niedziela, 14 lutego 2021

X-Men. Era Apocalypse'a. Tom 2 - Recenzja

 

Pierwszy tom „Ery Apocalypse’a” pozostawił po sobie dobre wrażenie. Jego odbiór na pewno był po części warunkowany legendą, jaką ten tytuł obrósł wśród polskich fanów – co starsi (trochę strasznie to brzmi w kontekście ludzi pod czterdziestkę) pamiętają traktujące o nim zapowiedzi i wzmianki na łamach „X-Menów” od TM-Semic. Zatem przeczytanie „Ery” po polsku musiało być, i było, jak spełnienie dziecięcych marzeń. Jazda na sentymencie to jednak nie wszystko, trzeba do tego dodać więcej – interesującą fabułę, wyraziste postaci, angażującą akcję. Poprzednio było w tej materii nieźle, choć sentyment mógł przesłonić kilka wad. Teraz nadszedł czas sprawdzić, jak mają się sprawy w „Księdze drugiej”.

W świecie bez Profesora X nie dzieje się dobrze. Rzeczywistość, która zastąpiła naszą, jest bardzo okrutna. Dominujący w Ameryce mutanci, którym przewodzi potężny Apocalypse, urządzają polowania na ludzi i rządzą twardą ręką. Stary porządek może powrócić tylko wtedy, jeśli dowodzeni przez Magneto posłuchają Bishopa i spróbują pchnąć świat na nowe/stare tory. Sęk w tym, że wówczas ich linia czasowa odejdzie w niepamięć, a przecież każdy chce żyć. X-Meni muszą dokonać wielu bardzo istotnych wyborów, spośród których najważniejszym będzie ten, czy stanąć po stronie despoty, czy pomóc ludzkości w walce o przetrwanie.

W „Rządach” na pierwszy plan wysuwa się narracyjny chaos. W skład tego albumu wchodzi kilka różnych X-serii i jest to bardzo wyraźnie widoczne. Każdy kolejny zeszyt traktuje właściwie o innej podgrupie mutantów. Takie rozstrzelenie mogło przynieść dwojaki skutek – albo dać wrażenie ciekawej wielowątkowości, albo zmęczyć czytelnika. Niestety mamy do czynienia z tym drugim przypadkiem – skakanie przez scenarzystów z kwiatka na kwiatek okazało się chybionym pomysłem, bo przez to nadrzędna fabuła schodzi gdzieś w cień, a my jesteśmy świadkami niekończącej się serii potyczek, które dość szybko robią się nudne i męczące. Nie tędy droga, choć może to po prostu przypadłość wielkich komiksowych eventów lat dziewięćdziesiątych (vide „Maximum Carnage”)?

Nie do końca podoba mi się kreacja protagonistów. Jasne, okoliczności przyrody, w których muszą operować, nie należą do najprzyjemniejszych, ale właściwie każdy tapla się w patetyzmie, co sprawia, że kolejni bohaterowie jawią się jako napompowani sztywniacy. Szczypta humoru nikomu by chyba nie zaszkodziła, prawda? Przeszarżowani są właściwie wszyscy – ci źli wręcz ociekają czernią, a ich motywacja jest karykaturalnie złowieszcza. Władza nad światem, dominacja, potęga. A dlaczego? Bo tak! Rządzenie dla rządzenia, bo realne korzyści z tego wszystkiego jakieś takie... żadne. Odcieni szarości nie ma też w bohaterach pozytywnych – ci są szlachetni i nobliwi, działają dla dobra uciskanej przez Apocalypse’a ludzkości. Nie widziałem tego tak wyraźnie w „Świcie”, ale w przypadku „Rządów” trudno zaakceptować ten stan rzeczy.

Jako zaletę postrzegać można za to kreację świata przedstawionego. Autorom udało się bardzo przekonująco pokazać zniszczone miasta, w których ukrywają się niedobitki ludzkości. Ameryka przestała być przyjaznym miejscem dla homo sapiens i zmieniła się w krajobraz niemal z postapokalipsy. Wszędzie czai się śmierć i zniszczenie, a nieliczne azyle, w których prześladowani próbują się schronić, w każdej chwili mogą stać się celem ataku żołnierzy tyrana Apocalypse’a. Atmosfera zaszczucia jest wyczuwalna i dojmująca – to twórcom wyszło naprawdę dobrze.

Co za dużo, to niezdrowo. To idealne podsumowanie warstwy graficznej „Rządów”. Stylistycznie wciąż są to przesadzone lata dziewięćdziesiąte, jednak bardzo często w kadry wkrada się wizualny chaos. Rysunki bardzo często są nieczytelne, pełne różnych elementów, które wydają się zwyczajnie napaćkane na kolejnych kartach. W feerii wybuchów, wśród nieustannej akcji i podczas kolejnej potyczki wszystko zlewa się w jedno, sprawiając, że oglądanie tego komiksu bywa męczące. Są tu na szczęście chlubne wyjątki, na przykład ilustracje Chrisa Bachalo, jednak całościowo jestem nieco rozczarowany.

Mam nadzieję, że trzeci tom „Ery Apocalypse’a” trochę podniesie końcową ocenę tej serii – wszak jedynka była całkiem miłym czytadłem i nie do końca wiem, co się wydarzyło teraz, ale „Rządy” są od niej zdecydowanie słabsze, plasując się gdzieś w rejonie superbohaterskich stanów średnich. Chaos i przesada – to cechy główne omówionego wyżej albumu. Mutanci zdecydowanie lepiej prezentują się jednak w opowieściach poważniejszych w wymowie, traktujących o realnych problemach społecznych (jak dyskryminacja) i nie aż tak rozdmuchanych formalnie. Podejrzewam jednak, że ten najntisowy sznyt, mimo widocznego przerostu formy nad treścią, znajdzie też swoich zwolenników.

Seria: X-Men. Era Apocalypse'a
Tytuł: Rządy
Tom: 2
Scenariusz: różni autorzy
Rysunki: różni artyści
Kolory: różni artyści
Tłumaczenie: Arkadiusz Wróblewski
Wydawnictwo: Mucha Comics
Wydawca oryginału: Marvel Comics
Data wydania: grudzień 2020
Liczba stron: 272
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 180 x 275
Wydanie: I
ISBN: 978-83-66589-28-5

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, obecnie dostępnym w sieci na profilu facebookowym. Tekst ukazał się 09. 01. 2021)

piątek, 5 lutego 2021

Gideon Falls. Tom 4: Pentoculus - Recenzja

 
Kiedy każdy kolejny tom jakiejś serii stoi na bardzo wysokim poziomie, gdzieś na granicy świadomości zaczyna się kołatać pytanie: „Kiedy jego jakość spadnie”? Ale czy faktycznie musi się tak stać? Czy presja oczekiwań zawsze ściągnie błyskotliwy pomysł na ziemię i brutalnie zweryfikuje jego świetność? Patrząc na bibliografię samego Lemire’a, odpowiedź musi być taka, że to zagrożenie jest jak najbardziej realne. Piję tu do „Czarnego Młota”, który rozpoczął się fenomenalnie, ale skończył przeciętnie. A mając w pamięci, jak doskonałe były poprzednie trzy tomy „Gideon Falls”, podobna porażka w kolejnym cyklu prowadzonym przez Kanadyjczyka byłaby bardzo bolesna.

Historia przedstawiona w „Pentoculusie” toczy się dwutorowo – na jednym planie śledzimy przygotowania Nortona i jego odnalezionej po latach rodziny do walki z Uśmiechniętym, na drugim jesteśmy świadkami podróży ojca Franka i Angeli, którzy trafiają na tajemniczą maszynę, mogącą pomóc im w określeniu czym właściwie jest Gideon Falls. Na stanowcze kroki muszą się też zdecydować tak zwani Oracze, grupa ludzi próbujących zapobiec rozprzestrzenianiu się chaosu mającego swoje źródło w Czarnej Stodole.

Pierwsze skrzypce w kolejnym tomie „Gideon Falls” nadal gra soczysta psychodela. Lemire’owi udało się wykreować niesamowity klimat, którego ze świecą szukać w innych współczesnych mainstreamowych komiksach ocierających się o horror. Tym razem więcej uwagi poświęcono głównemu antagoniście, niejakiemu Uśmiechniętemu, demonicznej istocie zamieszkującej gdzieś pomiędzy wymiarami. Rzeź jaką ta postać urządza, gdziekolwiek tylko się pojawi, jest zarówno straszna, jak i nieco abstrakcyjna – pozornie chaotyczna i dotykająca przypadkowych osób, wydaje się tym bardziej przerażająca.

Akcja ulega w „Pentoculusie” odczuwalnemu przyspieszeniu. Ma to związek z tym, że na horyzoncie majaczy już zakończenie całej opowieści, więc udzielenie chociażby szczątkowych odpowiedzi na niektóre z pytań dręczących czytelników byłoby już na tym etapie mile widziane. Oba równolegle prowadzone wątki potrafią zainteresować, przynosząc sporo wrażeń. Dowiadujemy się nieco więcej na temat natury demonicznej istoty prześladującej bohaterów, a to, co odkrywają protagoniści sprawia, że potrzeba szybkiej konfrontacji jawi się jako całkowicie zrozumiała. Wątek ojca Burke’a i Angeli jest z kolei nieco bardziej enigmatyczny i psychodeliczny (KRITCH!), ale dla całokształtu opowieści wydaje się niezwykle istotny.

Jeśli rozbijemy ten komiks na czynniki pierwsze, odrobinę rozczarowuje zgromadzenie tak zwanych Oraczy. Można się było spodziewać, że ci ludzie będą odrobinę bardziej… nie wiem, mistyczni? W końcu walczą z międzywymiarowym złem. Tymczasem to, co dostajemy, okazuje się jakieś takie zbyt przyziemne. Nie zrozummy się źle – nie jest to spektakularnie chybione, chyba to po prostu spodziewałem się więcej, podczas gdy Lemire zaserwował nam w tej materii rozwiązanie dość proste, co stoi w kontraście z najdziwniejszymi elementami całej historii.

„Gideon Falls” jest tak dobre nie tylko dzięki wciągającej opowieści, ale również za sprawą rewelacyjnych ilustracji. Andrea Sorrentino jak mało kto potrafi uchwycić istotę obłędu. Wizualne eksperymenty, szalone kolaże, obrazy podzielone, a później połączone w zaskakujący sposób – to wszystko sprawia, że warstwa graficzna każdego kolejnego albumu tej serii robi tak duże wrażenie, a „Pentoculus” nie jest w tej materii wyjątkiem. Na widok niektórych kadrów aż ciarki przechodzą po plecach, a zważywszy na to, że mamy do czynienia z horrorem, nie może być chyba większej pochwały pracy rysownika.

W „Pentoculusie” nie wszystko połączyło się jeszcze w zrozumiałą całość, choć wiemy już coraz więcej. Nadal jednak najbardziej zachwyca niesamowity psychodeliczny nastrój i klimat grozy. Jeśli seria utrzyma taki poziom także w finałowych tomach, będzie można o niej mówić jako o arcydziele komiksowego horroru i prawdziwej perełce w, wydawałoby się, dość skostniałym gatunku. Takiego Lemire’a aż chce się czytać i mam nadzieję, że podobne, bardziej autorskie a mniej pańszczyźniane tytuły są w jego najbliższych twórczych planach oznaczone jako priorytetowe.

Tytuł: Pentoculus
Seria: Gideon Falls
Tom: 4
Scenariusz: Jeff Lemire
Rysunki: Andrea Sorrentino
Kolory: Dave Stewart
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Tytuł oryginału: Gideon Falls Vol. 4: Pentoculus
Wydawnictwo: Mucha Comics
Wydawca oryginału: Image Comics
Data wydania: listopad 2020
Liczba stron: 128
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 180 x 275
Wydanie: I
ISBN: 978-83-66589-22-3

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, obecnie dostępnym w sieci na profilu facebookowym. Tekst ukazał się 07. 01. 2021). 

poniedziałek, 1 lutego 2021

Tokyo Ghost - Recenzja

 

Związany z premierą pewnej gry wideo cyberpunkowy szał trwa w najlepsze. Każde wydawnictwo chce skorzystać na aktualnej koniunkturze i wydaje tytuły plasujące się w tej konkretnej odnodze science fiction. Korzystamy na tym my, czytelnicy, bo oznacza to premierowe książki i komiksy uznanych twórców, ale też pojawienie się na rynku dzieł nieco starszych, których przetłumaczenia na język polski wyczekiwaliśmy. Jednym z nich jest „Tokyo Ghost”, komiks stosunkowo młody, który od momentu wydania ostatniego zeszytu zdążył zebrać na tyle dobre opinie na Zachodzie, że wydanie go u nas było kwestią czasu – ten, za sprawą Non Stop Comics, w końcu nadszedł.

W świecie nie tak odległej przyszłości ludzie uzależnieni są od technologii. Dostarczana przez korporację Flak wirtualna rozrywka na dobre zawładnęła umysłami większości populacji. Pozostająca na usługach firmy dwójka funkcjonariuszy porządkowych z Los Angeles musi udać się do ostatniego miejsca na Ziemi, którego nie pochłonęła jeszcze cyfryzacja. Na miejscu mogą albo znaleźć ucieczkę od dotychczasowego życia, albo przynieść temu miejscu zagładę.

Rick Remender kojarzy mi się w znacznej mierze z intensywną, ale i inteligentną rozwałką. „Tokyo Ghost” zawiera wiele scen, które taką opinię podtrzymują. Bardzo mocny jest zwłaszcza początek albumu, który rzuca czytelnika na głęboką wodę. Pościgi, strzelaniny, masowa rzeź – misja dwójki głównych bohaterów aż kipi od energii, swoim dynamizmem przykuwając uwagę już od pierwszej strony. I choć w późniejszej części komiksu do głosu dochodzą także inne elementy charakterystyczne dla cyberpunka, to osadzonej w futurystycznym świecie przedstawionym opowieści akcji i tak nie brakuje. Rzecz jest umiejscowiona (przynajmniej na początku albumu) w Los Angeles, ociekającej degeneracją metropolii przyszłości. To świat, w którym technologia opanowała życie niemal każdego człowieka, robiąc z ludzi praktycznie niewolników szefa największej światowej korporacji, Flak. Ta wizja nie zaskoczy fana gatunku, ale jest przy tym bardzo szczegółowa i kunsztowna. Remender sugestywnie pokazuje pogrążanie się społeczeństwa w ogłupiających przekazach mass mediów, zadając przy tym pytanie, czy jest to jedyna dostępna droga?

Dalsza część opowieści skonstruowana jest w pewnym stopniu na zasadzie kontrastu – Remender na pewien czas przenosi akcję do Tokio, miasta będącego zupełnym przeciwieństwem Los Angeles. Ten dalekowschodni rejon stał się ostoją tych, dla których ważne jest oderwanie się od cyfrowego zepsucia i próba życia w zgodzie z naturą. To ostatnie na świecie miejsce nieskalane technologią. Konfrontacja dwóch tak różnych wizji świata jest nieunikniona, a wynik tego starcia wcale nie jest tak oczywisty, jak mogłoby się wydawać. W szranki stają tu obawa przed poddaniem się konsumpcjonizmowi z naturalną dla człowieka potrzebą bezpieczeństwa, którą w pewnym stopniu zapewnia zanurzenie się w multimedialnym przekazie. Ta druga opcja niesie za sobą odcięcie się od własnych emocji i życie uczuciami sztucznymi, podawanymi na tacy przez coraz to nowsze i coraz bardziej infantylizujące odbiorcę programy. Scenarzysta ironiczne odnosi się tu do naszej rzeczywistości, w której coraz częściej pogoń za nowinkami oraz chęć posiadania przesłaniają rzeczy naprawdę ważne.

Remender w ciekawy sposób pokazuje relację dwójki głównych bohaterów i ich walkę z uzależnieniem od wszechobecnej technologii. Debbie nieustannie próbuje ocalić Teddy’ego (vel Leda) od całkowitego zapadnięcia się w multimedialny przekaz, który coraz bardziej go ogłupia. Przy tym wszystkim „Tokyo Ghost” w znacznej mierze jest po prostu opowieścią o miłości. Uczucie łączące protagonistów początkowo było czyste, a z biegiem czasu, co istotne, nie zanikło, ale zostało w pewien sposób odwrócone. Misja do Tokio ma być dla tych dwojga ostatnią nadzieją na przywrócenie tego, co było kiedyś. Trzeba przyznać, że Remenderowi wyjątkowo dobrze wyszło zarysowanie tych wszystkich napięć i emocji między bohaterami – każda kolejna scena sprawia, że z łatwością można uwierzyć w intencje tych dwojga, a ich walka o przyszłość pozostaje emocjonująca do samego końca.

Oprawa graficzna stoi na wysokim poziomie. Odpowiedzialny za nią Sean Murphy wykonał kawał znakomitej roboty, operując charakterystyczną dla siebie ostrą kreską, której nie sposób pomylić z pracami innych rysowników. Warto też zwrócić uwagę na wydanie tego albumu – powiększony format i gruby papier nadają komiksowi swego rodzaju ekskluzywności, sprawiając, że z pewnością będzie dobrze wyglądać na półce. Z tą wielkością wiąże się jednak pewna wada – przy dużej objętości albumu i jego fizycznym ciężarze czyta się go dość niewygodnie. Nie jest to w zasadzie nic znaczącego, ale dla uczciwości warto tę kwestię odnotować.

Patrząc na „Tokyo Ghost” całościowo, trzeba stwierdzić, że choć nie jest to komiks odkrywający jakieś nowe lądy, to czyta się go bardzo dobrze. Rick Remender dał nam błyskotliwe połączenie ostrej akcji ze szczyptą przemyśleń na temat kondycji człowieka, polewając to wszystko efektownym cyberpunkowym sosem, a Sean Murphy okrasił całość efektowną warstwą wizualną. Niech ta koniunktura trwa jak najdłużej, zwłaszcza jeśli mamy w jej ramach dostawać równie dobre historie, jak ta.

Tytuł: Tokyo Ghost
Scenariusz: Rick Remender
Rysunki: Sean Murphy
Kolory: Matt Hollingsworth
Tłumaczenie: Paweł Bulski
Tytuł oryginału: Tokyo Ghost Deluxe HC
Wydawnictwo: Non Stop Comics
Wydawca oryginału: Image Comics
Data wydania: listopad 2020
Liczba stron: 288
Oprawa: twarda
Format: 203 x 305
Wydanie: I
ISBN: 978-83-6651-234-4

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, obecnie dostępnym w sieci na profilu facebookowym. Tekst ukazał się 04. 01. 2021)