środa, 8 lipca 2026

Michał Organiściak "Poławiacze sunu" - Recenzja

 

Przyznam, że nie robiłem w tej sprawie dokładnego researchu, ale wydaje mi się, że nie ukazuje się zbyt wiele fantastyki zahaczającej o tematykę marynistyczną. Jasne, wszyscy znamy te najważniejsze tytuły (choćby niezapomniany „Król Bezmiarów”), ale w ogólnym rozrachunku więcej jest innych motywów. W tym kontekście powieść ulokowana na niebezpiecznych oceanach cieszy. Ale sama tematyka nie wystarczy – do tego musi dołączyć pisarska jakość. Czy może to dobrze wyglądać u powieściowego debiutanta? 

Marten Duvallet traci stanowisko na statku, na którym był nawigatorem. Wszystko ma związek z jego uzależnieniem od podmorskiego narkotyku, sunu. Ta zmieniająca percepcję używka jest niezwykle cenna i pożądana na całym świecie. Życie Martena niespodziewanie ratuje młodszy brat, Cobar, który sam ma swoje problemy i aktualnie nerwowo przed nimi ucieka. Obaj muszą znaleźć własną drogę i rozliczyć się z przeszłością, walcząc przy okazji z uzależnieniem pożerającym duszę i ciało. Wszystko w cieniu wielkiej polityki i zemsty zza grobu.

Odpowiadając na pytanie zawarte we wstępie i nie dawkując napięcia – tak, Organiściak ma naprawdę dobry warsztat. Powieść jest napisana przystępnym, płynnym językiem i czyta się ją naprawdę wybornie. Lekkość rozrywkowej fantastyki wylewa się z kolejnych stron i sprawia, że trudno się od tej lektury oderwać. Autor ma gawędziarski styl, który idealnie pasuje do morskiej bajędy. Wiem, brzmi to nieco tandetnie, zwłaszcza zważywszy na tematykę „Poławiaczy sunu”, ale przez tę książkę po prostu się czytelniczo płynie.  To jej pierwsza, ale wcale niejedyna zaleta.

Autor prowadzi kilka wątków jednocześnie i choć proporcje nie są równe – niektóre zajmują więcej miejsca, inne z kolei są wyraźnie poboczne - to wydaje się, że na znacznej przestrzeni powieści udało się utrzymać między nimi odpowiednią harmonijność. Co więcej, wszystkie wątki dość sprawnie (choć jak na mój gust nieco zbyt intensywnie w ostatniej fazie powieści) splatają się w zakończeniu. Kiedy trzeba, Organiściak umiejętnie buduje napięcie, a co za tym idzie, przykuwa uwagę czytelnika. Sprzyja temu kreacja głównych bohaterów. Same postaci skrojone są co prawda dość szablonowo, ale da się je lubić. Mimo pewnej przewidywalności co do tego, jak się rozwiną, można przejąć się ich losami i być ciekawym ich perypetii.

Bardzo ciekawie prezentuje się to, wokół czego obraca się fabuła omawianej książki. Tytułowe sunu to narkotyk o niezwykłych właściwościach, dzięki któremu odpowiednio utalentowany człowiek może czarować. Sęk w tym, że sunu jest niezwykle uzależniające, a odstawienie go na zbyt długo to pewna śmierć. Substancja jest na tyle cenna, że wokół niej kręci się nawet polityka różnych państw. Obserwujemy, jak używka wpływa na życie dwóch głównych bohaterów powieści, jak wypacza ich umysły, ale także jak zwiększa ich możliwości. Czy to na pewno taki balast, jak można sądzić? A może cena jest warta zapłacenia, ponieważ korzyści są o wiele większe niż koszty zażywania? To wszystko, co autor rzuca nam pod rozwagę, w interesujący sposób urozmaica klasyczną, awanturniczą opowieść. Pewnym problemem może być jednak fakt, że Organiściak nie rozwija swojej wizji wpływu narkotyku na świat. Padają sugestie, że może on mieć większe znaczenie, niż się wydaje, ale w żaden sposób nie znajduje to rozwinięcia. To nieco rozczarowuje, choć ten zarzut nie będzie miał takiego ciężaru, jeśli autor rozwinie ten temat w (potencjalnej) kontynuacji.

No właśnie – marynistyczna fantastyka przygodowa byłaby niczym bez niezwykłych przygód, niecodziennych wydarzeń, niesamowitych stworów. I tego na kartach „Poławiaczy sunu” rzeczywiście nie brakuje. Akcja toczy się w niezwykle wartkim tempie, ale cały czas jest trzymana w ryzach. Co jakiś czas ktoś dołącza do grona głównych bohaterów, dzięki czemu udaje się zachować całkiem odświeżające zróżnicowanie. Co więcej, autor wykazuje się pomysłowością, kreatywnie wykorzystując morskie legendy, na przykład tę o mitycznych syrenach.

Sięgnąłem po tę powieść w zasadzie przypadkowo, ale zakup okazał się naprawdę udany. „Poławiacze sunu” to pełnokrwista marynistyczna fantastyka, która mimo pewnej przewidywalności angażuje od początku do końca i wygrywa ciekawą kreacją bohaterów i świata przedstawionego. Nie wiem, czy takowa się ukaże, ale bardzo chętnie przeczytałbym kontynuację. Nie obraziłbym się również, gdyby autor przywrócił do życia pewną uśmierconą postać, którą bardzo polubiłem. Uda się, autorze? Może jakiś okruch sunu miałby moc wskrzeszania? Ale zostawiając już fabularne detale na boku, warto dać „Poławiaczom sunu” szansę. To dobra lub nawet bardzo dobra książka.

Autor: Michał Organiściak
Tytuł: Poławiacze sunu
Wydawca: Fabryka słów
Liczba stron: 496
Data wydania: marzec 2026
ISBN: 978-83-8375-198-6

niedziela, 5 lipca 2026

Władza absolutna. Tom 2: Ruch oporu - Recenzja

 

Pierwsza odsłona „Władzy absolutnej”, czyli kolejnego wielkiego eventu od DC Comics, była zaskakująco dobrym komiksem. Mówię to z perspektywy osoby zmęczonej crossoverami o wysokiej stawce – historiami wypluwanymi przez wydawnictwo z niesamowitą regularnością i prezentującymi starcia z kolejnymi gargantuicznymi zagrożeniami. Tym razem było w tym wszystkim więcej ducha, wydarzenia miały realne znaczenie, a fabuła w znacznej mierze pozostawała „przy ziemi” – i to te czynniki zadecydowały o dobrym odbiorze „Pozbawionych mocy”. Drugi tom zapowiadał się w tym kontekście nader interesująco.

Po ataku Amandy Waller i podległych jej zespołów superbohaterowie zostają pozbawieni mocy i uwięzieni w specjalnym więzieniu. Nie wszystkich udaje się jednak schwytać – najważniejsi z nich nadal pozostają na wolności i organizują ruch oporu przeciwko nowej, niezwykle skutecznej sile. Ocaleni muszą zmierzyć się z całym arsenałem dostępnym Waller, w tym z dawnymi druhami, którzy teraz walczą po przeciwnej stronie konfliktu.

Duże komiksowe eventy mają to do siebie, że zaczynają z wysokiego pułapu. Mocne otwarcie, wysoka stawka i spektakularne zwroty akcji skutecznie przyciągają uwagę czytelnika. Prawdziwy test przychodzi jednak w kontynuacji – to moment, gdy trzeba utrzymać tempo i rozbudować obraz konfliktu, nie wywołując przy tym wrażenia, że fabuła drepcze w miejscu przed wielkim finałem. Drugi tom „Władzy absolutnej” trafia właśnie w ten najbardziej niewdzięczny moment eventu, ale z postawionego mu zadania wywiązuje się zaskakująco dobrze.

„Władza absolutna” to miks zeszytów z różnych serii i, jak łatwo się domyślić, ich poziom jest zróżnicowany. Co jednak istotne – mało który rozdział (czy to należący do głównej opowieści, czy do któregoś z tie-inów) wyróżnia się in minus. Seria jest wyjątkowo równa. Ciekawie prezentują się na przykład wątki z udziałem Batmana. W ich kontekście podobać może się powrót do motywów z runu Chipa Zdarsky’ego, zwłaszcza Failsafe’a. Pokazuje to, że twórcy mają spójną wizję i potrafią twórczo wykorzystywać najlepsze motywy z różnych serii. Batman, jako największy detektyw Uniwersum DC, idealnie pasuje do świata, w którym bohaterowie muszą działać „od dołu” – świetnie używa swoich umiejętności do działania w konspiracji.

Znaczna część albumu to spektakularna nawalanka, podczas której bohaterowie muszą mierzyć się z kolejnymi zagrożeniami przygotowanymi przez Waller. W kolejnych rozdziałach czuć rangę wydarzeń napięcie – warto to odnotować, bo w eventach nastawionych na widowiskowość wcale nie jest to oczywiste. Na szczęście tym razem twórcom udało się znaleźć złoty środek między patosem a mocą opowieści. Pomogło w tym także pojawiające się momentami rozluźnienie atmosfery. Najlepszym przykładem jest zeszyt, w którym Wonder Woman i Robin przesłuchują Bumeranga, chcąc zdobyć lokalizację tajnego więzienia Waller. To historia oparta bardziej na dialogach i dynamice postaci niż na czystej akcji. Mimo to od początku do końca czuć napięcie, a scenarzysta (tutaj jest nim Tom King) udanie pokazuje różnicę charakterów Diany i Damiana. Zeszyt wyróżnia się także absurdalnym, repetytywnym humorem, który jest specyficzny (podejrzewam, że niektórzy czytelnicy z tego powodu uznają ten rozdział za najgorszy w tomie), ale świetnie działa jako chwilowa odskocznia od wielkiej skali całego eventu.

Podobnie jak poprzednio, również tym razem warstwa graficzna jest bardzo zróżnicowana. Na szczęście praktycznie każdy zeszyt można uznać za udany – twórcy stanęli na wysokości zadania, dzięki czemu czytelnicy otrzymali nowoczesne, dynamiczne ilustracje, które po prostu dobrze się ogląda. Sympatycznym dodatkiem jest też galeria okładek zamieszczona na końcu albumu, choć dobrze byłoby, gdyby jednak umieszczono ich w niej trochę więcej.

Wydaje się, że „Ruch oporu” uniknął mielizn charakterystycznych dla środkowych części trylogii. To album równie udany jak „Pozbawieni mocy”, co naprawdę cieszy, a do tego pierwszy od dawna crossover DC Comics, który tak przypadł mi do gustu. Tytuł wygrywa przede wszystkim tym, że po prostu angażuje, a kolejne zeszyty nie zlewają się w jedno, tylko są odpowiednio zniuansowane. Jasne – nie jest to instant classic, ale na płaszczyźnie czysto rozrywkowej komiks prezentuje się solidnie. Mam nadzieję, że zakończenie tej historii okaże się równie udane. Przekonamy się o tym już za miesiąc.

Seria: Władza absolutna
Tom: 2
Scenariusz: Mark Waid i inni
Rysunki: Dan Mora i inni
Kolory: różni artyści
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Absolute Power Tome 2
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: kwiecień 2026
Liczba stron: 312
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Wydanie: I
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-281-7342-2

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwsiem Szortal, na którym ukazała się 19. 05. 2026).

sobota, 27 czerwca 2026

Krzysztof Haladyn "Złodziej" - mini recenzja

Swego czasu (konkretnie cztery lata temu) na mój rozkład trafiła „Horda”, na kartach której Krzysztof Haladyn zaserwował fantastykę brutalną, mocną i pełnokrwistą. Nazwisko autora trafiło wówczas na mój czytelniczy radar, ale trochę mi zajęło, żeby jeszcze raz sprawdzić jego pisarstwo. Jednak co się odwlecze...

„Złodziej” to fantastyka typowo rozrywkowa. Haladyn skonstruował tę powieść na sprawdzonych schematach – każdy fan gatunku czytał podobne rzeczy przynajmniej kilka razy. Ale czy odtwórczość jest w tym przypadku jakąś znaczącą wadą? 

No właśnie nie, bo całość utrzymana jest w całkiem przyjemnym, przygodowym tonie. Choć książkę można sklasyfikować jako fantasy, to bardzo mało w niej magii, co w zasadzie uznaję za zaletę, bo nie prowadzi to do rozwiązań typu „deus ex machina”. Zamiast tego autor postawił na łotrzykowski klimat. Ten wybór okazał się udany, bo książkę czyta się szybko i z przyjemnością. Nie jest to jednak pozycja bez wad. 

Brakowało mi w „Złodzieju” jakiejś myśli przewodniej, jednej idei spajającej fabułę. Bo tak to wyszedł taki trochę zbiór opowiadań. I jakkolwiek nic w tym złego nie ma, to wolałbym, żeby z tej opowieści wyłaniało się coś większego. Żeby podbić tę sympatyczną lekkość, którą cechuje się „Złodziej”, przydałoby się też odrobinę więcej humoru. Może w tomie numer dwa dojdzie on do głosu – zobaczymy. 

Podobać może się za to konstrukcja bohaterów, którzy co prawda są jakby znajomi (szlachetny rzezimieszek, uczeń, kobieta wielu talentów – to fajne, ale jednak szablony), jednak Haladynowi udaje się ich nakreślić w taki sposób, że ich perypetie angażują. To postaci, których losami można się przejąć.

W ostatecznym rozrachunku „Złodziej” nie jest pozycją szczególnie wymagającą, ale potrafi zaangażować. To niezobowiązująca przygodówka fantasy z gatunku tych „szybkoczytelnych”. Dobra opcja na upały, kiedy chcemy sięgnąć po coś, co nie przegrzeje dodatkowo mózgu. 

Autor: Krzysztof Haladyn
Tytuł: Złodziej
Wydawca: Fabryka słów
Liczba stron: 366
Data wydania: kwiecień 2026
ISBN: 978-83-8375-011-8