niedziela, 15 marca 2026

Cyberpunk 2077. Tom 8: Kickdown - Recenzja

 

Komiksy ze świata „Cyberpunk 2077” to krótkie, intensywne opowieści, które eksplorują różne oblicza Night City i poszerzają obraz popularnej gry video stworzonej przez CD Projekt Red. Ich poziom do tej pory był różny – mieliśmy jednego flopa, trafiło się kilka niezłych tytułów, znalazło się też miejsce dla albumów aspirujących do miana prawdziwego „bangera”. Ogólny obraz jawi się jako przynajmniej przyzwoity, zwłaszcza dzięki odpowiedzialnemu za kilka ostatnich tomów, Bartoszowi Sztyborowi. Nowy album to jednak zmiana na stanowisku scenarzysty, a to zawsze rodzi pewne obawy.

Mint jest córką znanego złodzieja samochodów, który swego czasu był kimś istotnym w Night City. Kobieta nie ma łatwego życia, bo wszyscy myślą, że jest kapusiem i sprzedała swoją ekipę policji. Mint ma jednak plan na odzyskanie dobrego imienia. Chce dotrzeć do dawnych współpracowników ojca i przekonać ich, że nie jest tym, za kogo uważają ją wszyscy w mieście. Oczyszczenie może się jednak okazać niemożliwe, gdy każda mijana osoba chce wpakować jej kulkę w głowę.

Nie grałem jeszcze w „Cyberpunk 2077”, ale od samego początku obcowania z tą franczyzą nie przeszkodziło mi to w płynnym zanurzeniu się w świecie przedstawionym w komiksowym odgałęzieniu tego tytułu i docenieniu jego wielu oblicz. Dużo tu techniki i fachowego żargonu, ale próg wejścia nigdy nie był szczególnie wysoki – to dobrze. Dlaczego? Bo chodzi przede wszystkim o dobrą opowieść, a nie o sztukę dla sztuki i podziwianie otoczki. Wciągająca fabuła była obecna w kilku poprzednich tomach cyklu i, co najważniejsze, jest także cechą jego najnowszej odsłony.

„Kickdown” przenosi nas głęboko w trzewia półświatka Night City. Nietrudno się domyślić, że nie jest to wizja piękna i optymistyczna. Korporacyjne miasto-moloch nie wybacza błędów ani słabości, a czasami wymusza, żeby stoczyć prawdziwą batalię tylko po to, żeby przeżyć godnie kolejny dzień. W tym przytłaczającym obrazie nie mogło zabraknąć brutalnych gangów przyszłości, które stanowią integralną część całej historii. Nie ma co ukrywać – świat przedstawiony prawdziwie hipnotyzuje i choć sam w sobie nie jest przyjemny, to intryguje. Całość podszyta jest jednak świadomością, że odbywamy podróż przez kolejne kręgi piekła miasta przyszłości.

Główna bohaterka musi w tych niezbyt sprzyjających okolicznościach odpowiednio lawirować, żeby nie utonąć w prądach wpływów i zależności. Tomasz Marchewka dobrze nakreślił jej charakter, co jest o tyle istotne, że poza Mint pozostali bohaterowie nie są szczególnie pogłębieni (to jednak naturalna konsekwencja krótkiego „metrażu” tego komiksu). Podróż kobiety przez Night City to z jednej strony pełna akcji i przemocy odyseja, z drugiej coś ponad zwykłą naparzankę. W tej obudowanej akcją historii są bowiem poruszone interesujące kwestie. Szczególnie przypadł mi do gustu sposób, w jaki Marchewka poprzez rozwój postaci mówi o zaufaniu i pyta o to, czy warto dopuścić do siebie uczucia i pozwolić człowieczeństwu dojść do głosu, ale zarazem pozostać podatnym na zranienie, czy może lepiej spróbować przetrwać za wszelką cenę i wyhodować grubą skórę, pozbywając się sentymentów nawet za cenę utraty części siebie?

Wartość komiksu bezsprzecznie podnoszą ilustracje. Jake Elphick potrafi świetnie zobrazować brud futurystycznej metropolii – ten obraz jest z jednej strony mroczny, z drugiej zaś podbity fantastycznymi, neonowymi barwami. Ta kolorystyka z pewnością będzie dla niektórych czymś, co uznają za wyeksploatowane w ramach gatunku, ale nie wydaje mi się, żeby była to znacząca wada, zwłaszcza w obliczu faktu, że nadal idealnie pasuje do tego konkretnego typu fantastyki. Jednego nie potrafię jednak zrozumieć – dlaczego w czterozeszytowym albumie nie można było zadbać o to, żeby całość narysował jeden artysta? Ostatni zeszyt to wynik pracy innego plastyka i jakkolwiek Tommaso Bennato nie odstawił fuszerki, to widać, że jego styl jest nieco inny niż ten prezentowany przez Elphicka. To trochę wybija z czytelniczego rytmu.

W mojej opinii najnowszy album z cyklu „Cyberpunk 2077” to jedna z ciekawszych odsłon serii. Ta historia udanie łączy intensywną akcję z interesującą tematyką i dostarcza rozrywki, do której doskonale pasuje przymiotnik „niegłupia”. Zmiana scenarzysty nie tylko nie odbiła się negatywnie na franczyzie, ale wręcz tchnęła w nią nowe siły. Widać, że Marchewka czuje ten świat, co dla nas, czytelników, jest doprawdy bardzo pozytywną wiadomością.

Seria: Cyberpunk 2077
Tytuł: Kickdown
Tom: 8
Scenariusz: Tomasz Marchewka
Rysunki: Jake Elphick, Tommaso Bennato
Kolory: Jason Wordie
Tłumaczenie: Marcin Zwierzchowski
Tytuł oryginału: Cyberpunk 2077: Kickdown
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Dark Horse Books
Data wydania: 2025
Liczba stron: 112
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Format: 165 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-6950-0

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 31. 12. 2025).

sobota, 14 marca 2026

Thorgal. Tom 43: Zemsta Bogini Skaedhi - Recenzja

„Thorgal” to seria nie bez powodu uznawana za kultową. Czasy jej największej chwały to jednak na tę chwilę prehistoria, co więcej – poziom franczyzy od dłuższego czasu sukcesywnie spada. Stało się to zauważalne już wiele tomów temu – nawet kilka ostatnich albumów Van Hamme’a można uznać za przeciętne. Jeszcze bardziej rzuca się to w oczy od momentu zaangażowania nowych twórców. Choć kadencja Yves’a Sente była jeszcze całkiem przyzwoita, tego samego nie można niestety powiedzieć o Yannie. Francuz nie tylko nie ma takiego talentu, jak Van Hamme, ale nie potrafił nawet stworzyć czegoś, co zapadałoby w pamięć. Pisane przez niego historie są wtórne i choć bywają poprawne, to jeśli zdarza im się świecić, to tylko odbitym blaskiem. Żadna z nich nigdy nawet nie zbliżyła się do poziomu pierwszych dziewiętnastu tomów. Oto ósmy album Yanna jako scenarzysty głównej serii (a trzeba do tego jeszcze doliczyć wszystkie pisane przez niego spin offy) i chyba tylko najwięksi optymiści mogli liczyć na jakąś zmianę.

Thorgal wyrusza w pościg za Zorzą, ukochaną jego syna, Jolana. Dziewczyna niespodziewanie opuściła wioskę wikingów Północy i nikt nie zna jej dalszych zamiarów. Tymczasem na zamku Aniela, drugiego z synów Aegirssona, trwają naukowe dysputy mające na celu zgłębienie właściwości tajemniczego kamienia. Obie sprawy mają więcej punktów stycznych, niż można by przypuszczać, a Thorgal po raz kolejny trafia w sam środek niebezpiecznej kabały.

W zasadzie nie ma sensu dawkować napięcia – „Zemsta Bogini Skaedhi” nie jest żadnym łabędzim śpiewem Yanna, ale to, że Francuz nie będzie już współtworzył kolejnych komiksów ze świata „Thorgala” (taka wieść gruchnęła w listopadzie), jest naprawdę dobrą wiadomością. Album dobitnie pokazuje, że 71-letniemu scenarzyście brakuje pomysłów i wyczucia tempa opowieści, ale przede wszystkim brakuje mu dobrego zrozumienia postaci, które niby prowadzi od wielu lat, ale których nigdy prawdziwie nie poznał. Czterdziesty trzeci tom sagi owszem, zaskakuje, ale jedynie na niekorzyść. Podstawową wadą jest straszna nijakość scenariusza. Fabuła praktycznie stoi w miejscu. Na przestrzeni czterdziestu ośmiu stron bohaterowie snują się po zamku jarla Aniela, rozmawiają, spiskują, ale wynika z tego naprawdę niewiele. Co więcej, zdarzają się tu sceny kompletnie od czapy – wątki potrafią zaistnieć, aby po chwili urwać się i już nie powrócić. Całość jest zaskakująco niepoukładana, co rozczarowuje w przypadku scenarzysty o takim stażu.

Kiepskie wrażenie sprawiają też bohaterowie tego fanfika komiksu. Pod względem charakterologicznym postaci są kreślone naprawdę bardzo grubą kreską. Aniel (który, przypomnijmy, jest jarlem), to nie tylko nieopierzony młokos, ale ktoś na tyle naiwny, że niemal każdy może nim manipulować, jeśli tylko użyje odpowiednich argumentów. Kriss de Valnor to z kolei tępa furiatka, choć tu akurat zaskoczenia nie ma – Yann portretował ją w ten sposób już wcześniej. Kolejna istotną bohaterka, oblubienica Jolana, na znacznej przestrzeni albumu jedynie irytuje swoimi fochami, choć tu akurat muszę Yannowi oddać, że wyjaśnia ten stan rzeczy pod koniec tomu. Jeśli chodzi o antagonistów, są niewyraźni i nie mają charyzmy, a jeśli zestawimy ich z takimi postaciami jak Życzliwi czy Saxegaard, wypadną jeszcze bardziej blado. A jak ma się sprawa z Thorgalem i jego najbliższymi? Jolan i Aaricia to tym razem jedynie statyści, a nasz czarnowłosy wiking także nie ratuje sytuacji. Miota się po arenie wydarzeń, ale na dobrą sprawę nie ma żadnej mocy sprawczej. Właściwie mogłoby go tu nie być i przebieg historii nie uległby zmianie. Gdzie się podział bohater, który rzucał wyzwanie bogom i sprzeciwiał się przeznaczeniu? Zapewne „jest gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie…”. Oby wrócił w tomach wolnych już od Yanna Le Pennetiera.

W recenzji poprzedniego tomu chwaliłem rysunki Freda Vignaux, ale tym razem już tak bardzo mi nie podeszły. To generalnie niezłe grafiki, ale problemem jest ich nierówność. Niektóre kadry są zwyczajnie ładne i dobrze rozplanowane, po czym Vignaux serwuje nam coś dużo mniej dopracowanego. Już wcześniej zdarzało się, że bohaterowie wyglądali nieco dziwnie, a na kartach najnowszego „Thorgala” jest to niestety widoczne częściej – twarze potrafią się „rozjechać”, są pozbawione detali. Na deser dostajemy szkaradną okładkę, w mojej opinii najsłabszą w całej serii, prezentującą, przynajmniej na pierwszy rzut oka, potyczkę bohaterów z ognistymi szparagami.

Najnowszy tom „Thorgala” to opowieść, która tylko uwypukla to, jak dobre było kilkanaście początkowych tomów serii. To także kolejne przypomnienie, że eksploatowanie sentymentu fanów powinno mieć swoje granice. Bo jeśli cykl, który zajmuje szczególne miejsce w sercach wielu komiksiarzy ma nadal wyglądać „na odpierdol”, to chyba lepiej by było zakończyć wreszcie tę podróż. Obawiam się, że do tego jednak daleko (kolejne tomy tej serii oraz „Sagi” są już w drodze), więc pozostaje nam cieszyć się małymi rzeczami, a jedną z nich jest niewątpliwie to, że mieliśmy do czynienia z jednym z ostatnich (jeśli nie ostatnim) albumów pisanym przez Yanna. To zawsze jakieś światełko w tunelu.

Tytuł: Zemsta bogini Skaedhi
Seria: Thorgal
Tom: 43
Scenariusz: Yann Le Pennetier
Rysunki: Frédéric Vignaux
Tłumaczenie: Wojciech Birek
Tytuł oryginału: Thorgal, vol. 42, La vengeance de la déesse Skaedhi
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Le Lombard
Data wydania: listopad 2025
Liczba stron: 48
Oprawa: miękka
Format: 215 x 290
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7221-0

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 30. 12. 2025).

piątek, 13 marca 2026

Mroczni Rycerze ze Stali - Wojna Trzech Królestw - Recenzja

 

Atrakcyjność komiksów zaliczanych do elseworldów zasadza się przede wszystkim na odmienności od klasycznych historii superbohaterskich. Autorzy nadal opowiadają na ich łamach o postaciach, które czytelnicy kochają, ale wrzucają je w nowe, zazwyczaj niecodzienne okoliczności. Jest to najczęściej na tyle interesujące, że rzadko potrzeba czegoś więcej, by tego typu album zebrał dobre opinie. Czy tak właśnie rzecz ma się z „Mrocznymi Rycerzami ze stali”?

Superman, Batman, Wonder Woman to ikony superbohaterskiego komiksu. Kojarzymy ich przede wszystkim z wielkomiejską scenerią i technologią. A co, gdyby herosi objawili się w zupełnie innym otoczeniu i czasie? Czy mieliby równie duży wpływ na świat?

Bohaterowie „Mrocznych Rycerzy ze stali” to te same postaci, które doskonale znamy, jednak Tom Taylor przekształcił zarówno ich wizerunek, jak i całą opowieść na wzór historii fantasy ulokowanej w quasiśredniowiecznym anturażu. Nie wydaje się to szczególnie oryginalne, bo manewr jest w gruncie rzeczy bardzo prosty. Można odnieść wrażenie, że podczas tworzenia konceptu ktoś powiedział: „Hej, wrzućmy znane postaci w inne otoczenie i sprawdźmy co się stanie!”. Oryginalność nie jest jednak elementem, który cechuje nurt superbohaterski, istotniejsze jest to, czy wszystko działa na płaszczyźnie samej opowieści. A tu odpowiedź jest, na szczęście, twierdząca.

Autor w kreatywny sposób podchodzi do protagonistów. W tym celu manipuluje ich originami, zmieniając przeszłość właściwie każdego z nich i dodając do niej elementy redefiniujące ich osobowość. W efekcie nikt nie jest do końca taki, jakim znamy go z regularnych cykli. Czy to dobry manewr? W mojej opinii tak, a to z tego względu, że zachowując najgłębsze, najbardziej ikoniczne cechy charakteru danego bohatera, Taylor subtelnie modyfikuje wizerunek każdego z nich, a to nadaje postaciom nowych odcieni. To cenna rzecz i lekki, absolutnie niepretendujący do miana rewolucyjnego powiew świeżości.

Dobrym wyborem było przekształcenie świata przedstawionego, opartego na lubianych superbohaterach, w przestrzeń wypełnioną politycznymi knowaniami, różnego rodzaju napięciami i wszechobecnymi sekretami. Akcja toczy się kilkutorowo (sprawne łączenie wątków w głowie czytającego wymaga skupienia), a my mamy okazję zajrzeć za kulisy każdego z królestw biorących udział w konflikcie i dobrze poznać mechanizmy władzy a także genezę napięcia i zależności zarówno między jednostkami, jak i państwami. To interesujący obraz, który warto docenić zwłaszcza w kontekście tego, że na co dzień Uniwersum DC nie oferuje zbyt wielu opowieści w tym klimacie.

Pod względem wizualnym album wypada dobrze. Rysowników jest kilkoro, ale pierwsze skrzypce gra Yasmine Putri. Pochodząca z Indonezji artystka tworzy kadry przejrzyste i nowoczesne, które są przede wszystkim po prostu ładne. Momentami mogą sprawiać wrażenie nieco zbyt sterylnych, ale nie jest to mankament, który jakoś znacząco obniżałby ocenę tego elementu albumu.

„Mroczni Rycerze ze stali” jawią się jako rzetelnie zrealizowany elseworld, czerpiący z uznanych wzorców w sposób sprawny i fachowy. To komiks oferujący rozrywkę na poziomie, który z pewnością usatysfakcjonuje wielu fanów superhero. Przy lekturze trzeba mieć, rzecz jasna, świadomość, że nie jest to żaden kamień milowy, ale też chyba nikt czegoś takiego nie oczekiwał. Ostatecznie lektura przynosi sporo frajdy, a to jest w tego typu komiksie najważniejsze.

Tytuł: Mroczni Rycerze ze stali. Wojna trzech królestw
Scenariusz: Tom Taylor
Rysunki: Yasmine Putri, Bengal i inni
Kolory: Arif Prianto, Romulo Fajardo Jr., Antonio Fabela
Tłumaczenie: Paulina Walenia
Tytuł oryginału: Dark Knights of Steel
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: październik 2025
Liczba stron: 368
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-281-7313-2

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 29. 12. 2025).