niedziela, 19 kwietnia 2026

Star Wars. Tom 3: Wojna łowców nagród - Recenzja

 

Pierwszy wielki crossover w obecnej inkarnacji komiksowych „Gwiezdnych wojen” rozpoczął się albumem „Wojna łowców nagród” – lekką, przyjemną rozrywką. To wydarzenie, które po raz pierwszy na taką skalę łączy wszystkie główne serie i nadaje im wspólny kierunek. W jego skład wchodzą wszystkie regularne serie z Odległej Galaktyki, dorzucające swoje „trzy grosze” do wydarzeń z albumu-matki.

Trwają poszukiwania Hana Solo. Leia Organa, Luke Skywalker, Lando Calrissian i inni nie ustają w próbach odnalezienia zamrożonego w karbonicie przyjaciela. Co i rusz pojawiają się nowe tropy, ale każdy okazuje się ślepym zaułkiem. Kiedy w końcu wychodzi na jaw, że słynny przemytnik stanie się przedmiotem licytacji dla galaktycznych zbirów, Rebelianci ruszają do akcji.

W trzecim tomie „Star Wars” zamieszczono siedem rozdziałów nawiązujących do „Wojny łowców nagród”. Warto mieć to na uwadze – ten komiks nie jest samodzielną historią. Co więcej, niektóre zeszyty odnoszą się do wydarzeń z poprzednich tomów, przez co całość staje się jeszcze bardziej hermetyczna. Kolejne rozdziały skupiają się na różnych bohaterach – raz na pierwszym planie stoi Leia, innym razem Lando i Chewbacca, zdarza się też, że na czoło wysuwa się Luke. Nie ukrywajmy – takie poszatkowanie nie sprzyja pełnemu wniknięciu w świat przedstawiony, przez co fabuła angażuje słabiej niż powinna.

Choć problemem jest odbiór komiksu jako jednej, spójnej opowieści, poszczególne zeszyty stoją w znacznej mierze na dobrym poziomie. Podobać może się na przykład pierwszy segment, w którym Kes Dameron i Leia wspominają przeszłość i wpływ, jaki na ich życie miały ukochane osoby. Lubię pisarstwo Soule’a w takich kameralnych momentach, bo wtedy najbardziej czuć, jak dobrą rękę ma do bohaterów. Amerykanin potrafi ich świetnie prowadzić i wydobywać elementy zazwyczaj ukryte w kolejnych tytułach ze świata „Star Wars” pod kilkoma warstwami akcji.

No właśnie – akcja. Kiedy przyspiesza, jest dobrze – prawie tak jak w bardziej kameralnych scenach. Soule umie zachować odpowiedni balans między tymi dwoma obliczami serii. Problemem jest jednak to, że scenarzysta otrzymał wytyczne, by wpasować prowadzoną przez siebie opowieść w ramy crossovera. Część wydarzeń rozgrywa się tu, część w głównym albumie, a pozostałe w kolejnych trzech cyklach. W toku lektury jest to niestety odczuwalne.

Prace Ramona Rosanasa bardzo dobrze ilustrują ten tom. Grafiki są szczegółowe i dopracowane – dobrze sprawdzają się zarówno w scenach bardziej refleksyjnych, jak i tych, w których do głosu dochodzi akcja. Nie tracą jakości ani ostrości, a co najważniejsze, Rosanas dobrze rysuje twarze – postacie są wierne swoim filmowym odpowiednikom, co w komiksie pomyślanym jako rozszerzenie filmowej franczyzy jest niezwykle istotne.

Trzeci tom „Star Wars” to komiks, który z jednej strony sprawia wrażenie poszatkowanego, ale z drugiej – jako część wielkiego crossovera – prezentuje się na tyle przyzwoicie, że nie sposób mówić o zapchajdziurze. Znajdziemy w nim elementy, które sprawiają, że tej lektury nie sposób uznać za nieudaną. Czy jest to jeden z highlightów komiksowej wersji „Gwiezdnych Wojen”? Nie. Ale gdy padnie pytanie, czy da się przy nim dobrze bawić, odpowiedź jest twierdząca. I to w gruncie rzeczy w zupełności wystarcza.

Seria: Star Wars
Tom: 3
Tytuł: Wojna łowców nagród
Scenariusz: Charles Soule
Rysunki: Ramon Rosanas
Kolory: Rachelle Rosenberg
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Tytuł oryginału: Star Wars
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Marvel Comics
Data wydania: sierpień 2022
Liczba stron: 172
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Format: 165 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-5525-1

piątek, 17 kwietnia 2026

Mity Kościanego Sadu. Przejście - Recezja

 

Kiedyś miałem ogromny kredyt zaufania wobec pisarstwa Jeffa Lemire’a. Kanadyjczyk idealnie trafiał w moje gusta, a takie tytuły jak „Łasuch”, „Twardziel” czy „Czarny Młot” (ten ostatni tylko w początkowej fazie) potrafiły poruszyć struny mojej duszy. Później było słabiej, zwłaszcza gdy Lemire wszedł w trykociarską pańszczyznę. Niestety, także jego autorskie projekty na pewnym etapie przestały ekscytować tak jak wcześniej. Teraz nie wypatruję jego kolejnych komiksów z tamtą niecierpliwością, ale nadal chętnie w ich stronę zerkam. Jeden z nowszych – „Przejście” – to pierwsza część nowej serii, zatytułowanej „Mity Kościanego Sadu”. Czy to powrót w glorii i chwale?

John Reed, geolog, przybywa na pewną skalistą wyspę, by zbadać osobliwe znalezisko – coś w rodzaju powstałej w niewiadomy sposób studni, a może po prostu dziury w ziemi. Przewodnikiem młodego naukowca zostaje starsza kobieta opiekująca się tutejszą latarnią. Czy uda im się odkryć naturę tego dziwnego zjawiska?

„Mity Kościanego Sadu” to inicjatywa penetrująca rejony, które najtrafniej określić jako weird fiction. Ten wyrosły z horroru gatunek robi się coraz bardziej popularny wśród miłośników fantastyki. Czym się charakteryzuje? No tak – dziwnością. Ale właśnie taki jest ten komiks. Nieokreślony, niedopowiedziany, nieoczywisty. Pozostawia pole do własnej interpretacji przedstawionych zdarzeń. Tu nic nie jest podane na tacy – jakkolwiek Lemire serwuje nam pewne tropy fabularne, to ich znaczenie może być naprawdę dowolne. Lubicie taki styl? Ja tak – o ile nie jest zbyt przesadzony. W „Przejściu” scenarzysta jedzie jednak mocno po abstrakcyjnej bandzie.

Jednego nie można Lemire’owi odmówić – udało mu się na kartach tego komiksu wytworzyć naprawdę niesamowity klimat. Odludzie, latarnia morska, sugestia obłędu – wszystkie te elementy są jednocześnie na pierwszym planie i gdzieś w tle. Paradoks? Nie do końca, bo różne składowe płynnie się przenikają. I to może się podobać. Sęk w tym, że to właściwie tylko hipnotyzujące obrazy, które owszem, osobno robią duże wrażenie, ale zebrane w całość nie pchają fabuły w żadnym ciekawym kierunku.

No właśnie… fabuła. Czy w przypadku „Przejścia” można w ogóle mówić o jakiejkolwiek fabule? Jakiś fabularny szkielet oczywiście dostajemy, ale opowieść wydaje się jedynie pozorna, pretekstowa – prawdziwym celem twórców pozostaje coś innego. Jako recenzent tej powieści graficznej powinienem zapewne określić czym to właściwie jest, ale prawda jest taka, że nie mam bladego pojęcia. Można powiedzieć, że komiks traktuje o stracie i traumie, ale w obliczu nawału dziwności taka interpretacja byłaby chyba zbyt prosta. Można szukać dalej, można próbować wejść głębiej, ale nie jestem przekonany, czy kolejne podejścia do tego komiksu dałyby więcej odpowiedzi.

Lubię prace Andrei Sorrentino, zwłaszcza sposób, w jaki Włoch bawi się kadrami i modyfikuje je zależnie od potrzeb danej sceny. Ilustracje są realistyczne w scenach przyziemnych, a odjechane w tych bardziej weirdowych. Czerpią wiele z estetyki horroru, ale podążają też innymi, zupełnie nieoczywistymi tropami. Tutaj akurat trudno się do czegokolwiek przyczepić.

Pierwsza odsłona „Mitów Kościanego Sadu” to komiks złożony z pięknych i stylowych elementów, które nie tworzą jednak przekonującej całości. Ta opowieść niestety nie jest satysfakcjonująca, a jej nadmierna enigmatyczność sprawia, że trudno oprzeć się wrażeniu, iż obcujemy jedynie z fasadą sugerującą coś głębszego, podczas gdy autorzy próbują zaprezentować nam coś, czego w istocie w tej historii nie ma. Na tę chwilę seria jawi się jako podręcznikowy przykład przerostu formy nad treścią. Czy kolejne tomy zatrą to wrażenie? Taką mam nadzieję.

Tytuł: Mity Kościanego Sadu. Przejście
Scenariusz: Jeff Lemire
Rysunki: Andrea Sorrentino
Kolory: David Stewart
Tłumaczenie: Maria Lengren
Tytuł oryginału: Bone Orchard Mythos: The Passageway
Wydawnictwo: Mucha Comics
Wydawca oryginału: Image Comics
Data wydania: kwiecień 2025
Liczba stron: 96
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 180 x 275
Wydanie: I
ISBN: 978-83-67571-52-4

środa, 15 kwietnia 2026

Batman. Detective Comics. Tom 5: Gothamski nokturn. Akt III - Recenzja

 

Początkowo nie byłem do końca przekonany, czy Ram V jest dobrym wyborem na głównodowodzącego najstarszego tytułu z Batmanem w roli głównej. „Uwertura” do „Gothamskiego nokturnu” była wprawdzie komiksem nastrojowym, ale też odrobinę przegadanym. Czuć w niej było potencjał, którego autor nie potrafił jeszcze w pełni wykorzystać. Na szczęście z każdym kolejnym tomem cykl nabierał charakteru i wyrazistości, by tuż przed finałowym rozstrzygnięciem zostawić czytelnika z apetytem na więcej. Pora sprawdzić, czy konkluzja dowiozła to, co obiecywała.

Batman próbuje odzyskać kontrolę nad sytuacją w Gotham i powstrzymać siły dążące do przejęcia władzy nad metropolią. Ostateczna potyczka z wpływową rodziną Orghamów, której ambicje i intrygi coraz mocniej odciskają piętno na losach miasta oraz jego mieszkańców, zbliża się wielkimi krokami. Wątki rozwijane w poprzednich tomach – zarówno te dotyczące politycznej i społecznej sytuacji Gotham, jak i osobiste rozterki Mrocznego Rycerza – splatają się i prowadzą w stronę nieuchronnej konfrontacji. Stawką pozostaje nie tylko przyszłość miasta, ale także to, czy Batman wciąż będzie w stanie odgrywać rolę jego najważniejszego obrońcy.

Na kartach piątej części „Gothamskiego nokturnu” najciekawiej wypadają fragmenty o charakterze onirycznym, w których Batman walczy nie tylko o powrót do Gotham, ale przede wszystkim o odzyskanie własnej tożsamości. To właśnie w tych scenach najwyraźniej wyczuwalna jest stawka całej opowieści, znacznie bardziej osobista, niż mogłoby się początkowo wydawać. Wyraźnie uwypukla się tu charakter Batmana, bohatera naznaczonego wewnętrznym mrokiem, a mimo to wciąż gotowego stawać do walki w imię dobra mieszkańców miasta. Ten kontrast między ciemną stroną osobowości a poczuciem obowiązku od dawna stanowi jeden z fundamentów tej postaci, a Ram V wyraźnie go tutaj podkreśla. Być może właśnie mrok jest kluczem do zrozumienia niełatwej relacji Batmana z Gotham, bo w świecie tej opowieści los miasta i jego obrońcy wydaje się nierozerwalnie spleciony.

Gotham funkcjonuje w osobliwej symbiozie ze swoim obrońcą. Ta relacja jest nieoczywista i pełna napięć, a przeciwnicy Batmana niejednokrotnie próbują nią zachwiać, uderzając zarówno w samego bohatera, jak i w zaufanie mieszkańców. Ten motyw wykorzystuje także Ram V, pokazując, że społeczność miasta w gruncie rzeczy potrzebuje swojego Mrocznego Rycerza i pragnie jego powrotu – nawet jeśli zewnętrzna siła zmusza ją do (pozornego) zapomnienia o Batmanie. Co znamienne, nawet jeśli w momentach, gdy obrońca działa i nie brakuje głosów podważających jego metody czy osiągnięcia, to w szerszej perspektywie na pierwszy plan wysuwa się wzajemna zależność. Gotham po prostu potrzebuje Batmana tak samo, jak Batman potrzebuje Gotham – i właśnie ta nierozerwalna więź nadaje tej opowieści dodatkowej głębi.

Pod koniec historii Ram V wyraźnie zmienia tempo narracji i pozwala, by napięcie znalazło ujście w serii coraz bardziej bezpośrednich konfrontacji, a tę zmianę akcentów niestety dość wyraźnie widać. Dominujące wcześniej symbolika i introspekcja stopniowo ustępują miejsca akcji. Pojawiają się kolejne starcia, tempo przyspiesza, a fabuła zaczyna zmierzać w stronę klasycznego komiksowego finału, w którym napięcie musi znaleźć ujście w serii konfrontacji. To zabieg w pełni zrozumiały – po tak długim budowaniu atmosfery i stawki trudno byłoby zakończyć historię wyłącznie rozmową czy kolejną wizją. Problem polega jednak na tym, że ten nagły zwrot ku widowiskowości nie do końca współgra z charakterem wcześniejszych części „Gothamskiego nokturnu”. Tam dominowała powolna, momentami wręcz hipnotyczna narracja, skupiona bardziej na psychice bohatera i relacji Batmana z miastem niż na spektakularnych pojedynkach. Finałowe „łubu-dubu” spełnia więc swoją funkcję, ale pozostawia też niedosyt, jakby w kulminacyjnym momencie scenarzysta zdecydował się na rozwiązanie bardziej konwencjonalne, niż zapowiadały to wcześniejsze tomy.

Pod względem graficznym album prezentuje się naprawdę dobrze i to mimo faktu, że pracowało przy nim wielu rysowników (stopka mówi o jedenastu nazwiskach). Nie przepadam za takim rozwiązaniem, bo nie pozwala ono zachować ciągłości stylistycznej na przestrzeni całego komiksu, jednak w przypadku tytułu, który zawiera w sobie kilka pomniejszych opowieści, nie jest to aż tak zły wybór. W „Akcie III” najlepiej wypadają prace dwóch Włochów – Stefano Raffaele i Riccardo Federici stworzyli kadry iście oniryczne i nastrojowe, które świetnie pasują do opisanej na początku albumu podróży Batmana po obrzeżach świadomości.

Jako zamknięcie cyklu trzeci akt „Gothamskiego nokturnu” wypada przyzwoicie. Taki stan rzeczy jest jednak dla mnie nieco rozczarowujący, bo miałem apetyt na znacznie więcej, zwłaszcza po bardzo udanych „Akcie II” oraz „Intermezzo”. Ram V mocno poszedł w bardzo standardowe, jak na komiks trykociarski, rejony i ostatecznie oddał w nasze ręce album, który konkluduje ciekawą opowieść zwykłą rozwałką. I choć z samego zakończenia można było wyciągnąć więcej, to patrząc na „Gothamski nokturn” całościowo, będę go wspominał dobrze.

Tytuł: Gothamski Nokturn. Akt III
Seria: Batman. Detective Comics
Tom: 5
Scenariusz: Ram V, Dan Watters, Alex Paknadel
Rysunki: Stefano Raffaele i Riccardo Federici i inni
Kolory: Lee Loughridge, Luis Guerrero i inni
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Batman: Detective Comics Vol. 5: Gotham Nocturne: Act III
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: luty 2026
Liczba stron: 300
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 167 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7335-4

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 26. 03. 2026).