piątek, 1 maja 2026

Sangoma. Przeklęci z Kapsztadu - Recenzja

Na polskim rynku komiksowym działa spora liczba wydawców (zwłaszcza w porównaniu z sytuacją sprzed kilkunastu lat) – każdy z nich ma własną linię wydawniczą, ale większość stara się konsekwentnie budować swoją tożsamość poprzez odważne, a jednocześnie przemyślane wybory. W tym gronie wyróżnia się Non Stop Comics – oficyna, która zamiast sięgać wyłącznie po sprawdzone hity czy bezpieczne gatunkowo tytuły regularnie proponuje czytelnikom rzeczy mniej oczywiste. Ich katalog pełen jest historii wymykających się prostym klasyfikacjom, często poruszających tematy dalekie od mainstreamowej rozrywki. W tę strategię doskonale wpisuje się „Sangoma” – komiks, który na pierwszy rzut oka może wyglądać jak klasyczny kryminał, ale szybko okazuje się być znacznie bardziej złożoną opowieścią.

Na terenie jednej z winnic w okolicach Kapsztadu, należącej do wpływowej rodziny Afrykanerów, dochodzi do brutalnego morderstwa czarnoskórego pracownika. Sprawa początkowo wygląda jak kolejny akt przemocy na tle społecznym, ale szybko zaczyna się komplikować. Śledztwo prowadzi do ujawnienia napięć między białymi właścicielami ziemskimi a lokalną społecznością, a także do sekretów skrywanych przez ludzi funkcjonujących na styku różnych światów.

Osadzenie historii w Republice Południowej Afryki po apartheidzie okazało się nietuzinkowym manewrem. To bardzo interesujące realia historyczne, raczej mało znane szeregowemu czytelnikowi. Autor pokazuje kraj, w którym formalna równość nie zlikwidowała napięć rasowych i ekonomicznych – te cały czas występują i wpływają na życie zarówno czarnych obywateli, jak i Afrykanerów. Na kolejnych kartach doskonale widać, że scenarzysta zachowuje dużą dbałość o realia, starając się odwzorować ducha epoki i specyfikę regionu. Jako laikowi w tym temacie wszystko wydaje mi się niezwykle prawdopodobne, a chyba o to chodziło.

Fabuła jest dobrze skonstruowana. Caryl Ferey przedstawia wydarzenia w taki sposób, że utrzymuje uwagę czytelnika właściwie od samego początku. To nie tylko otoczka historyczna, ale także (a może przede wszystkim) bohaterowie, którzy są starannie nakreśleni i wyraziści. Relacje między nimi pełne są napięcia, ale i emocji, dzięki czemu mamy wrażenie obcowania z postaciami z krwi i kości. W miarę rozwoju fabuły na wierzch wychodzą sekrety rodzinne, pojawiają się wątki konfliktów politycznych, przemocy gangów czy w końcu rytuałów związanych z sangomami (to swego rodzaju szamani). Jak na stupięćdziesięciostronicowy komiks trochę tego dużo i choć mi podobało się namnożenie wątków, to może to być element, który niektórym odbiorcom lekko zazgrzyta, bo takie przeładowanie tematami (rasizm, magia, przestępczość, polityka) potrafi sprawić wrażenie swoistej mieszanki wszystkiego naraz.

Nie sposób nie pochwalić sposobu, w jaki autorzy oddają atmosferę Republiki Południowej Afryki. Historia rozgrywa się m.in. w okolicach Cape Town i w regionach słynących z winnic, co pozwala pokazać kontrast między malowniczym krajobrazem a brutalnością wydarzeń. Obok tego pojawiają się również bardziej surowe przestrzenie, takie jak biedniejsze dzielnice, miejsca działalności gangów czy obszary związane z przestępczością. Obaj autorzy unikają turystycznego spojrzenia na RPA. Zamiast idealizować miejsce akcji, starają się pokazać jego złożoność. W tym ujęciu jest to kraj pełen piękna, ale również przemocy, nierówności i historycznych traum. Warto też zaznaczyć, że „Sangoma” to nie tylko interesujące realia, ale także wciągająca opowieść kryminalna. Została pieczołowicie skonstruowana i rozwija się w ciekawy sposób, aż do poruszającej konkluzji – bez tego nawet najbardziej fascynująca sceneria nie wystarczyłaby do wykrzesania z czytelnika zainteresowania.

Jednym z elementów, który podnosi wartość komiksu, jest jego strona wizualna. Prace Corentina Rouge’a charakteryzują się przede wszystkim realistycznym stylem i dużą dbałością o szczegóły. Rysownik często wykorzystuje szerokie kadry pokazujące krajobrazy południowoafrykańskich winnic czy miejskie panoramy Cape Town, co nadaje historii filmowego charakteru. Jednocześnie nieźle radzi sobie z dynamiką scen przemocy oraz napięciem w scenach dialogowych; dobre wrażenie robi żywa mimika postaci, co pomaga budować atmosferę opowieści. Rysunki nie są tu jedynie ilustracją scenariusza, lecz istotnym elementem budującym klimat historii – zdecydowanie jest na czym zawiesić oko.

„Sangoma” to kolejny udany strzał Non Stop Comics. Album jest nieoczywisty i angażujący – właśnie dzięki temu wygrywa. Swoje dokłada także wciągająca, wielowarstwowa opowieść oraz sugestywna warstwa graficzna, które wspólnie budują gęsty, niepokojący klimat. To komiks, który potrafi zainteresować samą intrygą, ale zostaje w głowie przede wszystkim dzięki temu, co kryje się pod jej powierzchnią – społecznemu kontekstowi i emocjonalnemu ciężarowi opowieści. Warto.

Tytuł: Sangoma. Przeklęci z Kapsztadu
Scenariusz: Caryl Ferey
Rysunki: Corentin Rouge
Tłumaczenie: Paweł Łapiński
Tytuł oryginału: Sangoma, les damnés de Cape Town 
Wydawnictwo: Non Stop Comics
Wydawca oryginału: Glénat 
Data wydania: styczeń 2026
Liczba stron: 152
Oprawa: twarda
Format: 235 x 310
ISBN: 978-83-68542-16-5

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 14. 04. 2026).

środa, 29 kwietnia 2026

Mroczni Rycerze ze Stali. Wszechzima - Recenzja

 

Pomysł na bohaterów DC Comics przeniesionych do świata rodem z high fantasy okazał się trafiony. „Mroczni Rycerze ze Stali” zdobyli uznanie czytelników i krytyków, stając się mocną kartą w elseworldowej talii komiksowego molocha. Zamiast prostego zabiegu polegającego na przebraniach i zmianie dekoracji dostaliśmy świat, który sprawia wrażenie przemyślanego i żyjącego własnym życiem. A kiedy jakiś tytuł okazuje się sukcesem, to co się dzieje? Tak – prędzej czy później pojawia się kontynuacja albo próba rozwinięcia konceptu. Dokładnie to stało się również w tym przypadku. Oto przed nami „Wszechzima”, album rozszerzający uniwersum i zabierający czytelników w rejony, które wcześniej pozostawały na marginesie tej historii.

„Wszechzima” naprawdę dobrze wykorzystuje fundament położony przez Toma Taylora w poprzednim tomie. Mamy do czynienia nie tylko z prostym dodatkiem, tudzież z historią poboczną – dostajemy pełnoprawne rozszerzenie świata przedstawionego. Dzieje się tak między innymi dlatego, że akcja przenosi nas w miejsca, które wcześniej były jedynie wspominane lub pojawiały się w tle. Dzięki temu ta rzeczywistość zyskuje większą skalę – poznajemy nowe krainy, lokalne konflikty oraz inne społeczności funkcjonujące w tych quasi-średniowiecznych realiach. W efekcie świat zaczyna przypominać rozległą mapę fantasy, a nie jedynie scenę dla przygód alternatywnych wersji bohaterów DC.

Od samego początku widać, że „Wszechzima” ma znacznie cięższy klimat niż pierwotna seria. Podczas gdy „Wojna Trzech Królestw” łączyła elementy epickiego fantasy z przygodową energią historii o superbohaterach, spin-off wyraźniej skręca w stronę dark fantasy. Duża w tym zasługa głównego bohatera. Deathstroke w tej interpretacji przypomina raczej zmęczonego życiem wojownika z sag skandynawskich niż klasycznego najemnika z komiksów DC, a historia obraca się wokół motywów zemsty, poczucia winy i próby przetrwania w świecie, który stopniowo pogrąża się w chaosie. Temu mrocznemu tonowi sprzyja także to, że sceny przemocy są tu bardziej bezpośrednie, a atmosfera opowieści momentami potrafi być wręcz nihilistyczna. Dla wielu czytelników to zaleta, bo komiks wyróżnia się na tle głównej serii, która mimo wszystko zachowywała bardziej heroiczny ton.

Wracając do głównego bohatera – wybór Deathstroke’a jako centralnej postaci okazał się trafiony. Bohaterowie tacy jak Batman czy Superman są już mocno zakorzenieni w tych realiach, dlatego skupienie się na Sladzie Wilsonie pozwala spojrzeć na ten świat z innej perspektywy. Jako outsider idealnie pasuje do historii o wędrówce przez zniszczone krainy. Nie reprezentuje żadnego wielkiego królestwa ani żadnej ideologii, jest raczej samotnym wojownikiem próbującym przetrwać w brutalnych realiach. Czy jest postacią wystarczająco angażującą emocjonalnie, by utrzymać ciężar całej historii? W tej materii można mieć pewne wątpliwości, zwłaszcza że dopiero wraz z rozwojem fabuły bohater zaczyna zyskiwać większą głębię, a początkowo jest tylko ponurym, małomównym zabijaką.

Obok tytułowej opowieści omawiany tom zawiera jeszcze jeden segment. To „Dziedzic morza”, napisany przez Toma Taylora. Ta część zdecydowanie różni się tonem od głównej historii. Wcześniej dostaliśmy mroczne grimdark fantasy, backup Taylora jest bliższy baśniowej opowieści o narodzinach bohatera. Odnoszę wrażenie, że to swego rodzaju „heroiczna” przeciwwaga dla mroczniejszej „Wszechzimy”, która ma przy okazji wyraźnie wyczuwalny bardziej emocjonalny i humanistyczny charakter. Najważniejsza jest tu moralność i wychowanie bohatera, a nie sama akcja. „Dziedzic morza” może też być bardziej angażujący, zwłaszcza jeśli zmęczył nas mrok pierwszego segmentu tego albumu.

Warstwa graficzna jest jednym z najmocniejszych elementów albumu i w dużej mierze odpowiada za jego sugestywny klimat. Rysunki w głównej historii doskonale oddają surowość północnego, skutego lodem świata. Dominują tu chłodne barwy, ciężkie cienie i kadry podkreślające bezlitosny charakter tej krainy. Sceny walki są dynamiczne i brutalne, jednocześnie nie brakuje rozległych ujęć krajobrazów, które budują poczucie pustki i zagrożenia. Zupełnie inny charakter ma natomiast druga opowieść. Zdobiące ją ilustracje są malarskie i pełne światła, a paleta barw wyraźnie cieplejsza, co dobrze współgra z bardziej baśniowym tonem tej historii. Podwodne sceny oraz wizualizacje Atlantydy mają wręcz ilustracyjny charakter i zdecydowanie odróżniają tę część albumu od mroźnej estetyki „Wszechzimy”. Dzięki temu oba segmenty komiksu nie tylko różnią się tonem narracyjnym, ale zyskują także własną, rozpoznawalną tożsamość wizualną.

„Wszechzima” jest komiksem mroczniejszym niż „Wojna Trzech Królestw” i może być traktowana jako ciekawy i dość kameralny dodatek do świata tego elseworlda – choć mniej spektakularna fabularnie, potrafi zachwycić klimatem, czemu sprzyja także warstwa wizualna. Scenarzysta stawia raczej na atmosferę i powolne odkrywanie kolejnych fragmentów świata niż na polityczne intrygi czy epickie bitwy. Dzięki temu album dobrze spełnia rolę uzupełnienia głównej serii, pokazując inne oblicze tego uniwersum i pozwalając czytelnikowi zajrzeć w jego mniej znane rejony. Nie jest to może historia, która redefiniuje cały projekt „Mrocznych Rycerzy ze Stali”, ale z pewnością stanowi jego interesujące i klimatyczne rozszerzenie.

Tytuł: Mroczni Rycerze ze stali. Wszechzima
Scenariusz: Jay Kristoff, Tom Taylor
Rysunki: Tirso Cons, Riccardo Federici
Tłumaczenie: Paulina Walenia
Tytuł oryginału: Dark Knights of Steel. Allwinter
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: luty 2026
Liczba stron: 224
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-281-7333-0

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 13. 04. 20260.

wtorek, 28 kwietnia 2026

Miło dom nad morzem. Tom 1 - Recenzja

Na przestrzeni ostatnich lat James Tynion IV wyrósł na jednego z najciekawszych i najbardziej konsekwentnych twórców współczesnego komiksu mainstreamowego. Autor, który z powodzeniem łączy elementy horroru, thrillera i dramatu psychologicznego, zdążył już przyzwyczaić czytelników do historii opartych nie tyle na spektakularnych wydarzeniach, ile na napięciach między bohaterami i emocjach. Recenzowany album jest bezpośrednią kontynuacją „Miłego domu nad jeziorem”. Czy będzie to bezpieczny powrót do znanych motywów, czy raczej próba ich przedefiniowania i przesunięcia akcentów? Sprawdźmy.

Punkt wyjścia pozornie jest znajomy: kolejna grupa trafia do odizolowanej przestrzeni, w której ma szansę przetrwać wydarzenia, jakie zniszczyły resztę świata. Tym razem jednak nie są to przypadkowi znajomi, lecz starannie dobrane jednostki – ludzie wybitni w swoich dziedzinach, których obecność wydaje się mieć konkretny cel. Zasady rządzące miejscem, w którym się znaleźli, przypominają te znane z poprzedniej serii, ale sama sytuacja jest już nieco inna.

Największą siłą „Miłego domu nad morzem” jest to, że scenarzysta świadomie przesuwa akcenty. O ile wcześniejsza historia opierała się w dużej mierze na emocjonalnych więziach między bohaterami, o tyle tutaj Tynion konstruuje układ znacznie chłodniejszy, niemal laboratoryjny. Nowa grupa funkcjonuje bardziej jak zbiór konkurujących ze sobą jednostek niż wspólnota ludzi, a napięcie wynika nie tylko z sytuacji odizolowania, lecz także z nieustannego ścierania się charakterów i sposobów definiowania życia. W efekcie czytelnik zostaje postawiony w roli obserwatora swoistego eksperymentu społecznego, w którym każda decyzja ma konsekwencje wykraczające poza jednostkowe ambicje. Ta zmiana perspektywy sprawia, że całość nabiera bardziej analitycznego, zdystansowanego charakteru.

Przesunięcie ciężaru sprawia, że komiks zyskuje bardziej filozoficzny charakter. Autor z premedytacją unika prostych odpowiedzi, zamiast tego budując opowieść, w której racjonalność może prowadzić do okrucieństwa, a empatia do słabości. Pojawia się pytanie, czy świat powinien być odbudowywany przez „najlepszych”, czy raczej tych najbardziej wrażliwych i zżytych ze sobą, a każda z tych opcji zostaje w toku fabuły podana w wątpliwość. Tynion umiejętnie balansuje między tymi skrajnościami, nie pozwalając nam na jednoznaczne opowiedzenie się po którejkolwiek ze stron. W tle pobrzmiewa też subtelna krytyka elitaryzmu i przekonania o własnej wyjątkowości, mogących prowadzić do niebezpiecznych uproszczeń w postrzeganiu złożonego i niejednoznacznego świata przedstawionego.

Na osobne wyróżnienie zasługuje sposób prowadzenia bohaterów. Choć Tynion operuje szeroką paletą postaci, żadna z nich nie sprawia wrażenia przypadkowej czy jednowymiarowej. Autor sprawnie różnicuje ich głosy, a dialogi nie tylko napędzają fabułę, ale też budują napięcie i pogłębiają charakterystykę członków obu nietypowych społeczności. Relacje między bohaterami pozostają płynne, zaś chwilowe sojusze szybko ustępują miejsca podejrzliwości, z kolei sympatie potrafią zaskakująco dynamicznie ewoluować we wrogość. Warto też wspomnieć, bo dla części odbiorców może być to element kontrowersyjny, że komiks ma wyraźnie zróżnicowaną obsadę, w tym postacie LGBT. W moim odczuciu ich obecność pozostaje jednak naturalnym elementem świata przedstawionego, a nie osią fabularną czy ideologicznym manifestem.

Co istotne,  scenarzysta w kilku miejscach rozwija pomysły, zamiast je powielać. Skala opowieści wydaje się większa, zasady rządzące światem bardziej złożone, a liczba niewiadomych wyraźnie rośnie, co wcale nie musi być zaletą. Komiks nie daje poczucia komfortu ani znajomej struktury, wręcz przeciwnie – podważa oczekiwania czytelnika i sugeruje, że tym razem stawka jest znacznie wyższa, a rozwiązania będą mniej oczywiste. Pojawia się też wrażenie, że historia zmierza w kierunku bardziej globalnych konsekwencji, wykraczających poza losy dwóch grup bohaterów. Dzięki temu całość nabiera rozmachu, nie tracąc przy tym kameralnego charakteru w kolejnych rozdziałach.

Niemniej istotna pozostaje warstwa graficzna, która również robi spore wrażenie. Rysunki Alvaro Martineza Bueno są precyzyjne – bardzo ważna potrafi być mimika i drobne gesty, które nieraz zdradzają więcej niż same dialogi. Kadry bywają ciasne i klaustrofobiczne, by za chwilę zaprezentować bardziej przestrzenne ujęcia. Ta różnorodność w żadnym momencie nie jest jednak sztuczna. Kolorystyka to głównie chłodne tony, które podkreślają dystans między bohaterami i budują niepokojące tło dla wydarzeń. Całość sprawia wrażenie niezwykle przemyślanej i konsekwentnej wizji artystycznej, w której forma i treść wzajemnie się uzupełniają.

„Miły dom nad morzem” to kontynuacja, która zdecydowanie spełnia oczekiwania. Tynion odchodzi od mocno emocjonalnego tonu pierwszej części, zastępując go chłodniejszą, bardziej analityczną narracją. Nie jest to w moim odczuciu lektura tak przystępna, jak poprzedniczka, ale właśnie dzięki temu sprawia wrażenie dojrzalszej i bardziej wymagającej. Jednocześnie komiks pozostaje świetnie skonstruowany narracyjnie, a napięcie utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie. Na tym etapie kontynuacja wydaje się równie udana co oba tomy pierwszego cyklu.

Tytuł: Miły dom nad morzem
Tom: 1
Scenariusz: James Tynion IV
Rysunki: Alvaro Martinez Bueno
Kolory: Jordie Bellaire
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Tytuł oryginału: The Nice House by the Sea Vol. 1
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: luty 2026
Liczba stron: 208
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Wydanie: I
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-281-7711-6

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 08. 04. 2026).