poniedziałek, 14 września 2026

Batman. Miasto szaleństwa - Recenzja

 

Fakt, że DC Black Label nie wykazuje żadnych oznak kryzysu i prawie osiem lat po starcie mocno trzyma się na nogach, jest niezwykle budujący. Rynek zdecydowanie potrzebuje komiksów z DC utrzymanych w poważniejszym tonie i przeznaczonych dla dojrzalszego czytelnika. Imprint od lat udowadnia, że jest miejscem dla odważniejszych, bardziej autorskich projektów, pozwalającym twórcom eksperymentować z formą, gatunkiem i wizerunkiem znanych bohaterów. Kolejnym tytułem wydanym w ramach tej linii jest „Miasto szaleństwa” Christiana Warda – komiks, który już od pierwszych zapowiedzi wzbudzał spore zainteresowanie fanów. Twórcy obiecywali mroczną, horrorową interpretację Batmana. Sprawdźmy, czy efekt końcowy rzeczywiście okazał się tak intrygujący, jak sugerowały zapowiedzi.

Pod Gotham City znajduje się inna wersja miasta. Dolne Gotham to miejsce rodem z najgorszych koszmarów, które żywi się strachem mieszkańców powierzchni. Od dawna dostęp do niego pozostawał zamknięty, ale wydarzyło się coś, co ponownie otworzyło bramę między obiema rzeczywistościami. Wraz z nią na ulice Gotham przedostaje się zło, z jakim Batman nie miał dotąd do czynienia. Mroczny Rycerz będzie musiał zmierzyć się nie tylko z przerażającymi istotami i tajemnicami skrywanymi przez Dolne Gotham, ale również z pytaniami o naturę samego miasta oraz granice własnej wytrzymałości psychicznej.

Wielu czytelników i recenzentów zwróci zapewne największą uwagę na wizualną stronę tego albumu. Grafiki mogą być najpiękniejsze, lecz jeśli nie do końca gra scenariusz, nie uratują całego komiksu. I trochę tak to wygląda z „Miastem szaleństwa”. Wydaje się, że podstawowym problemem tej historii jest to, że autor po prostu chciał odrobinę za dużo. Ward porusza zbyt wiele tematów – od psychologicznego portretu Batmana, przez horror i elementy kosmicznej grozy, aż po rozbudowę mitologii Gotham – przez co żaden z nich nie wybrzmiewa z odpowiednią siłą. Zamiast skupić się na kilku najmocniejszych pomysłach i odpowiednio je rozwinąć, scenarzysta nieustannie dorzuca wątki. W efekcie kolejne motywy są nakreślone sprawnie, ale sprawiają wrażenie jedynie rzemieślniczo poprawnych i raczej nie pozostaną w pamięci na dłużej.

Nadmiar pomysłów nie oznacza jednak, że poszczególne detale tej opowieści nie są warte uwagi. Fani horroru (sam nim zresztą jestem) docenią z pewnością fakt, że atmosfera grozy wręcz wylewa się z kolejnych scen i kadrów. Niekoniecznie chodzi jednak o potwory czy brutalne sceny, lecz przede wszystkim o sposób budowania napięcia. Czytelnik przez większość czasu nie ma pewności, co jest prawdziwe, a co jedynie wytworem chorego umysłu lub wpływu tajemniczych sił. To właśnie atmosfera jest jedną z najmocniejszych stron tego albumu. Warto też zwrócić uwagę na inspiracje twórczością H.P. Lovecrafta. W komiksie pojawia się motyw pradawnego zła, niepojętych istot oraz miejsc, których istnienie podważa logikę świata. Jednocześnie horror ma tu wymiar psychologiczny, bo Batman musi mierzyć się nie tylko z fizycznym zagrożeniem, ale również z własnym strachem i ograniczeniami.

Horrorowe i oniryczne elementy są zatem mocną stroną „Miasta szaleństwa”, ale dostrzegłem niestety problemy z nierównym tempem opowieści. W pierwszym rozdziale scenarzysta pieczołowicie rozstawia fabularne pionki na planszy, ale im bliżej końca, tym za bardzo przyspiesza. Tej historii przydałyby się dwa rozdziały więcej, wtedy Ward uniknąłby tego pośpiechu. Dla niektórych czytelników mankamentem może być też sposób narracji, który potrafi być bardzo abstrakcyjny. Rozumiem, że taki był zamysł autora, zwłaszcza że w wielu miejscach nawiązuje on do „Azylu Arkham", jednak można odnieść wrażenie, że enigmatyczność i dziwność zbyt często przeważa nad klarownością fabuły.

Wspomniałem już o jakości warstwy graficznej i wydaje mi się, że niewiele recenzji „Miasta szaleństwa” oceni ją inaczej – ilustracje Warda są naprawdę piękne. W wielu momentach album zamienia się w wizualne widowisko zachwycające stylem. Autor postawił na malarski sznyt, dzięki czemu obraz Gotham jest żywy, pulsujący niepokojem i emocjami, momentami hipnotyzujący, a jednocześnie fascynująco odpychający. Kolejne plansze i kadry zostały doskonale przemyślane, przez co po zakończeniu lektury danej strony aż chce się do nich wrócić i jeszcze raz przyjrzeć się detalom oraz delektować się ich niezaprzeczalną jakością.

Zapowiadało się wybornie, ale ostatecznie „Miasto szaleństwa” więcej obiecuje, niż ma do zaoferowania. To komiks świetny wizualnie, który potrafi zachwycić nastrojem grozy skąpanym w oniryzmie, ale sęk w tym, że sama opowieść nie jest na tyle angażująca, żeby można było mówić o tytule, który ma szansę zostać zapamiętany na dłużej. Christian Ward udowadnia, że jako artysta dysponuje ogromnym talentem i wyjątkową wyobraźnią, jednak jako scenarzysta nie potrafił w pełni wykorzystać potencjału własnych pomysłów. Nie zrozummy się jednak źle – to nie jest zły komiks. Wręcz przeciwnie, miłośnicy nieoczywistych, horrorowych interpretacji Batmana znajdą tu sporo powodów do zadowolenia. Po prostu miałem chrapkę na o wiele więcej.

Tytuł: Batman. Miasto szaleństwa
Seria: DC Black Label
Scenariusz, rysunki i kolory: Christian Ward
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Batman. City of Madness
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: lipiec 2026
Liczba stron: 175
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 216 x 285
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7353-8

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 11. 08. 2026).

wtorek, 1 września 2026

Star Wars. Łowcy nagród. Tom 3: Wojna łowców nagród - Recenzja

 

Od samego początku „Łowcy nagród” należą do komiksów stricte rozrywkowych, w których nie chodzi o wiele więcej niż o rozwałkę. Ktoś złośliwy powiedziałby, że tak wyglądają przecież wszystkie komiksy ze świata „Star Wars”, ba – wygląda tak cała franczyza. Ale czy ja jestem złośliwy? Cóż. Jakkolwiek by nie było, trzecia odsłona cyklu nie tylko kontynuuje wątki zapoczątkowane wcześniej, ale wpasowuje się w większy event. Sprawdźmy, czy charakter tytułu pozostał taki sam jak wcześniej.

Valance i Dengar ścigają Bobę Fetta, transportującego zamrożonego w karbonicie Hana Solo. W przestępczym półświatku dzieje się jednak dużo więcej. Na arenę wydarzeń powraca dawno niewidziany syndykat, a inni łowcy nagród realizują swoje własne cele, które mogą okazać się brzemienne w skutkach. Nikt nie jest bezpieczny, kiedy galaktyką wstrząsa „Wojna łowców nagród”.

Co rzuca się w oczy jako pierwsze, gdy bierzemy komiks do ręki? No pewnie, że okładka. Ta jest tym razem wyjątkowo szkaradna. Widzimy walczących Chewbaccę i Valance’a, a w tle przewija się zaaferowany C-3PO. Wszystko rysowane grubą kreską, wykonane w bardzo topornym stylu, na jednolitym, żółtym tle. Chyba nie można było zaprezentować tej sceny w brzydszy sposób. W dobie, kiedy każdy zeszyt ma kilka okładek alternatywnych, wybranie takiego okropieństwa na front też jest w sumie jakimś wyczynem.

Na szczęście w środku komiks wypada lepiej. Należy przy tym, rzecz jasna, pamiętać, z jakim tytułem mamy do czynienia. Bo jego charakter nie zmienia się tu ani o jotę. Na pierwszym planie nadal stoi akcja i to o nią przede wszystkim chodzi. Wszystko podkręca dodatkowo fakt, że nad galaktykę nadciągnęła tytułowa „Wojna” (choć osobiście za celniejszy uważałbym tytuł „Wyścig łowców nagród”). Jakkolwiek by jednak nie patrzeć – akcji jest tu masa, wiązki laserowe przenikają co drugą stronę, a nad bohaterami nieustannie wisi niebezpieczeństwo. Jeśli szukacie tego typu fabuły, nie powinniście być zawiedzeni.

Momentami wydaje się jednak, że tej rozwałki jest tu po prostu nieco za dużo. Scenarzysta praktycznie w ogóle się nie zatrzymuje – chwil na refleksję nie ma na kartach tego albumu prawie w ogóle. Nie żebyśmy ich wybitnie potrzebowali, ale odrobinę lepsze podbudowanie emocjonalnego tła zawsze jest mile widziane. Jedyne momenty, które mogłyby temu służyć, to relacja na linii Valance-Dengar. Dwóch współpracujących łowców nagród niespecjalnie za sobą przepada, ale nie mają innego wyjścia, jak wspólnie dążyć do celu. Relacja tego typu potrafi wygenerować emocje i podobnie jest tym razem. Tarcia charakterologiczne dobrze się obserwuje, a obie postacie prezentują się w tych scenach wiarygodnie.

Ilustracje wypadają nieźle przede wszystkim w bardziej statycznych momentach. Tych nie ma tu jednak za wiele. W dominujących w komiksie scenach akcji grafiki potrafią być nieczytelne, zlewając się w jeden wielki ciąg strzelanin, wybuchów i mordobicia. Łatwo wtedy zgubić szczegóły, a konieczne staje się mocniejsze wytężanie oczu, żeby dobrze zobaczyć, co się właściwie dzieje w tym całym natłoku wrażeń.

Trzecia odsłona „Łowców nagród” całkiem dobrze wpisuje się w pierwszy wielki event tej inkarnacji „Star Wars”, jest też niezłą kontynuacją dwóch poprzednich tomów serii. To komiks „zadaniowy”. Ma dostarczyć czytelnikowi bezrefleksyjnej rozrywki i na tym polu, trzeba to przyznać, sprawdza się przyzwoicie. Lektura jest szybka, bezbolesna i w miarę angażująca. Od serii tego typu nikt chyba nie oczekuje wiele więcej.

Seria: Star Wars. Łowcy nagród
Tom: 3
Tytuł: Wojna łowców nagród
Scenariusz: Ethan Sacks
Rysunki: Paolo Villanelli
Kolory: Arif Pianto i inni
Tłumaczenie: Katarzyna Nowakowska
Tytuł oryginału: Star Wars: Bounty Hunters Vol. 3 - War of the Bounty Hunters
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Marvel Comics
Data wydania: wrzesień 2022
Liczba stron: 140
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Format: 165 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-5546-6

środa, 5 sierpnia 2026

Bat-Man. Pierwszy rycerz - Recenzja

W ramach inicjatywy DC Black Label ukazują się komiksy przeznaczone dla dojrzałego czytelnika, których twórcy często kładą nacisk na mrok i atmosferę, poruszają też poważniejszą tematykę niż regularne serie trykociarskie. W jej ramach na księgarskich półkach pojawiło się już kilka bardzo udanych tytułów, które mają szansę wejść w przyszłości do gatunkowego kanonu. Potencjał na dołączenie do tego grona miał z pewnością „Bat-Man. Pierwszy rycerz”. Założenia tego albumu brzmią na papierze szalenie interesująco. Ale czy efekt końcowy okazuje się równie udany?

Gotham City, 1939 rok. W mieście dochodzi do kilku brutalnych morderstw, których ofiarą padają wysoko postawieni ludzie. Co więcej, w mrocznych zaułkach zaczyna działać tajemnicza, przypominająca nietoperza postać, walcząca z przestępczością i stosująca bardziej bezpośrednie środki niż związana przepisami policja. Bat-Man, bo tak określa go prasa, dopiero buduje swoją pozycję w mieście, a w toku sprawy staje oko w oko z zagrożeniem mogącym już na starcie zdefiniować jego karierę.

Przeniesienie przygód Batmana do okresu tuż przed drugą wojną światową jest nader interesującym punktem wyjścia dla fabuły. Takie nietypowe mariaże od lat pozostają zresztą znakiem rozpoznawczym komiksów spod szyldu Elseworlds, a do tego grona zalicza się także omawiany album. Zastosowany przez scenarzystę manewr dał możliwość odarcia Nietoperza z tego, co towarzyszy mu dzisiaj i mocno warunkuje jego poczynania, czyli z całego technologicznego zaplecza. Większy nacisk został położony na inne elementy – przede wszystkim na siłę mięśni i umysłu zamaskowanego bohatera. W teorii miało to nadać komiksowi bardziej realistycznego charakteru. I gdyby scenarzysta faktycznie do tego się ograniczył, byłoby w porządku.

Jurgens proponuje czytelnikowi opowieść utrzymaną w duchu ciężkiego, mrocznego kryminału. Czuć pulpowość, widać charakterystyczne dla noir rekwizyty i to akurat jest dobra wiadomość. Problem w tym, że rzeczone elementy pozostają wyłącznie gustownym dodatkiem i nie prowadzą do niczego szczególnie interesującego. Same w sobie robią dobre wrażenie, ale komiks to przede wszystkim fabuła, a ta jest niestety nieco przyciężkawa – kryminalna zagadka nieszczególnie angażuje, a co gorsza, w pewnym momencie pojawiają się elementy zahaczające o fantastykę, kompletnie gryzące się z przyziemnym charakterem śledztwa prowadzonego przez Bat-Mana.

Jeszcze większym problemem okazują się bohaterowie. O tytułowym „Pierwszym rycerzu” dowiadujemy się tyle, że jest bogatym samotnikiem z misją. Jego relacje z innymi postaciami nie są szczególnie dobrze zarysowane. Jurgens próbuje, tego nie można mu odmówić, ale efekty tych starań pozostawiają sporo do życzenia. Romans Wayne’a z pewną aktorką poprowadzono wyjątkowo topornie – kobieta pojawia się znikąd i bez żadnego wysiłku sprawia, że Bruce zdradza jej swoją tajemnicę. Zupełnie nie czuć ciężaru tego wyznania, a podbudowanie psychologiczne tego motywu jest żadne. To rozczarowujące. Podobnie mizernie przedstawia się relacja bohatera z Gordonem, która jest taka sama, jak zawsze, tylko bardziej sztampowa i stereotypowa.

O ile scenariusz rozczarowuje, o tyle ilustracje są elementem, do którego nie sposób się za bardzo przyczepić. Realistyczny styl świetnie pasuje do retrokryminału. Mike Perkins wizualizuje lata trzydzieste z całym ich brudem i niepokojem. Artyście doskonale wychodzi również operowanie światłem i cieniem, co nadaje albumowi wizualnego sznytu noir. Odrobinę cierpi na tym wszystkim dynamika, bo Perkins bardziej skupia się na klimacie, ale nie jest to zbyt duży zarzut, zważywszy na ogólną wysoką jakość tych grafik.

Obiecywałem sobie po „Pierwszym rycerzu” wiele, tymczasem efekt finalny okazał się rozczarowujący. To komiks przypominający efektowną, ale pustą wydmuszkę. Historia, oparta głównie na nostalgii, rozczarowuje w najważniejszej materii, czyli w konstrukcji intrygi. Ten retelling początków Nietoperza jest zbyt bezpieczny i czuć w nim zbyt duży dysonans między dobrym nakreśleniem tła politycznego a elementami jawnie pulpowymi. Czasem podobna mieszanka potrafi zadziałać znakomicie, niestety tym razem się nie udało.

Tytuł: Bat-Man. Pierwszy rycerz
Seria: DC Black Label
Scenariusz: Dan Jurgens
Rysunki: Mike Perkins
Kolory: Mike Spicer
Tłumaczenie: Paulina Walenia
Tytuł oryginału: The Bat-Man: First Knight
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: kwiecień 2026
Liczba stron: 160
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 216 x 276
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7344-6

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 27. 05. 2026).