wtorek, 28 kwietnia 2026

Miło dom nad morzem. Tom 1 - Recenzja

Na przestrzeni ostatnich lat James Tynion IV wyrósł na jednego z najciekawszych i najbardziej konsekwentnych twórców współczesnego komiksu mainstreamowego. Autor, który z powodzeniem łączy elementy horroru, thrillera i dramatu psychologicznego, zdążył już przyzwyczaić czytelników do historii opartych nie tyle na spektakularnych wydarzeniach, ile na napięciach między bohaterami i emocjach. Recenzowany album jest bezpośrednią kontynuacją „Miłego domu nad jeziorem”. Czy będzie to bezpieczny powrót do znanych motywów, czy raczej próba ich przedefiniowania i przesunięcia akcentów? Sprawdźmy.

Punkt wyjścia pozornie jest znajomy: kolejna grupa trafia do odizolowanej przestrzeni, w której ma szansę przetrwać wydarzenia, jakie zniszczyły resztę świata. Tym razem jednak nie są to przypadkowi znajomi, lecz starannie dobrane jednostki – ludzie wybitni w swoich dziedzinach, których obecność wydaje się mieć konkretny cel. Zasady rządzące miejscem, w którym się znaleźli, przypominają te znane z poprzedniej serii, ale sama sytuacja jest już nieco inna.

Największą siłą „Miłego domu nad morzem” jest to, że scenarzysta świadomie przesuwa akcenty. O ile wcześniejsza historia opierała się w dużej mierze na emocjonalnych więziach między bohaterami, o tyle tutaj Tynion konstruuje układ znacznie chłodniejszy, niemal laboratoryjny. Nowa grupa funkcjonuje bardziej jak zbiór konkurujących ze sobą jednostek niż wspólnota ludzi, a napięcie wynika nie tylko z sytuacji odizolowania, lecz także z nieustannego ścierania się charakterów i sposobów definiowania życia. W efekcie czytelnik zostaje postawiony w roli obserwatora swoistego eksperymentu społecznego, w którym każda decyzja ma konsekwencje wykraczające poza jednostkowe ambicje. Ta zmiana perspektywy sprawia, że całość nabiera bardziej analitycznego, zdystansowanego charakteru.

Przesunięcie ciężaru sprawia, że komiks zyskuje bardziej filozoficzny charakter. Autor z premedytacją unika prostych odpowiedzi, zamiast tego budując opowieść, w której racjonalność może prowadzić do okrucieństwa, a empatia do słabości. Pojawia się pytanie, czy świat powinien być odbudowywany przez „najlepszych”, czy raczej tych najbardziej wrażliwych i zżytych ze sobą, a każda z tych opcji zostaje w toku fabuły podana w wątpliwość. Tynion umiejętnie balansuje między tymi skrajnościami, nie pozwalając nam na jednoznaczne opowiedzenie się po którejkolwiek ze stron. W tle pobrzmiewa też subtelna krytyka elitaryzmu i przekonania o własnej wyjątkowości, mogących prowadzić do niebezpiecznych uproszczeń w postrzeganiu złożonego i niejednoznacznego świata przedstawionego.

Na osobne wyróżnienie zasługuje sposób prowadzenia bohaterów. Choć Tynion operuje szeroką paletą postaci, żadna z nich nie sprawia wrażenia przypadkowej czy jednowymiarowej. Autor sprawnie różnicuje ich głosy, a dialogi nie tylko napędzają fabułę, ale też budują napięcie i pogłębiają charakterystykę członków obu nietypowych społeczności. Relacje między bohaterami pozostają płynne, zaś chwilowe sojusze szybko ustępują miejsca podejrzliwości, z kolei sympatie potrafią zaskakująco dynamicznie ewoluować we wrogość. Warto też wspomnieć, bo dla części odbiorców może być to element kontrowersyjny, że komiks ma wyraźnie zróżnicowaną obsadę, w tym postacie LGBT. W moim odczuciu ich obecność pozostaje jednak naturalnym elementem świata przedstawionego, a nie osią fabularną czy ideologicznym manifestem.

Co istotne,  scenarzysta w kilku miejscach rozwija pomysły, zamiast je powielać. Skala opowieści wydaje się większa, zasady rządzące światem bardziej złożone, a liczba niewiadomych wyraźnie rośnie, co wcale nie musi być zaletą. Komiks nie daje poczucia komfortu ani znajomej struktury, wręcz przeciwnie – podważa oczekiwania czytelnika i sugeruje, że tym razem stawka jest znacznie wyższa, a rozwiązania będą mniej oczywiste. Pojawia się też wrażenie, że historia zmierza w kierunku bardziej globalnych konsekwencji, wykraczających poza losy dwóch grup bohaterów. Dzięki temu całość nabiera rozmachu, nie tracąc przy tym kameralnego charakteru w kolejnych rozdziałach.

Niemniej istotna pozostaje warstwa graficzna, która również robi spore wrażenie. Rysunki Alvaro Martineza Bueno są precyzyjne – bardzo ważna potrafi być mimika i drobne gesty, które nieraz zdradzają więcej niż same dialogi. Kadry bywają ciasne i klaustrofobiczne, by za chwilę zaprezentować bardziej przestrzenne ujęcia. Ta różnorodność w żadnym momencie nie jest jednak sztuczna. Kolorystyka to głównie chłodne tony, które podkreślają dystans między bohaterami i budują niepokojące tło dla wydarzeń. Całość sprawia wrażenie niezwykle przemyślanej i konsekwentnej wizji artystycznej, w której forma i treść wzajemnie się uzupełniają.

„Miły dom nad morzem” to kontynuacja, która zdecydowanie spełnia oczekiwania. Tynion odchodzi od mocno emocjonalnego tonu pierwszej części, zastępując go chłodniejszą, bardziej analityczną narracją. Nie jest to w moim odczuciu lektura tak przystępna, jak poprzedniczka, ale właśnie dzięki temu sprawia wrażenie dojrzalszej i bardziej wymagającej. Jednocześnie komiks pozostaje świetnie skonstruowany narracyjnie, a napięcie utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie. Na tym etapie kontynuacja wydaje się równie udana co oba tomy pierwszego cyklu.

Tytuł: Miły dom nad morzem
Tom: 1
Scenariusz: James Tynion IV
Rysunki: Alvaro Martinez Bueno
Kolory: Jordie Bellaire
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Tytuł oryginału: The Nice House by the Sea Vol. 1
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: luty 2026
Liczba stron: 208
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Wydanie: I
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-281-7711-6

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 08. 04. 2026).

niedziela, 26 kwietnia 2026

Coś zabija dzieciaki. Tom 9 - Recenzja

 

Musiałem dać jej chwilę, żeby się rozbujała, ale pierwsza samodzielna horrorowa seria Jamesa Tyniona IV okazała się dziełem angażującym. Tak, to przede wszystkim rozrywka, ale rozrywka świadoma gatunku, w jakim operuje. Autor dość umiejętnie unika fabularnych mielizn i serwuje czytelnikowi zeszyty przemyślane i emocjonujące. Ale to już dziewiąty tom zbiorczy – na tym etapie niejeden cykl zaczynał zjadać własny ogon. „Coś zabija dzieciaki” na szczęście nie jest jednym z nich.

Dziewiąty tom „Coś zabija dzieciaki” przenosi czytelnika do przeszłości Eriki Slaughter i przedstawia jedną z jej spraw z czasów, gdy dopiero budowała swoją pozycję w strukturach Zakonu. Bohaterka wraz ze swoją mentorką trafia do położonego na uboczu Domu na Górze Valmont, miejsca naznaczonego serią brutalnych wydarzeń i tajemnicą, której źródło okazuje się znacznie bardziej skomplikowane, niż początkowo się wydaje. Śledztwo prowadzi do konfrontacji nie tylko z zagrożeniem, lecz także z trudnymi decyzjami wynikającymi z zasad obowiązujących w Zakonie Świętego Jerzego.

Dziewiąty tom serii pełni funkcję spojrzenia wstecz na wczesny etap kariery Eriki Slaughter. Nie jest to novum, ponieważ Tynion IV zastosował podobny zabieg już w poprzednim albumie. Wtedy jednak dostaliśmy pięć luźnych opowieści, teraz mamy do czynienia z bardziej rozbudowaną fabułą, która w dodatku została zawieszona na końcu albumu. Historia rozgrywająca się wokół Domu na Górze Valmont pokazuje bohaterkę jeszcze nie w pełni ukształtowaną – bardziej impulsywną, mniej pewną siebie i wciąż uczącą się reguł rządzących światem łowców potworów. Dzięki temu czytelnik może zobaczyć, jak wyglądały jej pierwsze samodzielne działania oraz jak stopniowo zdobywała doświadczenie, które później uczyniło ją jedną z najskuteczniejszych członkiń Zakonu. To ciekawe spojrzenie, które pozwala lepiej zrozumieć sposób zachowania protagonistki.

W przeciwieństwie do niektórych wcześniejszych historii z serii, które operowały większą skalą wydarzeń i licznymi bohaterami, tom dziewiąty skupia się na jednej sprawie, a akcja dzieje się na ograniczonej przestrzeni. Tę opowieść można z pewnością scharakteryzować jako bardziej kameralną i skoncentrowaną na napięciu wynikającym z konkretnej sytuacji. Dzięki temu narracja staje się bardziej intymna i pozwala lepiej przyjrzeć się emocjom bohaterów oraz mechanice i logistyce przygotowań do polowania na potwory. Tynion IV umiejętnie buduje napięcie, choć nieco rozczarowuje, że fabuła nie znajduje konkluzji na końcu albumu. Ma to jednak swoje zalety – niebawem dostaniemy kontynuację, a zważywszy na wysoką jakość tomu dziewiątego, jest to dobra wiadomość.

Bardzo ważnym elementem pozostaje specyficzny i dobrze wykreowany klimat całej serii. Tynion IV nadal bardzo skutecznie buduje napięcie, osiągając zamierzone efekty zwłaszcza poprzez skupienie się na poczuciu zagrożenia i bezradności towarzyszących bohaterom. Potwory stanowią tu nie tylko fizyczne zagrożenie, lecz są ucieleśnieniem chaosu i strachu, z którym zwykli ludzie nie są w stanie sobie poradzić. Nawet Erica i jej mentorka, mimo swoich umiejętności, nie zostały przedstawione jako niepokonane bohaterki, lecz jako osoby, które mimo własnych słabości są zmuszone do bycia silnymi i działania w brutalnym oraz często beznadziejnym świecie.

Trudno nie skierować po raz kolejny pochwał pod adresem ilustracji Werthera Dell’Edery oraz kolorów Miquela Muerto. Charakterystyczna, lekko chaotyczna kreska artysty bardzo dobrze współgra z horrorową atmosferą opowieści, a mroczna, przygaszona kolorystyka dodatkowo wzmacnia poczucie niepokoju i sprawia, że sceny starć z potworami nabierają większej intensywności. Dzięki temu warstwa wizualna nie tylko ilustruje wydarzenia, lecz aktywnie buduje nastrój całej historii.

Dziewiąta odsłona „Coś zabija dzieciaki” nie zaciera dobrego wrażenia, jakie seria robi od dłuższego czasu. Spojrzenie w przeszłość bohaterów jest równie interesujące, jak bieżące wydarzenia i rozbudowuje świat przedstawiony, wzmacniając więź na linii czytelnik-protagonistka. To dobry, angażujący komiks, ale w obliczu zawieszenia akcji na jego końcu mam nadzieję, że na dokończenie tej opowieści nie będziemy czekać rok, bo tyle czasu minęło od premiery „ósemki”.

Tytuł: Coś zabija dzieciaki
Tom: 9
Scenariusz: James Tynion IV
Rysunki: Werther Dell’Edera
Kolory: Miquel Muerto
Tłumaczenie: Paweł Bulski
Tytuł oryginału: Something is Killing The Children Vol. 9
Wydawnictwo: Non Stop Comics
Wydawca oryginału: Boom! Studios
Data wydania: luty 2026
Liczba stron: 144
Oprawa: miękka
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-68542-15-8

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 30. 03. 2026).

środa, 22 kwietnia 2026

Star Wars. Darth Vader. Tom 3: Wojna łowców nagród - Recenzja

 

Cztery lata temu komiksowymi „Gwiezdnymi wojnami” wstrząsnęła „Wojna łowców nagród”. Wielki crossover przedstawiał wydarzenia toczące się we wszystkich czterech regularnych seriach i miał naprawdę imponującą skalę. Wszystko zaczęło się od osobnego albumu zatytułowanego „Wojna łowców nagród”, a kolejne tomy dopowiadały zaprezentowane tam wydarzenia. Ostatnio na tapet wziąłem „Star Wars”, tym razem przyszedł czas, by sprawdzić, jak w ten event wpasował się „Darth Vader”.

Po nieudanym buncie przeciwko Imperatorowi Darth Vader przeżywa bolesną odbudowę w zbiornikach regeneracyjnych. Wkrótce po jej ukończeniu do Mrocznego Lorda Sithów docierają pogłoski o wystawieniu na licytację zamrożonego w karbonicie Hana Solo. Przemytnik może być kluczem do uległości Luke’a Skywalkera, z którym Vader wiąże wielkie plany.

Nie ukrywam, że nie jestem wielkim fanem dwóch pierwszych tomów przedstawiających przygody Mrocznego Lorda. Zabrakło mi w nich lepszego zbalansowania mroku wylewającego się nieustannie z kolejnych kadrów. Czy tym razem jest inaczej? Po części owszem. Dzieje się tak za sprawą Vaderowego „przydupasa”. To niejaki Ochi z Bestoona. Czym się charakteryzuje? Otóż służący Sithom zabójca i łowca artefaktów dużo gada i jest bardzo pewny siebie. Poprzednim razem była to postać, która przez te cechy tylko irytowała, ale w tym albumie wypada znacznie lepiej. Okazuje się, że jest to ktoś, kto w sensowny sposób równoważy małomówność tytułowego bohatera. Może to kwestia „dotarcia się”, ale tym razem wyraźnie czuć lepszą chemię między Sithem a służącym mu najemnikiem.

Podoba mi się, że Pack położył tym razem nieco większy nacisk na pokazanie mechanizmów władzy w Imperium. Jak można się było spodziewać, zaplecze polityczne najpotężniejszej instytucji w Galaktyce jest dość toksyczne. Widzimy toczące się zakulisowe gierki mające na celu zdyskredytowanie, a w najlepszym wypadku, trwałe usunięcie przeciwników ze sceny wydarzeń. Tak – jest to obraz wyolbrzymiony, ale zarazem bardzo trafny, bo polityka – mimo nieustannego chwalenia się szlachetnymi ideałami – z czasem zawsze staje się bagnem i korumpuje kolejne osoby.

Połączenie fabuły „Dartha Vadera” i eventu „Wojna łowców nagród” wypada przyzwoicie. Greg Pack kluczy i lawiruje, aby połączyć wydarzenia, dać czytelnikom kontekst i pokazać, dlaczego dzieje się akurat to, co widzimy na kolejnych kadrach. Bywa, że gubi rytm, ale na znacznej przestrzeni całego albumu jego próby są przekonujące. Pewnym problemem dla niektórych czytelników może być to, że historia nie działa samodzielnie, ale bądźmy szczerzy – czy na etapie trzeciego albumu serii, będącego częścią dużego crossovera, trafia tu jeszcze jakiś przypadkowy czytelnik? 

Strona graficzna albumu to efekt pracy dwóch artystów. Pierwszy zeszyt w tomie to dzieło Guiu Vilanovy, pozostałe są efektem pracy dotychczasowego rysownika, Raffaele Ienco. Obaj wykonali swoją pracę dobrze, choć jest jeden element, do którego można się przyczepić. Chodzi o twarze bohaterów. Oczywiście nie mówię ani o Vaderze, ani o postaciach nowych, ale o tych, które znamy z filmów. Luke i Han miewają dziwną mimikę i nie do końca przypominają swoje filmowe odpowiedniki. Na szczęście obaj pojawiają się jedynie przelotnie, tym niemniej nad tym elementem artyści mogliby jeszcze popracować. Do reszty nie mam już żadnych zastrzeżeń – jest efektownie i przejrzyście, dzięki czemu całość czyta się i ogląda z przyjemnością.

Trzecia odsłona serii traktującej o Vaderze stoi wyżej niż dwa wcześniejsze tomy. Greg Pack zaczął lepiej ogarniać temat, dzięki czemu lektura bardziej angażuje. Choć jest częścią eventu, a co za tym idzie trudno uznać ją za autonomiczną, to dla fana marki „Star Wars” powinna być satysfakcjonującym doświadczeniem. Mam nadzieję, że ta forma zwyżkowa znajdzie swoje odzwierciedlenie w kolejnych tomach cyklu.

Seria: Star Wars. Darth Vader
Tom: 3
Tytuł: Wojna łowców nagród
Scenariusz: Greg Pack
Rysunki: Guiu Vilanova, Raffaele Ienco
Kolory: Jason Keith i inni
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Tytuł oryginału: Star Wars: Darth Vader by Greg Pack Vol. 3 - War of the Bounty Hunters
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Marvel Comics
Data wydania: sierpień 2022
Liczba stron: 136
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Format: 165 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-5544-2