środa, 15 lipca 2026

Walter M. Miller Jr. "Kantyczka dla Leibowitza" - Recenzja

 

Postapokalipsa od lat jest zwierciadłem zbiorowych lęków – zmieniają się tylko ich źródła. Dawniej był to strach przed nuklearną zagładą, dziś dochodzą do niego obawy związane z kryzysem klimatycznym, niekontrolowanym rozwojem technologii czy rozpadem porządku społecznego. Niezależnie od epoki gatunek nie tyle opowiada o końcu świata, ile o konsekwencjach ludzkich decyzji i złudzeniu, że „tym razem będzie inaczej”. Na tym tle „Kantyczka dla Leibowitza” jawi się jako dzieło wyjątkowe – nie tylko dlatego, że powstało w cieniu zimnowojennej paranoi, ale przede wszystkim dlatego, że wykracza poza doraźny komentarz do swojej epoki.

Akcja rozgrywa się na przestrzeni stuleci po nuklearnej zagładzie, która cofnęła ludzkość do poziomu barbarzyństwa i doprowadziła do odrzucenia dawnej wiedzy. Pierwszy segment skupia się na losie braci z Zakonu Leibowitza, którzy w postapokaliptycznej rzeczywistości mozolnie kopiują i przechowują szczątki przedwojennej nauki, traktując je niemal jak relikwie, mimo że często nie rozumieją ich znaczenia. W drugiej odsłonie, gdy cywilizacja zaczyna się odradzać, zgromadzona przez zakon wiedza staje się fundamentem nowego renesansu, a uczeni i władcy ponownie odkrywają potęgę nauki, nie zawsze jednak wyciągają właściwe wnioski z przeszłości. Finał przenosi nas do świata, który osiągnął zaawansowanie technologiczne porównywalne z dawną cywilizacją, po czym ponownie stanął w obliczu konfliktów i widma samozagłady. Zakon stara się ocalić to, co może przetrwać kolejną katastrofę.

Najciekawiej wypada sposób, w jaki Walter M. Miller Jr. konstruuje wizję historii jako procesu cyklicznego. Kolejne części powieści układają się w powtarzalny schemat: odradzanie się cywilizacji po katastrofie, stopniowy rozwój wiedzy i technologii aż po moment, w którym ludzkość znów sięga po narzędzia prowadzące do samozniszczenia. To coś więcej niż efektowna rama konstrukcyjna – to wyraźna teza, w myśl której postęp techniczny nie idzie w parze z rozwojem moralnym. Miller z rozmysłem podważa optymistyczną wiarę w nieustanny rozwój, sugerując, że człowiek pozostaje w gruncie rzeczy taki sam, niezależnie od epoki. Co jednak istotne, nie prowadzi to do całkowitego nihilizmu, ponieważ w tle tej diagnozy pojawia się przekonanie, że pewne wartości są w stanie przetrwać nawet największe załamania.

Na osobną wzmiankę zasługuje motyw napięcia między elitami intelektualnymi a resztą społeczeństwa, brzmiący zaskakująco aktualnie. Miller pokazuje świat, w którym pamięć o dawnych katastrofach prowadzi do nieufności wobec osiągnięć nauki i tych, którzy je przechowują. Wiedza staje się w nim czymś podejrzanym, a jej strażnicy funkcjonują na marginesie. Choć w powieści rzecz przybiera skrajną formę, to łatwo dostrzec tu echo współczesnych zjawisk. Widać to chociażby w rosnącej podejrzliwości wobec ekspertów, sporach wokół autorytetu nauki czy widocznym zwłaszcza w czasie pandemii koronawirusa ruchu antyszczepionkowców. Miller nie jest łopatologiczny, ale sugeruje, że zerwanie więzi między wiedzą a społeczeństwem ma poważne konsekwencje, bo bez zaufania zwykłego człowieka, najbardziej wartościowe osiągnięcia mogą zostać odrzucone lub wypaczone.

Równie ważny jest motyw przechowywania i przekazywania wiedzy, która w świecie po katastrofie urasta do rangi kluczowej. Miller pokazuje zakon jako strażnika fragmentów dawnej cywilizacji – często niezrozumiałych, ale mimo to chronionych przed zapomnieniem. To jednak nie tylko opowieść o fizycznym ocalaniu wiedzy, lecz także o jej kruchości i podatności na zniekształcenia. W tym kontekście szczególnie interesująco wybrzmiewa współczesne odczytanie powieści: dziś problemem nie jest już wyłącznie utrata wiedzy, lecz jej nadmiar, rozproszenie i podatność na manipulację. Samo istnienie nie gwarantuje jej zrozumienia ani właściwego wykorzystania. Ostatecznie książka stawia niewygodne pytanie o to, czy cywilizacja potrafi naprawdę uczyć się na własnych doświadczeniach, skoro nawet zachowana wiedza z czasem może zostać zdeformowana.

„Kantyczka dla Leibowitza” to opowieść, którą trudno zignorować – nie tylko jako klasykę gatunku, ale przede wszystkim jako wciąż żywy komentarz do rzeczywistości. Walter M. Miller Jr. stworzył dzieło, które wyraźnie wyrasta z lęków swojej epoki, ale zaskakująco dobrze znosi próbę czasu i pozostaje aktualne także w kolejnych dekadach. To jeden z tych tytułów, które nie zawsze czyta się łatwo, ale rekompensuje to wagą poruszanych tematów i zdolnością do prowokowania refleksji. To książka, która się nie starzeje, ale niepokojąco przystaje do zmieniającego się świata. Być może właśnie dlatego wciąż zasługuje na miano klasyki, do której warto wracać nie z obowiązku, lecz z potrzeby zrozumienia tego, co dzieje się wokół nas.

Autor: Walter M. Smith Jr.
Tytuł: Kantyczka dla Leibowitza
Tytuł oryginału: A Canticle for Leibowitz
Tłumaczenie: Adam Szymanowski
Wydawca: Rebis
Data wydania: kwiecień 2026
Liczba stron: 424
ISBN: 978-83-8338-440-5

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 08. 05. 2026).

piątek, 10 lipca 2026

Star Wars. Inkwizytorzy - Recenzja

 

Inkwizytorzy. Psy gończe Dartha Vadera. Bohaterowie z jednej strony niezwykle charyzmatyczni, z drugiej bardzo enigmatyczni. Polujący na Jedi łowcy pobudzają wyobraźnię fanów, a opowieści, w których występują, stanowią pole do popisu dla autorów mających okazję powiedzieć coś ciekawego o postaciach ukrytych w cieniu i zapisać nowe karty w historii uniwersum Star Wars. Rodney Barnes, znany fanom m.in. za sprawą komiksu „Lando. Wszystko albo nic”, prezentuje opowieść, w której Inkwizytorzy mają być nie tylko tajemniczym dodatkiem.

Grupa imperialnych Inkwizytorów zostaje wysłana na misję schwytania ocalałego z Rozkazu 66 Jedi, Tensu Runa, który ukrywa się na odległej planecie, próbując odnaleźć swoje miejsce w świecie po upadku Zakonu. Polowanie szybko przeradza się w brutalną rozgrywkę nie tylko między łowcami a ofiarą, ale także wewnątrz samej grupy pościgowej, której członkowie rywalizują o uznanie Dartha Vadera i uniknięcie jego gniewu. W miarę rozwoju wydarzeń napięcie rośnie, a kolejne starcia obnażają zarówno determinację Jedi, jak i bezwzględność Imperium.

Ulokowanie opowieści w okresie obowiązywania (nie)sławnego „rozkazu 66” dawało spore możliwości. I w niektórych aspektach Barnes dobrze je wykorzystał. Udało mu się ukazanie opresyjności Imperium. W jego interpretacji to instytucja, która chce mieć całkowitą kontrolę nad życiem obywateli i rządzi prawdziwie żelazną ręką. Atmosfera ciągłego zagrożenia jest doskonale wyczuwalna, nawet w scenach z pozoru spokojnych, pokazujących życie na różnych planetach. Gdzieś w tle zawsze majaczy Imperium, które wszystko widzi, wszystko kontroluje. Taka narracja prowadzi świat przedstawiony w stronę mroku i desperacji i jest to dość przytłaczający obraz.

Potencjał Inkwizytorów nie został niestety w pełni wykorzystany. Autor stara się pokazać ich ludzką stronę i zaprezentować jako bohaterów z własnymi lękami, ambicjami i wewnętrznymi konfliktami, niestety szybko okazuje się, że rys psychologiczny jest jedynie lekko zarysowany i w żadnym momencie nie zostaje odpowiednio pogłębiony. Nie na tyle, by dobrze zrozumieć, czym kierują się kolejni członkowie tej brutalnej formacji. To tutaj Barnes miał największe możliwości, ale nie podołał zadaniu, także dlatego, że zbyt wiele uwagi poświęcił Vaderowi, który został wykorzystany jako postać ostatecznie rozwiązująca pojawiające się problemy i działająca na zasadzie „diabła z pudełka”.

Cztery zeszyty to chyba trochę za mało na historię, jaką chce opowiedzieć Barnes. Wiele wątków jedynie zarysowano, ale nie rozwinięto, a tempo narracji bywa zbyt szybkie. Efektem jest to, że nie udaje się nadać wydarzeniom odpowiedniego ciężaru. Można odnieść wrażenie, że autor przeskakuje między kluczowymi momentami bez budowania napięcia. Ten zarzut łączy się zresztą bezpośrednio z innymi problemami, zwłaszcza dotyczącymi postaci. W komiksie brakuje scen pogłębiających ich motywacje i relacje, przez co dramatyczne wydarzenia nie wybrzmiewają z realną siłą.

Rysunki generalnie pozostają całkiem czytelne, ale na znacznej przestrzeni albumu są także nieco zbyt zachowawcze i mało charakterystyczne. Mogłyby znaleźć się w każdym albumie z Odległej Galaktyki i do każdego, przez swoją generyczność, pasowałyby tak samo. Styl Ramona Rosanasa po prostu dobrze spełnia funkcję użytkową, ale nie zapada szczególnie w pamięć, nie wnosi też żadnej artystycznej świeżości. To bezpieczny standard Marvela.

Patrząc na „Inkwizytorów” całościowo, nie sposób nie ulec wrażeniu, że jest to komiks z dużym potencjałem, który nie został niestety odpowiednio wykorzystany. Dzieje się tak  głównie przez ograniczoną objętość i brak pełnego rozwinięcia pomysłów, a większość problemów (z płaskimi postaciami na czele) sprowadza się właśnie do tego, że historia nie dostała wystarczająco dużo miejsca, by wybrzmieć w pełni. To lektura typu „na raz i do zapomnienia”.

Seria: Star Wars
Tytuł: Inkwizytorzy
Scenariusz: Rodney Barnes
Rysunki: Ramon Rosanas
Kolory: GURU-eFX
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Tytuł oryginału: Star Wars: Inquisitors
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Marvel Comics
Data wydania: marzec 2026
Liczba stron: 108
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Format: 165 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-6323-2

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 05. 05. 2026).

środa, 8 lipca 2026

Michał Organiściak "Poławiacze sunu" - Recenzja

 

Przyznam, że nie robiłem w tej sprawie dokładnego researchu, ale wydaje mi się, że nie ukazuje się zbyt wiele fantastyki zahaczającej o tematykę marynistyczną. Jasne, wszyscy znamy te najważniejsze tytuły (choćby niezapomniany „Król Bezmiarów”), ale w ogólnym rozrachunku więcej jest innych motywów. W tym kontekście powieść ulokowana na niebezpiecznych oceanach cieszy. Ale sama tematyka nie wystarczy – do tego musi dołączyć pisarska jakość. Czy może to dobrze wyglądać u powieściowego debiutanta? 

Marten Duvallet traci stanowisko na statku, na którym był nawigatorem. Wszystko ma związek z jego uzależnieniem od podmorskiego narkotyku, sunu. Ta zmieniająca percepcję używka jest niezwykle cenna i pożądana na całym świecie. Życie Martena niespodziewanie ratuje młodszy brat, Cobar, który sam ma swoje problemy i aktualnie nerwowo przed nimi ucieka. Obaj muszą znaleźć własną drogę i rozliczyć się z przeszłością, walcząc przy okazji z uzależnieniem pożerającym duszę i ciało. Wszystko w cieniu wielkiej polityki i zemsty zza grobu.

Odpowiadając na pytanie zawarte we wstępie i nie dawkując napięcia – tak, Organiściak ma naprawdę dobry warsztat. Powieść jest napisana przystępnym, płynnym językiem i czyta się ją naprawdę wybornie. Lekkość rozrywkowej fantastyki wylewa się z kolejnych stron i sprawia, że trudno się od tej lektury oderwać. Autor ma gawędziarski styl, który idealnie pasuje do morskiej bajędy. Wiem, brzmi to nieco tandetnie, zwłaszcza zważywszy na tematykę „Poławiaczy sunu”, ale przez tę książkę po prostu się czytelniczo płynie.  To jej pierwsza, ale wcale niejedyna zaleta.

Autor prowadzi kilka wątków jednocześnie i choć proporcje nie są równe – niektóre zajmują więcej miejsca, inne z kolei są wyraźnie poboczne - to wydaje się, że na znacznej przestrzeni powieści udało się utrzymać między nimi odpowiednią harmonijność. Co więcej, wszystkie wątki dość sprawnie (choć jak na mój gust nieco zbyt intensywnie w ostatniej fazie powieści) splatają się w zakończeniu. Kiedy trzeba, Organiściak umiejętnie buduje napięcie, a co za tym idzie, przykuwa uwagę czytelnika. Sprzyja temu kreacja głównych bohaterów. Same postaci skrojone są co prawda dość szablonowo, ale da się je lubić. Mimo pewnej przewidywalności co do tego, jak się rozwiną, można przejąć się ich losami i być ciekawym ich perypetii.

Bardzo ciekawie prezentuje się to, wokół czego obraca się fabuła omawianej książki. Tytułowe sunu to narkotyk o niezwykłych właściwościach, dzięki któremu odpowiednio utalentowany człowiek może czarować. Sęk w tym, że sunu jest niezwykle uzależniające, a odstawienie go na zbyt długo to pewna śmierć. Substancja jest na tyle cenna, że wokół niej kręci się nawet polityka różnych państw. Obserwujemy, jak używka wpływa na życie dwóch głównych bohaterów powieści, jak wypacza ich umysły, ale także jak zwiększa ich możliwości. Czy to na pewno taki balast, jak można sądzić? A może cena jest warta zapłacenia, ponieważ korzyści są o wiele większe niż koszty zażywania? To wszystko, co autor rzuca nam pod rozwagę, w interesujący sposób urozmaica klasyczną, awanturniczą opowieść. Pewnym problemem może być jednak fakt, że Organiściak nie rozwija swojej wizji wpływu narkotyku na świat. Padają sugestie, że może on mieć większe znaczenie, niż się wydaje, ale w żaden sposób nie znajduje to rozwinięcia. To nieco rozczarowuje, choć ten zarzut nie będzie miał takiego ciężaru, jeśli autor rozwinie ten temat w (potencjalnej) kontynuacji.

No właśnie – marynistyczna fantastyka przygodowa byłaby niczym bez niezwykłych przygód, niecodziennych wydarzeń, niesamowitych stworów. I tego na kartach „Poławiaczy sunu” rzeczywiście nie brakuje. Akcja toczy się w niezwykle wartkim tempie, ale cały czas jest trzymana w ryzach. Co jakiś czas ktoś dołącza do grona głównych bohaterów, dzięki czemu udaje się zachować całkiem odświeżające zróżnicowanie. Co więcej, autor wykazuje się pomysłowością, kreatywnie wykorzystując morskie legendy, na przykład tę o mitycznych syrenach.

Sięgnąłem po tę powieść w zasadzie przypadkowo, ale zakup okazał się naprawdę udany. „Poławiacze sunu” to pełnokrwista marynistyczna fantastyka, która mimo pewnej przewidywalności angażuje od początku do końca i wygrywa ciekawą kreacją bohaterów i świata przedstawionego. Nie wiem, czy takowa się ukaże, ale bardzo chętnie przeczytałbym kontynuację. Nie obraziłbym się również, gdyby autor przywrócił do życia pewną uśmierconą postać, którą bardzo polubiłem. Uda się, autorze? Może jakiś okruch sunu miałby moc wskrzeszania? Ale zostawiając już fabularne detale na boku, warto dać „Poławiaczom sunu” szansę. To dobra lub nawet bardzo dobra książka.

Autor: Michał Organiściak
Tytuł: Poławiacze sunu
Wydawca: Fabryka słów
Liczba stron: 496
Data wydania: marzec 2026
ISBN: 978-83-8375-198-6