czwartek, 24 września 2026

Liga Sprawiedliwości bez granic. Tom 1: Ku Infernu - Recenzja

 

Stało się. DC All In oficjalnie ruszyło w Polsce, a my dostaliśmy odświeżone spojrzenie na superbohaterów ze stajni DC Comics. Teraz już nic nie będzie takie samo, a opowieści o zamaskowanych herosach wchodzą na nowy, wyższy poziom. No dobrze – żarty na bok. Wszelkiej maści restarty i nowe początki nie są przecież w tym gatunku niczym nowym, więc i ten nie okazał się żadną rewolucją. Najważniejsze jest to, czy twórcy mają dobry pomysł na to, by do kolejnych tytułów przyciągnąć czytelników, którzy nurt superhero znają od podszewki. Mają? Sprawdźmy!

Najwięksi superbohaterowie na Ziemi postanawiają zmienić formułę najbardziej znanej drużyny chroniącej Ziemię. Chcą stworzyć formację, która szybko i sprawnie będzie reagować na każde możliwe zagrożenie. W tym celu do współpracy w nowej Lidze Sprawiedliwości zostali zaproszeni bohaterowie, którzy na co dzień operują w zdecydowanie innych warunkach. Nowa, poszerzona Liga staje naprzeciwko przestępców nieznanego pochodzenia. Grupa znana jako Inferno sieje postrach na całym świecie, zmuszając superbohaterów do działania.

Nowa Liga Sprawiedliwości powstała w wyniku wydarzeń opisanych w zakończonym niedawno evencie „Władza absolutna”. Od klasycznej wersji drużyny różni się tym, że należy do niej znacznie więcej osób. Uzasadnienie takiego zabiegu jest proste – chodzi o to, żeby trudniej było „złapać" herosów rozproszonych po świecie i aby mogli szybciej oraz sprawniej reagować na zagrożenia, których jest multum. Ma to sens? Ma. Ale ten medal posiada też drugą stronę. Nagromadzenie bohaterów może szybko zmęczyć i stworzyć wrażenie przesytu. Przez większą część albumu Markowi Waidowi udaje się jednak tego problemu uniknąć, a to przede wszystkim dlatego, że umiejętnie skacze od jednego wątku do drugiego, nieustannie utrzymując wysokie tempo akcji oraz uwagę czytelnika.

Bohaterów faktycznie jest dużo, a co za tym idzie – nie każdy ma szansę na to, żeby w tej opowieści zaistnieć. Nieco zawiedzeni mogą być fani żelaznych członków Ligi Sprawiedliwości – ani Batmana, ani Wonder Woman, ani w końcu Supermana nie ma tu za wiele. Owszem, każde z nich potrafi mieć istotny wpływ na wydarzenia, ale nic nie kręci się bezpośrednio dookoła nich. W moich oczach jest to jednak bardzo odświeżający zabieg, bo daje on pole manewru tym, którzy zazwyczaj stoją w cieniu. I wydaje się, że właśnie takie są założenia całej inicjatywy „Bez granic". Ten manewr podnosi wartość innych bohaterów, bo nie ma już „rezerwowych”, a Liga nie ma zamkniętego składu. To świetnie oddaje ideę jedności, jaką superbohaterowie chcą szerzyć.

Zagrożenie, z jakim mierzą się tym razem bohaterowie, może nieco rozczarowywać. Tajemnicza grupa złoczyńców zwana Infernem to antagoniści wybitnie funkcjonalni. Nie dorównują charyzmą nie tylko Darkseidowi czy Brainiacowi. Nie stoją nawet w drugim szeregu komiksowych czarnych charakterów. Tak to przynajmniej wygląda na tę chwilę, bo może się jeszcze okazać, że scenarzysta ma jakiegoś asa w rękawie, a Inferno pokaże prawdziwe, bardziej złowieszcze oblicze. Na to po cichu liczę. Lepiej niż ta tajemnicza organizacja wypada za to szerszy plan fabularny – wątki wydają się wybiegać poza aktualne wydarzenia, co i rusz natrafiamy na kolejne tajemnice i sugestie. Wszystko to tworzy wrażenie, że w kolejnych tomach czeka na nas znacznie więcej fabularnych niespodzianek, które jeszcze bardziej podniosą stawkę.

Rysunki Dana Mory prezentują się naprawdę dobrze. Pochodzący z Kostaryki artysta często bywa ostatnio angażowany do dużych projektów DC Comics i powoli wyrasta na jednego z najciekawszych grafików wydawnictwa. Nic w tym dziwnego, bo tworzone przez niego ilustracje są po prostu efektowne i dopracowane. Cechuje je spora dynamika i efektowność, a co istotne – artysta nie zapomina też o detalach. Czasami zdarza mu się odrobinę przeładować plansze postaciami, ale w komiksie tego typu jest to rzecz właściwie nie do uniknięcia.

Pierwszy tom „Ligi Sprawiedliwości bez granic” ma być przede wszystkim rozrywkową opowieścią, umiejętnie rozkładającą akcenty na nowej mapie Uniwersum DC. I jako taka sprawdza się naprawdę dobrze. To album, który spokojnie można porównać do letniego blockbusterowego widowiska – ma jasno określoną stawkę, potrafi być emocjonujący, w odpowiednich momentach umiejętnie zawiesza akcję, płynnie skacze też między istotnymi wątkami. Mark Waid doskonale wie, co chce pokazać – w jego interpretacji Liga Sprawiedliwości ma ambicję ponownego znalezienia się w samym środku Uniwersum DC, chce stać się jego centralną, kluczową częścią. Jej sercem. Ten twórczy entuzjazm jest tu doskonale wyczuwalny, a „Ku infernu" stanowi udane otwarcie nowego rozdziału w DC Comics.

Tytuł: Ku infernu
Seria: Liga Sprawiedliwości bez granic
Scenariusz: Mark Waid
Rysunki: Dan Mora
Kolory: Tamra Bonvillain
Tłumaczenie: Marek Starosta
Tytuł oryginału: Justice League Unlimited. Vol 1: Into the Inferno
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: czerwiec 2026
Liczba stron: 132
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 167 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7352-1

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 23. 07. 2026).

wtorek, 22 września 2026

Superman. Tom 1: Superwoman - Recenzja

 

W komiksach superbohaterskich zmiana jest właściwie jedyną stałą. Nie powinno to dziwić – mowa przecież o jednej z najbardziej dochodowych gałęzi współczesnej popkultury. Ale strona biznesowa to nie wszystko. Fani kochają zamaskowanych herosów, utożsamiają się z nimi i chcą poznawać ich kolejne przygody. Dlatego twórcy nie boją się eksperymentować z bohaterami, obsadzając ich w rolach, których wcześniej nikt by się po nich nie spodziewał. Komiksem tego typu jest „Superwoman”, w którym strój z charakterystycznym „S” na piersi zakłada… Lois Lane.

Po wydarzeniach, jakie miały miejsce we „Władzy absolutnej”, Lois Lane zyskuje supermoce. Czy okażą się trwałe, czy też są jedynie tymczasowe? Tego na razie nie wiadomo, jednak Lois postanawia wykorzystać swoje nowe zdolności do pomagania innym. Okazja do ich przetestowania pojawia się szybciej, niż można było przypuszczać. W Metropolis dochodzi do serii niebezpiecznych incydentów, a na scenę wkraczają tajemniczy Time Trapper oraz największy wróg Supermana – Doomsday.

Jedną z niespodzianek „Superwoman” jest powrót Doomsdaya. Czy ta potężna postać to dobry wybór na antagonistę komiksu stanowiącego otwarcie nowego etapu przygód Supermana i jego towarzyszy? O dziwo – tak! Jego obecność to jeden z najciekawszych elementów tej historii, a to z tego względu, że Doomsday przechodzi jedną z największych przemian w swoich dziejach. Przez lata funkcjonował on głównie jako uosobienie czystej destrukcji, a nie szczególnie złożony przeciwnik. Ale Williamson zmienia jego postrzeganie. To nie jest już wyłącznie bezmyślny tytan niszczący wszystko na swojej drodze – on staje się osią znacznie większej historii, która dotyczy czasu, przestrzeni oraz grzechów przeszłości i przyszłości. Autor nie odebrał mu przy tym brutalności, ale nadał nowy, bardziej nieprzewidywalny wymiar, dzięki czemu Doomsday po raz pierwszy od wielu lat staje się naprawdę interesującą postacią. To jedna z najlepszych decyzji scenariuszowych w całym albumie.

Równie interesująco wypada motyw Lois Lane jako Superwoman. Obdarzenie tej postaci mocami było ryzykowne. Zawsze odgrywała ważną rolę, ale nie stała w centrum wydarzeń w ten najbardziej bezpośredni sposób. Pomysł łatwo mógł zamienić się w tani chwyt marketingowy, ale na szczęście twórcy wiedzieli, co robią. Najważniejsze jest to, że scenarzysta nie idzie po linii najmniejszego oporu i nie robi z Superwoman kobiecej wersji Supermana. Supermoce nie zmieniają jej osobowości, jedynie otwierają przed nią nowe możliwości działania, a Lois nadal pozostaje przede wszystkim błyskotliwą dziennikarką i redaktorką, rozwiązującą problemy dzięki inteligencji oraz doświadczeniu. Te cechy definiują ją zarówno jako Lois Lane, jak i Superwoman. Równie ważne jest to, że Superman nie schodzi tu na drugi plan. To wciąż historia Supermana, ale tym razem równie ważna okazuje się relacja między Kentami. Opiera się ona na wzajemnym szacunku i partnerstwie, dzięki czemu Superwoman jest w tej interpretacji naturalnym rozwinięciem postaci Lois, a nie próbą zastąpienia dotychczasowego obrońcy Metropolis.

„Superwoman” ma sporo zalet, ale nie jest pozbawiona wad. Pewnym problemem, zwłaszcza dla nowych czytelników, może być dość wysoki próg wejścia. Numeracja przy tym albumie jest jedynie umowna. Ta „jedynka” na grzbiecie nie znaczy zbyt wiele. Aby dobrze zrozumieć, o co tu właściwie chodzi i dlaczego bohaterowie znaleźli się właśnie w takim położeniu, warto przynajmniej trochę orientować się w tym, co działo się w poprzednich albumach. Im dalej w lekturę, tym więcej odniesień do wcześniejszych wydarzeń. Wiele można wywnioskować z kontekstu, ale z pewnością nie wszystko. Jeśli chcecie mieć lepszy obraz, warto sięgnąć po kilka starszych albumów, chociażby po wydaną niedawno „Władzę absolutną”. Wyzwaniem dla niektórych czytelników może być też stopień skomplikowania fabuły. Tak to jednak bywa w przypadku opowieści związanych z podróżami w czasie, a tu dochodzi do tego jeszcze motyw przeznaczenia i całej rozbudowanej mitologii Uniwersum DC. Materiału do przyswojenia jest więc całkiem sporo.

Na pochwałę zasługuje oprawa wizualna. Dan Mora po raz kolejny udowadnia, że należy do ścisłej czołówki rysowników DC, serwując rysunki niezwykle przejrzyste i dobrze skomponowane. Jego kadry są nie tylko niezwykle czytelne, ale także pełne energii i świetnie oddają emocje bohaterów. Doskonale sprawdzają się w dynamiczniejszych fragmentach (a tych jest tu sporo) – widać to na przykład w scenach z udziałem Doomsdaya. Co równie ważne, Mora odnajduje się też w spokojniejszych momentach. Mimika bohaterów i subtelna mowa ciała sprawiają, że relacja Clarka i Lois wypada bardzo naturalnie. Artysta doskonale oddaje też charakter samego Metropolis, które jest pełne światła, kolorów i futurystycznego rozmachu, co idealnie współgra z tonem całej historii.

Kolejny (lub „pierwszy”) album „Supermana” to naprawdę dobra lektura. Ba, być może nawet jeden z najlepszych superbohaterskich komiksów ostatnich miesięcy. Jedno jest pewne: tak dobrze przy poznawaniu nowych przygód Kal-Ela i jego towarzyszy nie bawiłem się już dawno. W tej opowieści czuć świeżość (świetne interpretacje znanych postaci i motywów), przygodę (akcja angażuje), a przede wszystkim czuć rosnącą stawkę. Z każdym kolejnym zeszytem wydarzenia nabierają coraz większego rozmachu, a Williamson umiejętnie dokłada następne elementy fabularnej układanki. To wszystko składa się na angażującą całość, którą śmiało mogę polecić wszystkim fanom trykotów, a zwłaszcza tym, którym szczególnie bliski jest Człowiek ze Stali. Jeśli właśnie tak ma wyglądać nowy etap przygód Supermana, to Joshua Williamson obrał obiecujący kierunek.

Tytuł: Superwoman
Seria: Superman
Tom: 1
Scenariusz: Joshua Williamson
Rysunki: Dan Mora i inni
Kolory: Alejandro Sanchez, Rex Lokus
Tłumaczenie: Jakub Syty
Tytuł oryginału: Superman Vol. 4: Rise of the Superwoman
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: lipiec 2026
Liczba stron: 180
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 167 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7354-5

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 13. 08. 2026).

niedziela, 20 września 2026

Philip K. Dick "Tytańscy gracze" - Recenzja

 

Philip K. Dick należy do najbardziej znanych i cenionych pisarzy science fiction wszech czasów. To spod jego pióra wyszły powieści takie jak „Człowiek z Wysokiego Zamku” czy „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?”, na które prędzej czy później natknie się niemal każdy miłośnik gatunku. Jego dorobek jest jednak znacznie bogatszy i obejmuje również wiele mniej znanych książek, które pozostają w cieniu jego największych osiągnięć. Jedną z nich są właśnie „Tytańscy gracze”, wydani po raz pierwszy w 1963 roku. Jeśli chodzi o najlepsze powieści autora, mało kto wymienia ten tytuł w jednym szeregu z „Ubikiem” czy „Trzema stygmatami Palmera Eldritcha”. Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z pozycją nieudaną lub niegodną uwagi.

Akcja powieści rozgrywa się w przyszłości, wiele lat po wyniszczającej wojnie nuklearnej, która doprowadziła ludzkość do kryzysu demograficznego. W świecie dotkniętym powszechną bezpłodnością ogromne znaczenie zyskuje gra zwana Blefem, pozwalająca zdobywać niebagatelne korzyści. Pete Garden, zamożny mieszkaniec Kalifornii, po przegranej partii traci żonę i zostaje wciągnięty w serię coraz bardziej niepokojących wydarzeń. Na horyzoncie pojawiają się obcy z Tytana, polityczne intrygi, zagadkowe morderstwo oraz pytania o to, komu można ufać. Z czasem okazuje się, że stawką jest nie tylko wynik kolejnej rozgrywki, ale również przyszłość całej Ziemi.

Jak prezentują się „Tytańscy gracze” w kontekście dickowskich klasyków? Zaskakująco dobrze. Już od pierwszych stron widać, że jest to powieść, która jak w soczewce skupia większość tematów i obsesji przewijających się przez twórczość autora. Znajdziemy tu paranoję, kryzys tożsamości, niepewność co do natury rzeczywistości oraz bohaterów usiłujących odnaleźć się w świecie, którego zasady nie do końca rozumieją. Jest jednak także druga strona medalu. Książka momentami sprawia wrażenie kilku różnych powieści połączonych w jedną całość. Dick wrzuca do fabuły mnóstwo pomysłów, wątków i motywów, przez co całość bywa chaotyczna. Paradoksalnie właśnie to może okazać się jedną z największych zalet „Tytańskich graczy”. Wiele zależy od nastawienia czytelnika i tego, jak bardzo odpowiada mu charakterystyczny styl autora. Jeśli twórczość Dicka nie jest nam obca, istnieje spora szansa, że odnajdziemy się w tej historii bez większego problemu i z przyjemnością damy się porwać jej kontrolowanemu szaleństwu.

Bardzo interesująco wypada główna idea powieści. Dick przedstawia społeczeństwo dotknięte plagą bezpłodności, które stopniowo pogrąża się w stagnacji i traci perspektywy na przyszłość. W takich realiach ogromnego znaczenia nabiera gra znana jako Blef. Nie jest to jednak zwykła rozrywka. Jej stawką mogą być nie tylko pieniądze czy nieruchomości, ale również pozycja społeczna, wpływy, a nawet współmałżonkowie. W efekcie właściwie całe życie społeczne zostaje podporządkowane regułom gry. Trudno nie dostrzec w tym pomyśle komentarza do świata, w którym niemal wszystko można sprzedać, kupić lub uczynić przedmiotem rywalizacji. Dick pokazuje rzeczywistość zdominowaną przez własność, hazard i nieustanną walkę o status, a jednocześnie sugeruje, że ludzie coraz częściej pozwalają, by o ich losie decydował przypadek. Pomysł ten, mimo upływu ponad sześćdziesięciu lat od premiery książki, pozostaje zaskakująco aktualny.

Pewnym problemem może okazać się fakt, że „Tytańscy gracze” wymagają od czytelnika dużej uwagi. Na kolejnych stronach pojawia się mnóstwo postaci, organizacji oraz politycznych i rodzinnych zależności, a Dick nie spieszy się z wyjaśnianiem zasad rządzących wykreowanym przez siebie światem. Zamiast tego od razu wrzuca odbiorcę w sam środek wydarzeń, zmuszając go do samodzielnego składania kolejnych elementów układanki. W efekcie momentami można mieć trudności z ustaleniem, jakie są motywacje poszczególnych bohaterów, kto mówi prawdę i które elementy świata przedstawionego są rzeczywiste. Trudno jednak uznać to za wadę dyskwalifikującą książkę. Zagubienie czytelnika, niepewność i ciągłe podważanie rzeczywistości stanowią przecież jedne z najbardziej charakterystycznych elementów twórczości Dicka. Osoby oczekujące zwartej i klarownie prowadzonej fabuły mogą być tym rozczarowane, ale miłośnicy autora prawdopodobnie poczują się tutaj jak w domu.

Jakkolwiek istotną rolę odgrywa w powieści Blef, najciekawszą grą okazuje się tutaj gra tożsamości. Bohaterowie nieustannie zakładają maski, ukrywają swoje prawdziwe cele i próbują przechytrzyć zarówno przeciwników, jak i sojuszników. Co więcej, nie zawsze wiedzą, kim naprawdę są osoby znajdujące się obok nich. To właśnie w takich momentach „Tytańscy gracze” stają się najbardziej dickowscy. Autor po raz kolejny eksploruje temat kruchej i niepewnej tożsamości, pokazując świat, w którym prawda jest względna, a pozory potrafią być bardziej przekonujące niż rzeczywistość. W rezultacie czytelnik, podobnie jak bohaterowie, niemal do samego końca nie może być pewien, komu ufać i jakie informacje są wiarygodne. Dzięki temu powieść, mimo całego swojego chaosu, potrafi autentycznie angażować i intrygować. Blef pozostaje ważnym elementem fabuły, ale ostatecznie jest tylko najbardziej widoczną metaforą znacznie większej gry.

Lektura „Tytańskich graczy” okazała się doświadczeniem udanym, choć trudno postawić tę powieść w jednym szeregu z największymi dziełami Philipa K. Dicka. Autor porusza tutaj wiele tematów i obsesji doskonale znanych z jego późniejszej twórczości, jednak w innych książkach robił to zwykle w sposób bardziej przekonujący. Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z pozycją przeciętną. W przypadku Dicka nawet utwory uznawane za mniej istotne potrafią zawstydzić pomysłowością wielu innych twórców science fiction. „Tytańscy gracze” nie należą może do ścisłej czołówki dokonań Dicka, ale bez wątpienia pozostają powieścią wartą poznania i interesującym elementem jego bogatego dorobku.

Autor: Philip K. Dick
Tytuł: Tytańscy gracze
Tytuł oryginału: The Game-Players of Titan
Tłumaczenie: Teresa Tyszkowiecka-Tarkowska
Wydawca: Dom Wydawniczy Rebis
Data wydania: 16 czerwca 2026
Liczba stron: 264
ISBN: 978-83-8338-498-6

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 20. 07. 2026).