poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Islander. Tom 1: Wygnanie - Recenzja

 

Na samym początku muszę uczciwie przyznać, że w ogóle nie czekałem na ten album i jeszcze chwilę przed premierą nie byłem świadomy, że się ukaże. Kiedy pojawiły się zapowiedzi Non Stop Comics z tytułami na początek 2026 roku i zerknąłem na blurba, uznałem jednak, że spróbuję, bo „Islander” może mieć pewien potencjał. Efekt? Jedno z najlepszych komiksowych doświadczeń ostatnich lat, tom wcale nieobszerny pod względem liczby stron, ale niezwykle bogaty w treść.

Bliska przyszłość. Europa zmaga się z konsekwencjami kilku kataklizmów ekologicznych, a ludzie zaczynają migrować w poszukiwaniu lepszego miejsca. W tych niesprzyjających okolicznościach trudno się odnaleźć, a celem podróży wielu uchodźców staje się Islandia, miejsce, w którym wciąż da się żyć. Problem w tym, że mieszkańcy wyspy nie chcą u siebie żadnych nowych obywateli. Tymczasem na wybrzeże tego kraju próbuje dostać się profesor Zyzek, ekolog posiadający wiedzę, która może znacząco odmienić losy upadającego świata.

W świat przedstawiony na kartach „Islandera” wchodzimy, widząc jedynie jego skrawki, ale poszczególne elementy układanki robią spore wrażenie. Oto Europą targają ekologiczne kataklizmy – sytuacja na Starym Kontynencie nie jest jednak pokazywana bezpośrednio. Przebieg kryzysów nawiedzających kolejne rejony kontynentu w zasadzie pozostaje niewidoczny, a działania najbardziej dotkniętych nimi państw owiane są mgłą tajemnicy – widzimy jedynie konsekwencje. Zwłaszcza te dosięgające jednostek. To przede wszystkim ogrom cierpienia – idzie ono za każdym kryzysem o skali międzypaństwowej i prędzej czy później dotyka osoby cywilne. Jak to opisano w komiksie? Obserwujemy rozbicie dotychczasowego życia bohaterów na kawałki, mają świadomość tego, że trzeba przetrwać w nowej, szalenie trudnej rzeczywistości oraz pożegnać się z poczuciem bezpieczeństwa. To porażający obraz, pokazujący czytelnikowi, jak niewiele potrzeba, żeby wszystko, całe nasze życie, zmieniło się o 180 stopni.

Autor świetnie obrazuje, jak sytuacja kryzysowa staje się pożywką dla osób bez skrupułów, potrafiących wykorzystywać ludzi znajdujących się w trudnej sytuacji i zdesperowanych, pragnących zapewnić sobie i swoim bliskim szansę na godne życie. Takimi wyzyskiwaczami są tu zarówno ludzie należący do tzw. półświatka, jak i politycy. Pierwsi kierują się żądzą zysku, traktując zastane okoliczności jako okazję do udowodnienia, że przetrwają ci najbardziej bezwzględni. Drudzy zaś  nawet w trudnych czasach dbają przede wszystkim o swój wizerunek w oczach innych – to populiści, którzy zrobią wszystko, żeby zawsze wyglądać na mężów stanu, niebojących się trudnych, ale potrzebnych decyzji. To jednak tylko fasada dla obłudy spragnionych poklasku karierowiczów, a realnym kosztem takiego postępowania jest nieunikniona utrata człowieczeństwa. Konflikt empatii z bezdusznością często wysuwa się w „Islanderze” na pierwszy plan i napędza tę opowieść.

Nawet najbardziej interesująca sceneria byłaby niczym bez postaci, o których chce się czytać. Na tym polu „Islander” także prezentuje się doskonale, przede wszystkim dlatego, że w poczynaniach bohaterów czuć emocje. Walczą o przetrwanie – nie tylko dla siebie, lecz także dla swoich bliskich i świata, który ich otacza. Co istotne – jedno nierozerwalnie wiąże się z drugim, a co za tym idzie – stawka jest ogromna. Brzmi górnolotnie? Tak, ale nie uświadczymy tu patetyzmu, „Islander” idzie inną drogą – buduje nasze relacje z bohaterami aż do momentu, kiedy rozumiemy, co dokładnie nimi kieruje i stopniowo sprawia, że stają się nam bliscy.

Jak prezentuje się warstwa graficzna tego albumu? Fantastycznie! Corentin Rouge rysuje w bardzo realistyczny sposób i nie wyobrażam sobie, żeby ta opowieść została zwizualizowana inaczej – taki styl idealnie pasuje do gorzkiego przekazu „Islandera”. Kolejne kadry potrafią być zarówno dynamiczne, jak i malownicze – postaci zdają się wręcz uchwycone w ruchu, a co jakiś czas artysta serwuje nam całostronicowe obrazy, które robią ogromne wrażenie, zwłaszcza w powiększonym formacie, a tak został ten komiks wydany. Świetna robota, jest na czym zawiesić oko.

Pierwszy tom „Islandera” to rewelacyjny album. Jeśli kolejne dwa tomy (bo całość ma być trylogią) utrzymają podobny poziom, to w mojej opinii będzie można mówić o arcydziele. Na tę chwilę jest bardzo blisko takiego stanu rzeczy, ale z ostatecznymi rozstrzygnięciami warto poczekać do czasu poznania całej historii. Uwielbiam takie zaskoczenia in plus i choć nie zdarzają się one szczególnie często, to kiedy już na nie trafię, wrażenia są naprawdę niezapomniane. Mocno polecam tę lekturę!

Tytuł: Islander
Tom: 1
Scenariusz: Caryl Ferey
Rysunki: Corentin Rouge
Tłumaczenie: Jakub Syty
Tytuł oryginału: Islander – Tome 01
Wydawnictwo: Non Stop Comics
Wydawca oryginału: Glenat
Data wydania: styczeń 2026
Liczba stron: 160
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 235 x 310 mm
ISBN: 978-83-68541-93-9

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 24. 03. 2026).

piątek, 10 kwietnia 2026

Moon Knight. Tom 2 - Recenzja

Moon Knight zajmuje w uniwersum Marvela miejsce dość szczególne. To bohater stojący gdzieś na granicy świata superbohaterów i mroczniejszych, bardziej przyziemnych opowieści o przemocy, wierze i tożsamości. Marc Spector, były najemnik działający jako awatar egipskiego boga Khonshu, nie jest klasycznym herosem – jego historię od początku naznacza trauma, zaburzenie dysocjacyjne i ciągła walka z samym sobą. Jed MacKay w swojej serii mocno akcentuje te elementy, jednocześnie budując wokół postaci spójne, bogate zaplecze fabularne. Drugi tom, zbierający wydarzenia z amerykańskich albumów „Halfway to Sanity” i „Road to Ruin”, pokazuje, że autor nie tylko dobrze rozumie tę postać, ale konsekwentnie rozwija jej mitologię, stawiając bohatera przed kolejnymi próbami.

Po uporaniu się z poprzednimi zagrożeniami Marc Spector staje w obliczu nowych problemów, tym razem związanych z rosnącą w siłę organizacją wampirów działających w Nowym Jorku. Trop prowadzi go do tajemniczej struktury, która próbuje budować siatkę wpływów, a jednocześnie zleca zabójstwa, by usunąć Moon Knighta z drogi. W międzyczasie bohater zmaga się z własną naturą, relacjami ze swoimi osobowościami i konsekwencjami służby dla Khonshu, musi też stoczyć kilka starć z dawnymi przeciwnikami. Całość tworzy rozbudowaną opowieść o człowieku, który nieustannie balansuje między rolą obrońcy i bezwzględnego łowcy.

Największa siła tej serii to sposób, w jaki MacKay prowadzi głównego bohatera. Jego Moon Knight jest bezkompromisowy, brutalny i pewny swoich racji, ale jednocześnie stale rozdarty między różnymi aspektami własnej osobowości. Autor dość sprawnie wykorzystuje motyw zaburzenia dysocjacyjnego, nie popadając przy tym w chaos narracyjny, który bywał problemem we wcześniejszych interpretacjach postaci. Steven Grant i Jake Lockley nie są jedynie ciekawostką z przeszłości, lecz realnie wpływają na działania Marca, pomagając mu w zbieraniu informacji i podejmowaniu decyzji. Ważną rolę odgrywa też Hunter's Moon, którego podejście do służby Khonshu stanowi kontrast dla głównego bohatera. To starcie dwóch systemów wartości dodaje opowieści dodatkowej głębi i podkreśla, że wiara w egipskiego boga może oznaczać zupełnie różne rzeczy.

Pod względem fabularnym omawiany tom rozwija kilka wątków jednocześnie, co działa zarówno na jego korzyść, jak i momentami mu szkodzi. Z jednej strony mamy wyraźnie zarysowany główny konflikt z wampirzą organizacją, z drugiej zaś historie poboczne i pojedyncze epizody, które rozszerzają świat przedstawiony. W niektórych momentach można odnieść wrażenie, że to raczej etap przejściowy, przygotowujący grunt pod coś większego. Tempo bywa nierówne – sceny akcji są dynamiczne i brutalne, ale przeplatają się z dłuższymi dialogami i bardziej statycznymi fragmentami, które nie każdemu przypadną do gustu. Jednocześnie to właśnie w tych spokojniejszych partiach MacKay buduje osobowość bohatera i pokazuje, że jego największą bronią wcale nie jest siła fizyczna, ale nieprzewidywalność i determinacja.

Komiks jest mocno osadzony w szerszym kontekście Uniwersum Marvela, ale w sposób przystępny również dla nowych czytelników. Powracają postacie znane z wcześniejszych przygód protagonisty, pojawiają się dawne zagrożenia, jest nawet miejsce na gościnne występy znanych bohaterów, co sprawia, że świat Moon Knighta wydaje się żywy i spójny. Jednocześnie autor chętnie sięga po elementy z przeszłości Spectora, przypominając o jego historii i relacjach, które nie zawsze należą do łatwych. Ciekawie wypada także motyw nieśmiertelności i pytania o to, czy jest ona darem, czy raczej przekleństwem wynikającym z kaprysu Khonshu. To wątki, które nie dominują całkowicie nad akcją, ale nadają jej bardziej refleksyjny charakter i sprawiają, że opowieść potrafi wykroczyć poza prostą historię o walce dobra ze złem.

Warstwa graficzna stoi na wysokim poziomie i dobrze współgra z klimatem historii. Alessandro Cappuccio oraz Federico Sabbatini tworzą spójny, mroczny świat pełen cieni, dynamicznych ujęć i mocnych kontrastów. Szczególnie dobrze wypadają sceny akcji, w których ruch postaci bywa niemal rozmyty, co podkreśla brutalność starć i nieprzewidywalność bohatera. Rysownicy umiejętnie operują perspektywą i światłem, budując atmosferę zagrożenia i nadnaturalności. Ten efekt dodatkowo wzmacniają kolory Rachelle Rosenberg, które nadają całości chłodny, momentami wręcz niepokojący ton. Oprawa świetnie oddaje charakter postaci i sprawia, że nawet spokojniejsze sceny mają odpowiednią dramaturgię.

Druga odsłona tej wersji przygód Moon Knighta to kolejny tom potwierdzający, że seria znajduje się obecnie w dobrej formie. Choć momentami można odczuć, że jest to bardziej etap przejściowy niż kulminacyjny punkt opowieści, to nadal dostajemy wciągającą historię z wyrazistym bohaterem i mocnym klimatem. Największym atutem pozostaje tu konsekwentne rozwijanie postaci Marca Spectora oraz jego relacji z otoczeniem, a także umiejętne łączenie akcji z psychologicznym zapleczem. Nie wszystko działa idealnie, bo niektóre fragmenty są przegadane, a tempo bywa nierówne, ale ogólne wrażenie pozostaje pozytywne.

Tytuł: Moon Knight
Seria: Marvel Fresh
Tom: 2
Scenariusz: Jed MacKay
Rysunki: Federico Sabbatini, Alessandro Cappuccio, Ray-Anthony Height
Kolory: Rachelle Rosenberg
Tłumaczenie: Jacek Żuławnik
Tytuł oryginału: Moon Knight Vol. 3: Halfway to Sanity, Moon Knight Vol. 4: Road to Ruin 
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Marvel Comics
Data wydania: styczeń 2026
Liczba stron: 300
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 167 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7557-0

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 19. 03. 2026).

niedziela, 5 kwietnia 2026

Superman. Tom 3: Ród Brainaca - Recenzja

 

Różne serie z Supermanem w roli głównej już od lat stanowią trzon polskiego rynku komiksowego w jego trykociarskim nurcie. Kolejne albumy rzadko są jednak czymś więcej aniżeli intensywną i łatwo przyswajalną rozrywką, choć czasami autorzy miewają nieco większe ambicje, wykraczające poza dostarczenie fanom czysto akcyjnej odskoczni od rzeczywistości. Run Joshuy Williamsona nie wychodził jak dotąd poza gatunkowe schematy, ale czasami bywa tak, że upgrade nadchodzi w najmniej oczekiwanym momencie. Czy to jeden z tych przypadków?

Choć Superman wielokrotnie mierzył się z Brainiakiem, to nadchodzące starcie nie będzie przypominało żadnego z poprzednich. Na Człowieka ze Stali zostaje nasłana armia Czarnian. Skąd się wzięli, skoro wiele lat temu całą populację ich planety wybił Lobo? I dlaczego Brainiac porwał z Ziemi wielu metaludzi związanych z Supermanem? Ostatni Syn Kryptona staje przed wyzwaniem, które może zatrząść nie tylko całym jego życiem, ale i najbliższą przyszłością jego bliskich.

Najnowszy „Superman” to komiks skrojony pod odbiorcę ceniącego sobie akcję. Cały czas coś się dzieje, jest mnóstwo bohaterów, co jakiś czas autor rzuca też szczyptą nawiązań do poprzednich albumów, dzięki czemu mamy wrażenie obcowania z opowieścią o większym zasięgu. Wszystko jest przy tym poprawnie skonstruowane i przemyślane. Ale czy Williamson w tej kolorowej mozaice ma okazję, żeby nas czymś zaskoczyć? Niespecjalnie. Album składa się z elementów, które jako fani komiksu superbohaterskiego, doskonale znamy. Czy to przeszkadza w lekturze? Również nie.

Na kartach „Supermana” twórcy często przeplatają wydarzenia dziejące się na Ziemi, z tymi sięgającymi kosmicznych czeluści. Tym razem Williamson proponuje ten drugi kierunek. Warto pamiętać, że zawsze, gdy autorzy decydują się na taki krok, rośnie skala i waga wydarzeń. Nie inaczej jest i tym razem, bo plan Brainiaca może mieć poważne konsekwencje zarówno dla superbohaterów, jak i dla świata, którego bronią. A kiedy rośnie stawka, wydźwięk opowieści, tak jak tutaj, staje się doniosły i pompatyczny. Wolę historie o znacznie mniejszej skali, ale muszę oddać Williamsonowi, że dobrze odnajduje się w prowadzeniu tych „większych” historii – kiedy trzeba, zawiesza akcję, innym razem zmienia wątek, umiejętnie stosuje też interludia. Taka sprawność ma prawo się podobać.

Istotą „Rodu Brainiaca” jest, jak już wspomniałem, akcja, ale robi ona odpowiednie wrażenie głównie wtedy, gdy dobrze współgra z kreacją protagonistów. Jak to wygląda w tym przypadku? Nie jest idealnie, ale Williamson nie odstawił też fuszerki. Postaci, na których najmocniej skupia uwagę, prezentują się przynajmniej przyzwoicie. Mowa tu przede wszystkim o Supermanie i Brainiacu – w ich potyczce czuć stawkę, co wcale nie jest regułą w komiksie superhero. Czy zatem pozostali bohaterowie są jedynie dodatkiem? Nie do końca – choć faktycznie stoją raczej na dalszym planie. Wiadomo jednak, że czasami kilkoro z nich ma swoje pięć minut, a w ogólnym rozrachunku daje to poczucie różnorodności.

Obsada graficzna „Rodu Brainiaca” to kilka różnych nazwisk, ale pierwsze skrzypce gra bezapelacyjnie Rafa Sandoval. Zeszyty, przy których pracował Hiszpan, wyróżniają się świetną, realistyczną kreską, są też niezwykle dynamiczne i doskonale prezentują się w scenach akcji – a tych jest tu przecież multum. Szkoda, że tym razem w albumie nie ma żadnych dodatków, lubię po lekturze do nich zajrzeć, zwłaszcza do galerii okładek alternatywnych, które potrafią być prawdziwymi dziełami sztuki.

Najnowszy komiks traktujący o przygodach Supermana to całkiem przyzwoita opowieść typu blockbusterowego. Nie wychodzi poza utarte schematy, ale w gruncie rzeczy wcale nie musi, by zapewnić solidną rozrywkę. Myślę, że każdy, kto miał już styczność z komiksami pisanymi przez Joshuę Williamsona, dobrze wie, czego może się tu spodziewać. To rozrywka nieangażująca za mocno mózgu, lekka lektura na wolny weekend. Mnie tyle wystarczy.

Tytuł: Ród Brainiaca
Seria: Superman
Tom: 3
Scenariusz: Joshua Williamson
Rysunki: Rafa Sandoval, Miguel Mendonca i inni
Kolory: Alejandro Sanchez, Edwin Galmon i inni
Tłumaczenie: Jakub Syty
Tytuł oryginału: Superman Vol. 3: House of Brainiac
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: styczeń 2026
Liczba stron: 224
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 167 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7331-6

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 12. 03. 2026).