś świeżego i nieszablonowego. Mam nadzieję, że tak się właśnie stanie i że Uniwersum Absolute nie ugrzęźnie gdzieś na trykociarskich mieliznach. Bądźmy dobrej myśli.

Tytuł: DC Absolute Noir
Scenariusz: Scott Snyder, Kelly Thompson, Jason Aaron
Rysunki: Nick Dragotta, Hayden Sherman, Rafa Sandoval
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz, Paulina Walenia, Marek Starosta
Tytuł oryginału: DC Absolute
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: maj 2026
Liczba stron: 128
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 180 x 275 mm
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7348-4

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 24. 06. 2026).

czwartek, 16 lipca 2026

Dom Slaughterów. Tom 6: Lazur - Recenzja

Funkcja spin-offa jakiegoś cyklu wydaje się być nieco niewdzięczna. Dlaczego? Z jednej strony tego typu tytuły powinny rozszerzać dane uniwersum, z drugiej zaś muszą bronić się jako samodzielne historie. „Dom Slaughterów” od początku funkcjonuje właśnie w tej dość niewygodnej przestrzeni pomiędzy dodatkiem a pełnoprawną opowieścią. Seria próbuje zagospodarować to, co w „Coś zabija dzieciaki” pozostawało gdzieś w tle. Szósty tom, „Lazur”, to jej ostatnia odsłona.

Nolan, na co dzień pracujący w centrum informatycznym Domu, musi przerwać swoją rutynę z uwagi na pojawienie się monstrum uwolnionego z totemu Szkarłatnej Maski, Edwina Slaughtera. Incydentalne z pozoru zdarzenie przeradza się w śledztwo prowadzące bohatera do odkrycia spisku mogącego zagrozić fundamentom całej organizacji. W miarę rozwoju wydarzeń Nolan lawiruje między lojalnością wobec Zakonu a własnymi wątpliwościami, szukając wsparcia wśród nieoczywistych sojuszników i próbując powstrzymać nadciągające niebezpieczeństwo, zanim sytuacja wymknie się spod kontroli.

Szósty tom „Domu Slaughterów” próbuje rozbudowywać świat przedstawiony. Autor (a raczej „osoba autorska”, jak widnieje w notkach odnośnie do twórców) stara się zajrzeć głębiej w struktury Zakonu, przedstawić jego hierarchię oraz mechanizmy działania. Nie są to jednak informacje podane wprost – dominują niedopowiedzenia i sugestie. Czy to dobry wybór? Dla niektórych czytelników na pewno, bo taki manewr buduje tajemnicę wokół Zakonu św. Jerzego i podległych mu domów, ale dla innych (w tym także dla mnie) będzie to tylko źródłem frustracji. Ostatecznie lore i tak pozostaje największą siłą serii i głównym powodem, dla którego warto sięgać po kolejne tomy, także po ten.

Największym atutem pozostają bohaterowie, przede wszystkim Edwin. Przyciąga uwagę swoją niejednoznacznością moralną i wewnętrznymi konfliktami. Relacje między bohaterami często są napięte i oparte na niedopowiedzeniach oraz wzajemnej nieufności, co dobrze wpisuje się w charakter serii. Mimo to potencjał postaci nie zawsze jest w pełni wykorzystywany, choć to właśnie one stanowią główny punkt zaczepienia dla czytelnika w tej dość hermetycznej historii.

Sama opowieść miejscami bywa zagmatwana. Kolejne sceny nie zawsze łączą się w klarowną całość, a brak wyraźnych punktów orientacyjnych utrudnia zrozumienie przebiegu wydarzeń. Finał tomu, a zarazem całej serii, nie generuje żadnego efektu wow – zamiast satysfakcjonującego domknięcia wątków dostajemy raczej kolejne pytania i niedopowiedzenia. Mniej czepliwi czytelnicy powiedzą, że jest to element stylu serii, ale ja widzę to raczej jako poważną barierę w dobrym odbiorze tej historii. Trzeba też powiedzieć, że mamy tu nadmiar dialogów i ogólną rozwlekłość narracji. Komiks poświęca zbyt dużo miejsca rozmowom, które nie zawsze wnoszą nowe informacje ani nie popychają fabuły do przodu. W efekcie tempo wyraźnie siada, a lektura może nużyć.

Strona wizualna komiksu całkiem nieźle współgra z klimatem całej serii. Sposób przedstawienia postaci jest zgodny z estetyką, do jakiej przyzwyczajono nas zarówno na kartach „Domu Slaughterów”, jak i „Coś zabija dzieciaki”. Swoje robią zwłaszcza charakterystyczne maski, które nadal przyciągają uwagę i budują tożsamość świata. Największym atutem warstwy graficznej jest klimat i kolorystyka, skutecznie budujące nastrój i wyróżniające serię na tle innych komiksowych horrorów.

Mimo interesującego świata przedstawionego i potencjalnie mocnych tematów zamknięcie „Domu Slaughterów” nie ma specjalnego ładunku emocjonalnego. Wydarzenia, które powinny wybrzmieć dobitniej, przechodzą bez większego echa, a stawka opowieści wydaje się niewystarczająco odczuwalna. W rezultacie tom jest poprawny, ale mało angażujący i nikomu raczej nie zostanie w pamięci na dłużej.

Seria: Dom Slaughterów
Tytuł: Lazur
Tom: 6
Scenariusz: Sam Johns
Rysunki: Letizia Cadonici
Kolory: Francesco Segala
Tłumaczenie: Paweł Bulski
Tytuł oryginału: House of Slaughter Vol. 6 – Azure
Wydawnictwo: Non Stop Comics
Wydawca oryginału: Boom Comics
Data wydania: marzec 2026
Liczba stron: 144
Oprawa: miękka
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-6854-196-0

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 07. 05. 2026).