wtorek, 5 maja 2026

Batman. Tom 5: Mroczne więzienia - Recenzja

 

Run Chip Zdarsky’ego w „Batmanie” budził początkowo mieszane, choć na ogół umiarkowanie pozytywne reakcje. W oczach wielu nie jest to interpretacja przełomowa, lecz z pewnością przyzwoita, potrafiąca błysnąć ciekawym pomysłem czy bardziej pogłębionym spojrzeniem na psychikę Bruce’a Wayne’a. W kolejnych tomach autor konsekwentnie rozwijał wątki, często testując granice postaci Nietoperza, co nie zawsze spotykało się z entuzjazmem czytelników. Trudno jednak odmówić temu runowi ambicji. „Mroczne więzienia” wpisują się w ten obraz jako naturalna kulminacja – album, który chce domknąć kluczowe motywy i jednocześnie podsumować drogę, jaką przeszedł bohater pod ręką scenarzysty.

Po starciu z własnymi systemami bezpieczeństwa Bruce Wayne zostaje uwięziony w odizolowanym kompleksie kontrolowanym przez sztuczną inteligencję. Pozbawiony zaplecza technologicznego i wsparcia sojuszników musi odnaleźć się w rzeczywistości, w której każdy jego ruch jest monitorowany, a reguły gry, ustalone przez jego własne zabezpieczenia, działają przeciwko niemu. Równolegle rozwijają się wątki związane z sytuacją w Gotham oraz poczynaniami postaci drugoplanowych. Bohaterowie próbują poradzić sobie z rosnącym chaosem i brakiem Mrocznego Rycerza, który stara się odzyskać kontrolę zarówno nad sytuacją, jak i nad samym sobą, co prowadzi do ostatecznej konfrontacji z Failsafe’em oraz Zur-En-Arrh.

To nieco zaskakujące, ale w wielu momentach można odnieść wrażenie, że „Mroczne więzienia” to przede wszystkim historia o wewnętrznym kryzysie Bruce’a Wayne’a, a nie klasyczna superbohaterska opowieść akcji. Kluczową rolę odgrywa tu rozwinięcie motywu Batmana Zur-En-Arrh jako odrębnej, skrajnej persony oryginalnego Mrocznego Rycerza. Uosabia ona jego obsesję kontroli, paranoję i potrzebę absolutnego zabezpieczenia świata. Batman w pewien sposób przekroczył granicę, tworząc trudne do okiełznania mechanizmy, które wymknęły się spod kontroli i zaczęły działać przeciwko niemu. Tytułowe więzienia można zatem odczytywać zarówno dosłownie – jako rzeczywiste miejsce fizycznej izolacji, jak i metaforyczne – jako konsekwencje wcześniejszych decyzji. Bruce zresztą nie jest przedstawiony jako nieomylny strateg, ale ktoś zagubiony, zmuszony do zmierzenia się z własnymi błędami. To bardzo ludzki wymiar tego bohatera, a to nie było w ostatnich latach zbyt często widywane w komiksach o Batmanie.

Jeden z kluczowych elementów „Mrocznych więzień” stanowi technologia. Przestaje ona być wyłącznie narzędziem w rękach bohaterów, a zaczyna funkcjonować jako siła kształtująca przebieg wydarzeń. Zdarsky konsekwentnie rozwija motyw systemów stworzonych przez Batmana (z Failsafe’em na czele) i pokazuje, jak niepokojąco łatwo granica między zabezpieczeniem a zagrożeniem może zostać zatarta. To, co miało gwarantować przewagę, obraca się przeciwko swojemu twórcy, wymuszając na nim działanie w warunkach, których nie jest w stanie w pełni przewidzieć. Batman uwielbia mieć kontrolę, dlatego są to dla niego niezwykle trudne warunki do funkcjonowania, bo technologia nie tylko wspiera jego działania, ale je determinuje, ograniczając pole manewru i obnażając iluzję wszechwiedzy. W efekcie technologia staje się jedną z głównych osi konfliktu – zamiast rozwiązywać problemy, generuje nowe, znacznie trudniejsze do opanowania.

Co istotne, omawiany tom domyka (choć czy robi to w ostateczny sposób, to się jeszcze okaże) jeden z głównych wątków runu Zdarsky’ego, czyli motyw Zura/Failsafe’a. Ten finał jest bardzo czytelny i faktycznie daje poczucie zakończenia pewnego etapu historii Nietoperza. To dobra wiadomość. Jest jednak mniej efektowny, niż można się było spodziewać. To może rozczarować część czytelników, zwłaszcza tych, którzy najbardziej cenią sobie akcyjne oblicze komiksów z Batmanem w roli głównej. Zastosowane rozwiązania, jak nietrudno się domyślić, nie są w żadnym momencie rewolucyjne, ale komiks superhero rzadko sięga po naprawdę przełomowe zmiany – nie leżą one w interesie wydawcy, któremu najbardziej zależy na wysokich słupkach sprzedaży.

Rysunki (zwłaszcza te autorstwa Jorge Jimeneza) to mocny element tomu. Uwagę zwraca przede wszystkim duża dynamika kolejnych grafik oraz ekspresyjna mimika postaci. Umiejętne operowanie kadrami przez artystę podkreśla z kolei chaos i napięcie wyczuwalne w historii, dzięki czemu cały komiks skutecznie krzesze czytelnicze emocje. Tradycyjnie warto też zwrócić uwagę na galerię okładek kolejnych zeszytów, bo niektóre z nich to prawdziwe dzieła sztuki.

Czy „Mroczne więzienia” stanowią najlepszy moment całej historii toczącej się wokół Failsafe’a i Batmana Zur-En-Arrh? W moim odczuciu nie, bo na pierwszym miejscu stawiam album otwierający run Zdarsky’ego. Mimo tego mamy do czynienia z bardzo satysfakcjonującym tomem, który prezentuje się naprawdę spójnie i przekonująco. Chip Zdarsky udanie wykorzystał motyw „bohatera w kryzysie”, a jego opowieść o Batmanie znajdującym się w sytuacji (na pozór) bez wyjścia mocno angażuje i pozostawia Mrocznego Rycerza w ciekawym położeniu przed dalszymi przygodami.

Tytuł: Mroczne więzienia
Seria: Batman
Tom: 5
Scenariusz: Chip Zdarsky
Rysunki: Jorge Jimenez, Michele Bandini inni
Kolory: Tomeu Morey, Alex Sinclair i inni
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Batman Vol. 4: Dark Prisons
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: marzec 2026
Liczba stron: 180
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 167 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7338-5

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 24. 04. 2026).

piątek, 1 maja 2026

Sangoma. Przeklęci z Kapsztadu - Recenzja

Na polskim rynku komiksowym działa spora liczba wydawców (zwłaszcza w porównaniu z sytuacją sprzed kilkunastu lat) – każdy z nich ma własną linię wydawniczą, ale większość stara się konsekwentnie budować swoją tożsamość poprzez odważne, a jednocześnie przemyślane wybory. W tym gronie wyróżnia się Non Stop Comics – oficyna, która zamiast sięgać wyłącznie po sprawdzone hity czy bezpieczne gatunkowo tytuły regularnie proponuje czytelnikom rzeczy mniej oczywiste. Ich katalog pełen jest historii wymykających się prostym klasyfikacjom, często poruszających tematy dalekie od mainstreamowej rozrywki. W tę strategię doskonale wpisuje się „Sangoma” – komiks, który na pierwszy rzut oka może wyglądać jak klasyczny kryminał, ale szybko okazuje się być znacznie bardziej złożoną opowieścią.

Na terenie jednej z winnic w okolicach Kapsztadu, należącej do wpływowej rodziny Afrykanerów, dochodzi do brutalnego morderstwa czarnoskórego pracownika. Sprawa początkowo wygląda jak kolejny akt przemocy na tle społecznym, ale szybko zaczyna się komplikować. Śledztwo prowadzi do ujawnienia napięć między białymi właścicielami ziemskimi a lokalną społecznością, a także do sekretów skrywanych przez ludzi funkcjonujących na styku różnych światów.

Osadzenie historii w Republice Południowej Afryki po apartheidzie okazało się nietuzinkowym manewrem. To bardzo interesujące realia historyczne, raczej mało znane szeregowemu czytelnikowi. Autor pokazuje kraj, w którym formalna równość nie zlikwidowała napięć rasowych i ekonomicznych – te cały czas występują i wpływają na życie zarówno czarnych obywateli, jak i Afrykanerów. Na kolejnych kartach doskonale widać, że scenarzysta zachowuje dużą dbałość o realia, starając się odwzorować ducha epoki i specyfikę regionu. Jako laikowi w tym temacie wszystko wydaje mi się niezwykle prawdopodobne, a chyba o to chodziło.

Fabuła jest dobrze skonstruowana. Caryl Ferey przedstawia wydarzenia w taki sposób, że utrzymuje uwagę czytelnika właściwie od samego początku. To nie tylko otoczka historyczna, ale także (a może przede wszystkim) bohaterowie, którzy są starannie nakreśleni i wyraziści. Relacje między nimi pełne są napięcia, ale i emocji, dzięki czemu mamy wrażenie obcowania z postaciami z krwi i kości. W miarę rozwoju fabuły na wierzch wychodzą sekrety rodzinne, pojawiają się wątki konfliktów politycznych, przemocy gangów czy w końcu rytuałów związanych z sangomami (to swego rodzaju szamani). Jak na stupięćdziesięciostronicowy komiks trochę tego dużo i choć mi podobało się namnożenie wątków, to może to być element, który niektórym odbiorcom lekko zazgrzyta, bo takie przeładowanie tematami (rasizm, magia, przestępczość, polityka) potrafi sprawić wrażenie swoistej mieszanki wszystkiego naraz.

Nie sposób nie pochwalić sposobu, w jaki autorzy oddają atmosferę Republiki Południowej Afryki. Historia rozgrywa się m.in. w okolicach Cape Town i w regionach słynących z winnic, co pozwala pokazać kontrast między malowniczym krajobrazem a brutalnością wydarzeń. Obok tego pojawiają się również bardziej surowe przestrzenie, takie jak biedniejsze dzielnice, miejsca działalności gangów czy obszary związane z przestępczością. Obaj autorzy unikają turystycznego spojrzenia na RPA. Zamiast idealizować miejsce akcji, starają się pokazać jego złożoność. W tym ujęciu jest to kraj pełen piękna, ale również przemocy, nierówności i historycznych traum. Warto też zaznaczyć, że „Sangoma” to nie tylko interesujące realia, ale także wciągająca opowieść kryminalna. Została pieczołowicie skonstruowana i rozwija się w ciekawy sposób, aż do poruszającej konkluzji – bez tego nawet najbardziej fascynująca sceneria nie wystarczyłaby do wykrzesania z czytelnika zainteresowania.

Jednym z elementów, który podnosi wartość komiksu, jest jego strona wizualna. Prace Corentina Rouge’a charakteryzują się przede wszystkim realistycznym stylem i dużą dbałością o szczegóły. Rysownik często wykorzystuje szerokie kadry pokazujące krajobrazy południowoafrykańskich winnic czy miejskie panoramy Cape Town, co nadaje historii filmowego charakteru. Jednocześnie nieźle radzi sobie z dynamiką scen przemocy oraz napięciem w scenach dialogowych; dobre wrażenie robi żywa mimika postaci, co pomaga budować atmosferę opowieści. Rysunki nie są tu jedynie ilustracją scenariusza, lecz istotnym elementem budującym klimat historii – zdecydowanie jest na czym zawiesić oko.

„Sangoma” to kolejny udany strzał Non Stop Comics. Album jest nieoczywisty i angażujący – właśnie dzięki temu wygrywa. Swoje dokłada także wciągająca, wielowarstwowa opowieść oraz sugestywna warstwa graficzna, które wspólnie budują gęsty, niepokojący klimat. To komiks, który potrafi zainteresować samą intrygą, ale zostaje w głowie przede wszystkim dzięki temu, co kryje się pod jej powierzchnią – społecznemu kontekstowi i emocjonalnemu ciężarowi opowieści. Warto.

Tytuł: Sangoma. Przeklęci z Kapsztadu
Scenariusz: Caryl Ferey
Rysunki: Corentin Rouge
Tłumaczenie: Paweł Łapiński
Tytuł oryginału: Sangoma, les damnés de Cape Town 
Wydawnictwo: Non Stop Comics
Wydawca oryginału: Glénat 
Data wydania: styczeń 2026
Liczba stron: 152
Oprawa: twarda
Format: 235 x 310
ISBN: 978-83-68542-16-5

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 14. 04. 2026).

środa, 29 kwietnia 2026

Mroczni Rycerze ze Stali. Wszechzima - Recenzja

 

Pomysł na bohaterów DC Comics przeniesionych do świata rodem z high fantasy okazał się trafiony. „Mroczni Rycerze ze Stali” zdobyli uznanie czytelników i krytyków, stając się mocną kartą w elseworldowej talii komiksowego molocha. Zamiast prostego zabiegu polegającego na przebraniach i zmianie dekoracji dostaliśmy świat, który sprawia wrażenie przemyślanego i żyjącego własnym życiem. A kiedy jakiś tytuł okazuje się sukcesem, to co się dzieje? Tak – prędzej czy później pojawia się kontynuacja albo próba rozwinięcia konceptu. Dokładnie to stało się również w tym przypadku. Oto przed nami „Wszechzima”, album rozszerzający uniwersum i zabierający czytelników w rejony, które wcześniej pozostawały na marginesie tej historii.

„Wszechzima” naprawdę dobrze wykorzystuje fundament położony przez Toma Taylora w poprzednim tomie. Mamy do czynienia nie tylko z prostym dodatkiem, tudzież z historią poboczną – dostajemy pełnoprawne rozszerzenie świata przedstawionego. Dzieje się tak między innymi dlatego, że akcja przenosi nas w miejsca, które wcześniej były jedynie wspominane lub pojawiały się w tle. Dzięki temu ta rzeczywistość zyskuje większą skalę – poznajemy nowe krainy, lokalne konflikty oraz inne społeczności funkcjonujące w tych quasi-średniowiecznych realiach. W efekcie świat zaczyna przypominać rozległą mapę fantasy, a nie jedynie scenę dla przygód alternatywnych wersji bohaterów DC.

Od samego początku widać, że „Wszechzima” ma znacznie cięższy klimat niż pierwotna seria. Podczas gdy „Wojna Trzech Królestw” łączyła elementy epickiego fantasy z przygodową energią historii o superbohaterach, spin-off wyraźniej skręca w stronę dark fantasy. Duża w tym zasługa głównego bohatera. Deathstroke w tej interpretacji przypomina raczej zmęczonego życiem wojownika z sag skandynawskich niż klasycznego najemnika z komiksów DC, a historia obraca się wokół motywów zemsty, poczucia winy i próby przetrwania w świecie, który stopniowo pogrąża się w chaosie. Temu mrocznemu tonowi sprzyja także to, że sceny przemocy są tu bardziej bezpośrednie, a atmosfera opowieści momentami potrafi być wręcz nihilistyczna. Dla wielu czytelników to zaleta, bo komiks wyróżnia się na tle głównej serii, która mimo wszystko zachowywała bardziej heroiczny ton.

Wracając do głównego bohatera – wybór Deathstroke’a jako centralnej postaci okazał się trafiony. Bohaterowie tacy jak Batman czy Superman są już mocno zakorzenieni w tych realiach, dlatego skupienie się na Sladzie Wilsonie pozwala spojrzeć na ten świat z innej perspektywy. Jako outsider idealnie pasuje do historii o wędrówce przez zniszczone krainy. Nie reprezentuje żadnego wielkiego królestwa ani żadnej ideologii, jest raczej samotnym wojownikiem próbującym przetrwać w brutalnych realiach. Czy jest postacią wystarczająco angażującą emocjonalnie, by utrzymać ciężar całej historii? W tej materii można mieć pewne wątpliwości, zwłaszcza że dopiero wraz z rozwojem fabuły bohater zaczyna zyskiwać większą głębię, a początkowo jest tylko ponurym, małomównym zabijaką.

Obok tytułowej opowieści omawiany tom zawiera jeszcze jeden segment. To „Dziedzic morza”, napisany przez Toma Taylora. Ta część zdecydowanie różni się tonem od głównej historii. Wcześniej dostaliśmy mroczne grimdark fantasy, backup Taylora jest bliższy baśniowej opowieści o narodzinach bohatera. Odnoszę wrażenie, że to swego rodzaju „heroiczna” przeciwwaga dla mroczniejszej „Wszechzimy”, która ma przy okazji wyraźnie wyczuwalny bardziej emocjonalny i humanistyczny charakter. Najważniejsza jest tu moralność i wychowanie bohatera, a nie sama akcja. „Dziedzic morza” może też być bardziej angażujący, zwłaszcza jeśli zmęczył nas mrok pierwszego segmentu tego albumu.

Warstwa graficzna jest jednym z najmocniejszych elementów albumu i w dużej mierze odpowiada za jego sugestywny klimat. Rysunki w głównej historii doskonale oddają surowość północnego, skutego lodem świata. Dominują tu chłodne barwy, ciężkie cienie i kadry podkreślające bezlitosny charakter tej krainy. Sceny walki są dynamiczne i brutalne, jednocześnie nie brakuje rozległych ujęć krajobrazów, które budują poczucie pustki i zagrożenia. Zupełnie inny charakter ma natomiast druga opowieść. Zdobiące ją ilustracje są malarskie i pełne światła, a paleta barw wyraźnie cieplejsza, co dobrze współgra z bardziej baśniowym tonem tej historii. Podwodne sceny oraz wizualizacje Atlantydy mają wręcz ilustracyjny charakter i zdecydowanie odróżniają tę część albumu od mroźnej estetyki „Wszechzimy”. Dzięki temu oba segmenty komiksu nie tylko różnią się tonem narracyjnym, ale zyskują także własną, rozpoznawalną tożsamość wizualną.

„Wszechzima” jest komiksem mroczniejszym niż „Wojna Trzech Królestw” i może być traktowana jako ciekawy i dość kameralny dodatek do świata tego elseworlda – choć mniej spektakularna fabularnie, potrafi zachwycić klimatem, czemu sprzyja także warstwa wizualna. Scenarzysta stawia raczej na atmosferę i powolne odkrywanie kolejnych fragmentów świata niż na polityczne intrygi czy epickie bitwy. Dzięki temu album dobrze spełnia rolę uzupełnienia głównej serii, pokazując inne oblicze tego uniwersum i pozwalając czytelnikowi zajrzeć w jego mniej znane rejony. Nie jest to może historia, która redefiniuje cały projekt „Mrocznych Rycerzy ze Stali”, ale z pewnością stanowi jego interesujące i klimatyczne rozszerzenie.

Tytuł: Mroczni Rycerze ze stali. Wszechzima
Scenariusz: Jay Kristoff, Tom Taylor
Rysunki: Tirso Cons, Riccardo Federici
Tłumaczenie: Paulina Walenia
Tytuł oryginału: Dark Knights of Steel. Allwinter
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: luty 2026
Liczba stron: 224
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-281-7333-0

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 13. 04. 20260.