piątek, 10 kwietnia 2026

Moon Knight. Tom 2 - Recenzja

Moon Knight zajmuje w uniwersum Marvela miejsce dość szczególne. To bohater stojący gdzieś na granicy świata superbohaterów i mroczniejszych, bardziej przyziemnych opowieści o przemocy, wierze i tożsamości. Marc Spector, były najemnik działający jako awatar egipskiego boga Khonshu, nie jest klasycznym herosem – jego historię od początku naznacza trauma, zaburzenie dysocjacyjne i ciągła walka z samym sobą. Jed MacKay w swojej serii mocno akcentuje te elementy, jednocześnie budując wokół postaci spójne, bogate zaplecze fabularne. Drugi tom, zbierający wydarzenia z amerykańskich albumów „Halfway to Sanity” i „Road to Ruin”, pokazuje, że autor nie tylko dobrze rozumie tę postać, ale konsekwentnie rozwija jej mitologię, stawiając bohatera przed kolejnymi próbami.

Po uporaniu się z poprzednimi zagrożeniami Marc Spector staje w obliczu nowych problemów, tym razem związanych z rosnącą w siłę organizacją wampirów działających w Nowym Jorku. Trop prowadzi go do tajemniczej struktury, która próbuje budować siatkę wpływów, a jednocześnie zleca zabójstwa, by usunąć Moon Knighta z drogi. W międzyczasie bohater zmaga się z własną naturą, relacjami ze swoimi osobowościami i konsekwencjami służby dla Khonshu, musi też stoczyć kilka starć z dawnymi przeciwnikami. Całość tworzy rozbudowaną opowieść o człowieku, który nieustannie balansuje między rolą obrońcy i bezwzględnego łowcy.

Największa siła tej serii to sposób, w jaki MacKay prowadzi głównego bohatera. Jego Moon Knight jest bezkompromisowy, brutalny i pewny swoich racji, ale jednocześnie stale rozdarty między różnymi aspektami własnej osobowości. Autor dość sprawnie wykorzystuje motyw zaburzenia dysocjacyjnego, nie popadając przy tym w chaos narracyjny, który bywał problemem we wcześniejszych interpretacjach postaci. Steven Grant i Jake Lockley nie są jedynie ciekawostką z przeszłości, lecz realnie wpływają na działania Marca, pomagając mu w zbieraniu informacji i podejmowaniu decyzji. Ważną rolę odgrywa też Hunter's Moon, którego podejście do służby Khonshu stanowi kontrast dla głównego bohatera. To starcie dwóch systemów wartości dodaje opowieści dodatkowej głębi i podkreśla, że wiara w egipskiego boga może oznaczać zupełnie różne rzeczy.

Pod względem fabularnym omawiany tom rozwija kilka wątków jednocześnie, co działa zarówno na jego korzyść, jak i momentami mu szkodzi. Z jednej strony mamy wyraźnie zarysowany główny konflikt z wampirzą organizacją, z drugiej zaś historie poboczne i pojedyncze epizody, które rozszerzają świat przedstawiony. W niektórych momentach można odnieść wrażenie, że to raczej etap przejściowy, przygotowujący grunt pod coś większego. Tempo bywa nierówne – sceny akcji są dynamiczne i brutalne, ale przeplatają się z dłuższymi dialogami i bardziej statycznymi fragmentami, które nie każdemu przypadną do gustu. Jednocześnie to właśnie w tych spokojniejszych partiach MacKay buduje osobowość bohatera i pokazuje, że jego największą bronią wcale nie jest siła fizyczna, ale nieprzewidywalność i determinacja.

Komiks jest mocno osadzony w szerszym kontekście Uniwersum Marvela, ale w sposób przystępny również dla nowych czytelników. Powracają postacie znane z wcześniejszych przygód protagonisty, pojawiają się dawne zagrożenia, jest nawet miejsce na gościnne występy znanych bohaterów, co sprawia, że świat Moon Knighta wydaje się żywy i spójny. Jednocześnie autor chętnie sięga po elementy z przeszłości Spectora, przypominając o jego historii i relacjach, które nie zawsze należą do łatwych. Ciekawie wypada także motyw nieśmiertelności i pytania o to, czy jest ona darem, czy raczej przekleństwem wynikającym z kaprysu Khonshu. To wątki, które nie dominują całkowicie nad akcją, ale nadają jej bardziej refleksyjny charakter i sprawiają, że opowieść potrafi wykroczyć poza prostą historię o walce dobra ze złem.

Warstwa graficzna stoi na wysokim poziomie i dobrze współgra z klimatem historii. Alessandro Cappuccio oraz Federico Sabbatini tworzą spójny, mroczny świat pełen cieni, dynamicznych ujęć i mocnych kontrastów. Szczególnie dobrze wypadają sceny akcji, w których ruch postaci bywa niemal rozmyty, co podkreśla brutalność starć i nieprzewidywalność bohatera. Rysownicy umiejętnie operują perspektywą i światłem, budując atmosferę zagrożenia i nadnaturalności. Ten efekt dodatkowo wzmacniają kolory Rachelle Rosenberg, które nadają całości chłodny, momentami wręcz niepokojący ton. Oprawa świetnie oddaje charakter postaci i sprawia, że nawet spokojniejsze sceny mają odpowiednią dramaturgię.

Druga odsłona tej wersji przygód Moon Knighta to kolejny tom potwierdzający, że seria znajduje się obecnie w dobrej formie. Choć momentami można odczuć, że jest to bardziej etap przejściowy niż kulminacyjny punkt opowieści, to nadal dostajemy wciągającą historię z wyrazistym bohaterem i mocnym klimatem. Największym atutem pozostaje tu konsekwentne rozwijanie postaci Marca Spectora oraz jego relacji z otoczeniem, a także umiejętne łączenie akcji z psychologicznym zapleczem. Nie wszystko działa idealnie, bo niektóre fragmenty są przegadane, a tempo bywa nierówne, ale ogólne wrażenie pozostaje pozytywne.

Tytuł: Moon Knight
Seria: Marvel Fresh
Tom: 2
Scenariusz: Jed MacKay
Rysunki: Federico Sabbatini, Alessandro Cappuccio, Ray-Anthony Height
Kolory: Rachelle Rosenberg
Tłumaczenie: Jacek Żuławnik
Tytuł oryginału: Moon Knight Vol. 3: Halfway to Sanity, Moon Knight Vol. 4: Road to Ruin 
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Marvel Comics
Data wydania: styczeń 2026
Liczba stron: 300
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 167 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7557-0

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 19. 03. 2026).

niedziela, 5 kwietnia 2026

Superman. Tom 3: Ród Brainaca - Recenzja

 

Różne serie z Supermanem w roli głównej już od lat stanowią trzon polskiego rynku komiksowego w jego trykociarskim nurcie. Kolejne albumy rzadko są jednak czymś więcej aniżeli intensywną i łatwo przyswajalną rozrywką, choć czasami autorzy miewają nieco większe ambicje, wykraczające poza dostarczenie fanom czysto akcyjnej odskoczni od rzeczywistości. Run Joshuy Williamsona nie wychodził jak dotąd poza gatunkowe schematy, ale czasami bywa tak, że upgrade nadchodzi w najmniej oczekiwanym momencie. Czy to jeden z tych przypadków?

Choć Superman wielokrotnie mierzył się z Brainiakiem, to nadchodzące starcie nie będzie przypominało żadnego z poprzednich. Na Człowieka ze Stali zostaje nasłana armia Czarnian. Skąd się wzięli, skoro wiele lat temu całą populację ich planety wybił Lobo? I dlaczego Brainiac porwał z Ziemi wielu metaludzi związanych z Supermanem? Ostatni Syn Kryptona staje przed wyzwaniem, które może zatrząść nie tylko całym jego życiem, ale i najbliższą przyszłością jego bliskich.

Najnowszy „Superman” to komiks skrojony pod odbiorcę ceniącego sobie akcję. Cały czas coś się dzieje, jest mnóstwo bohaterów, co jakiś czas autor rzuca też szczyptą nawiązań do poprzednich albumów, dzięki czemu mamy wrażenie obcowania z opowieścią o większym zasięgu. Wszystko jest przy tym poprawnie skonstruowane i przemyślane. Ale czy Williamson w tej kolorowej mozaice ma okazję, żeby nas czymś zaskoczyć? Niespecjalnie. Album składa się z elementów, które jako fani komiksu superbohaterskiego, doskonale znamy. Czy to przeszkadza w lekturze? Również nie.

Na kartach „Supermana” twórcy często przeplatają wydarzenia dziejące się na Ziemi, z tymi sięgającymi kosmicznych czeluści. Tym razem Williamson proponuje ten drugi kierunek. Warto pamiętać, że zawsze, gdy autorzy decydują się na taki krok, rośnie skala i waga wydarzeń. Nie inaczej jest i tym razem, bo plan Brainiaca może mieć poważne konsekwencje zarówno dla superbohaterów, jak i dla świata, którego bronią. A kiedy rośnie stawka, wydźwięk opowieści, tak jak tutaj, staje się doniosły i pompatyczny. Wolę historie o znacznie mniejszej skali, ale muszę oddać Williamsonowi, że dobrze odnajduje się w prowadzeniu tych „większych” historii – kiedy trzeba, zawiesza akcję, innym razem zmienia wątek, umiejętnie stosuje też interludia. Taka sprawność ma prawo się podobać.

Istotą „Rodu Brainiaca” jest, jak już wspomniałem, akcja, ale robi ona odpowiednie wrażenie głównie wtedy, gdy dobrze współgra z kreacją protagonistów. Jak to wygląda w tym przypadku? Nie jest idealnie, ale Williamson nie odstawił też fuszerki. Postaci, na których najmocniej skupia uwagę, prezentują się przynajmniej przyzwoicie. Mowa tu przede wszystkim o Supermanie i Brainiacu – w ich potyczce czuć stawkę, co wcale nie jest regułą w komiksie superhero. Czy zatem pozostali bohaterowie są jedynie dodatkiem? Nie do końca – choć faktycznie stoją raczej na dalszym planie. Wiadomo jednak, że czasami kilkoro z nich ma swoje pięć minut, a w ogólnym rozrachunku daje to poczucie różnorodności.

Obsada graficzna „Rodu Brainiaca” to kilka różnych nazwisk, ale pierwsze skrzypce gra bezapelacyjnie Rafa Sandoval. Zeszyty, przy których pracował Hiszpan, wyróżniają się świetną, realistyczną kreską, są też niezwykle dynamiczne i doskonale prezentują się w scenach akcji – a tych jest tu przecież multum. Szkoda, że tym razem w albumie nie ma żadnych dodatków, lubię po lekturze do nich zajrzeć, zwłaszcza do galerii okładek alternatywnych, które potrafią być prawdziwymi dziełami sztuki.

Najnowszy komiks traktujący o przygodach Supermana to całkiem przyzwoita opowieść typu blockbusterowego. Nie wychodzi poza utarte schematy, ale w gruncie rzeczy wcale nie musi, by zapewnić solidną rozrywkę. Myślę, że każdy, kto miał już styczność z komiksami pisanymi przez Joshuę Williamsona, dobrze wie, czego może się tu spodziewać. To rozrywka nieangażująca za mocno mózgu, lekka lektura na wolny weekend. Mnie tyle wystarczy.

Tytuł: Ród Brainiaca
Seria: Superman
Tom: 3
Scenariusz: Joshua Williamson
Rysunki: Rafa Sandoval, Miguel Mendonca i inni
Kolory: Alejandro Sanchez, Edwin Galmon i inni
Tłumaczenie: Jakub Syty
Tytuł oryginału: Superman Vol. 3: House of Brainiac
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: styczeń 2026
Liczba stron: 224
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 167 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7331-6

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 12. 03. 2026).

czwartek, 2 kwietnia 2026

Star Wars. Mace Windu. Jedi Republiki - Recenzja

 

Zło potrafi być niezwykle atrakcyjne – nader często niesamowicie hipnotyzuje i intryguje. Widać to w fascynacji popkultury postaciami złoczyńców. Dzieje się tak także w „Gwiezdnych wojnach”, bo to Sithowie przyciągają najwięcej uwagi fanów. Ale franczyza opiera się przede wszystkim na Rycerzach Jedi, a jednym z najbardziej interesujących jest bez wątpienia Mace Windu. Nie miał on do tej pory szczególnego szczęścia do solowych serii komiksowych (przynajmniej tych wydanych w Polsce), ale teraz na księgarskie półki trafia „Jedi Republiki”, który ma szansę tę lukę wypełnić.

Mace Windu zostaje wyznaczony na dowódcę niewielkiej grupy Jedi mającej zbadać podejrzaną aktywność na jednej z planet Zewnętrznych Rubieży. Na miejscu oddział trafia na placówkę Separatystów. Kluczowe będzie ustalenie, co armia Dooku i Grievousa robi w miejscu tak niepozornym i oddalonym od pierwszej linii frontu. Mistrz Windu będzie musiał rozwiązać tę zagadkę, a także zmierzyć się z innym, niespodziewanym zagrożeniem.

Jeśli ktoś szukałby w „Jedi Republiki” skomplikowanej, wielowątkowej fabuły, to jej nie znajdzie. Ten komiks jest czymś o wiele prostszym. To w zasadzie jednowątkowa opowieść, podporządkowana przede wszystkim rozrywce. Szczerze mówiąc, wygląda to trochę jak dobrze znany z Expanded Universe szablon, polegający na tym, że zmieniają się po prostu okoliczności i bohaterowie, ale szkielet pozostaje taki sam. Kilkoro (tu: czworo) bohaterów, zazwyczaj Jedi, zostaje wysłanych na misję, podczas której pojawiają się komplikacje. I tak właśnie skonstruowano ten komiks.

Czy autor rozwija powyższy szablon? Początkowo wydaje się, że nie, że celem nadrzędnym było po prostu pójście po linii najmniejszego oporu i szybkie zamknięcie opowieści, odhaczając przy okazji wszystkie fabularne checkpointy. Tak jest mniej więcej do połowy albumu – później robi się ciekawiej, a to z tego względu, że Owens zdecydował się pokazać konflikt wewnątrz grupy wysłanych na misję Jedi. To okazało się dobrym wyborem, bo stworzyło okazję do nakreślenia napięć między bohaterami i uwidoczniło odcienie szarości wewnątrz Zakonu Jedi, odzierając go niejako z jego pozornej jednolitości. To intrygujący obraz.

Na pierwszym planie stoi, rzecz jasna, Mace Windu, choć scenarzysta nie oparł tej opowieści tylko na nim. Istotni są także inni Jedi towarzyszący czarnoskóremu mistrzowi – każdy z nich jest dość dobrze nakreślony, a bywa nawet, że jakaś postać potrafi zaskoczyć kierunkiem, w jakim się rozwija. Nieco gorzej sytuacja przedstawia się, jeśli chodzi o antagonistów, bo są to droidy, a te rzadko potrafią być na tyle charyzmatyczne, by przyciągnąć uwagę na dłużej.

Jakkolwiek sama historia robi umiarkowanie pozytywne wrażenie, to o ilustracjach niestety nie sposób powiedzieć, żeby były ozdobą tego albumu. Grafiki bardzo często sprawiają wrażenie zrobionych na „odwal się”. Przejawia się to chociażby w fatalnie narysowanych twarzach (im dalsza perspektywa, tym gorzej, a czasami twarzy w ogóle nie ma) oraz w potraktowanych wybitnie po macoszemu, maźniętych jednolicie tłach. Niezbyt dobrze prezentują się też sceny akcji (a tych trochę tu jest), które są rozmazane i często kompletnie nieprzejrzyste. Nie wygląda to zbyt dobrze.

Pierwszy tegoroczny komiks z cyklu „Star Wars” to album najwyżej przyzwoity. Jakkolwiek prawdopodobnie nikt nie będzie go wspominał jako jednego z najlepszych w historii franczyzy, to przynosi on kilka chwil całkiem zajmującej rozrywki. Podczas lektury bawiłem się dość dobrze, choć byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie kiepskie ilustracje, ale cóż – najwidoczniej nie zawsze oba te elementy komiksowego rzemiosła mogą iść w parze.

Seria: Star Wars
Tytuł: Mace Windu. Rycerz Republiki
Scenariusz: Matt Owens
Rysunki: Denys Cowan, Edgar Salazar
Kolory: GURU-eFX
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Tytuł oryginału: Star Wars: Jedi of the Republic - Mace Windu
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Marvel Comics
Data wydania: styczeń 2026
Liczba stron: 120
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Format: 165 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-6318-8

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 10. 03. 2026).