środa, 29 kwietnia 2026

Mroczni Rycerze ze Stali. Wszechzima - Recenzja

 

Pomysł na bohaterów DC Comics przeniesionych do świata rodem z high fantasy okazał się trafiony. „Mroczni Rycerze ze Stali” zdobyli uznanie czytelników i krytyków, stając się mocną kartą w elseworldowej talii komiksowego molocha. Zamiast prostego zabiegu polegającego na przebraniach i zmianie dekoracji dostaliśmy świat, który sprawia wrażenie przemyślanego i żyjącego własnym życiem. A kiedy jakiś tytuł okazuje się sukcesem, to co się dzieje? Tak – prędzej czy później pojawia się kontynuacja albo próba rozwinięcia konceptu. Dokładnie to stało się również w tym przypadku. Oto przed nami „Wszechzima”, album rozszerzający uniwersum i zabierający czytelników w rejony, które wcześniej pozostawały na marginesie tej historii.

„Wszechzima” naprawdę dobrze wykorzystuje fundament położony przez Toma Taylora w poprzednim tomie. Mamy do czynienia nie tylko z prostym dodatkiem, tudzież z historią poboczną – dostajemy pełnoprawne rozszerzenie świata przedstawionego. Dzieje się tak między innymi dlatego, że akcja przenosi nas w miejsca, które wcześniej były jedynie wspominane lub pojawiały się w tle. Dzięki temu ta rzeczywistość zyskuje większą skalę – poznajemy nowe krainy, lokalne konflikty oraz inne społeczności funkcjonujące w tych quasi-średniowiecznych realiach. W efekcie świat zaczyna przypominać rozległą mapę fantasy, a nie jedynie scenę dla przygód alternatywnych wersji bohaterów DC.

Od samego początku widać, że „Wszechzima” ma znacznie cięższy klimat niż pierwotna seria. Podczas gdy „Wojna Trzech Królestw” łączyła elementy epickiego fantasy z przygodową energią historii o superbohaterach, spin-off wyraźniej skręca w stronę dark fantasy. Duża w tym zasługa głównego bohatera. Deathstroke w tej interpretacji przypomina raczej zmęczonego życiem wojownika z sag skandynawskich niż klasycznego najemnika z komiksów DC, a historia obraca się wokół motywów zemsty, poczucia winy i próby przetrwania w świecie, który stopniowo pogrąża się w chaosie. Temu mrocznemu tonowi sprzyja także to, że sceny przemocy są tu bardziej bezpośrednie, a atmosfera opowieści momentami potrafi być wręcz nihilistyczna. Dla wielu czytelników to zaleta, bo komiks wyróżnia się na tle głównej serii, która mimo wszystko zachowywała bardziej heroiczny ton.

Wracając do głównego bohatera – wybór Deathstroke’a jako centralnej postaci okazał się trafiony. Bohaterowie tacy jak Batman czy Superman są już mocno zakorzenieni w tych realiach, dlatego skupienie się na Sladzie Wilsonie pozwala spojrzeć na ten świat z innej perspektywy. Jako outsider idealnie pasuje do historii o wędrówce przez zniszczone krainy. Nie reprezentuje żadnego wielkiego królestwa ani żadnej ideologii, jest raczej samotnym wojownikiem próbującym przetrwać w brutalnych realiach. Czy jest postacią wystarczająco angażującą emocjonalnie, by utrzymać ciężar całej historii? W tej materii można mieć pewne wątpliwości, zwłaszcza że dopiero wraz z rozwojem fabuły bohater zaczyna zyskiwać większą głębię, a początkowo jest tylko ponurym, małomównym zabijaką.

Obok tytułowej opowieści omawiany tom zawiera jeszcze jeden segment. To „Dziedzic morza”, napisany przez Toma Taylora. Ta część zdecydowanie różni się tonem od głównej historii. Wcześniej dostaliśmy mroczne grimdark fantasy, backup Taylora jest bliższy baśniowej opowieści o narodzinach bohatera. Odnoszę wrażenie, że to swego rodzaju „heroiczna” przeciwwaga dla mroczniejszej „Wszechzimy”, która ma przy okazji wyraźnie wyczuwalny bardziej emocjonalny i humanistyczny charakter. Najważniejsza jest tu moralność i wychowanie bohatera, a nie sama akcja. „Dziedzic morza” może też być bardziej angażujący, zwłaszcza jeśli zmęczył nas mrok pierwszego segmentu tego albumu.

Warstwa graficzna jest jednym z najmocniejszych elementów albumu i w dużej mierze odpowiada za jego sugestywny klimat. Rysunki w głównej historii doskonale oddają surowość północnego, skutego lodem świata. Dominują tu chłodne barwy, ciężkie cienie i kadry podkreślające bezlitosny charakter tej krainy. Sceny walki są dynamiczne i brutalne, jednocześnie nie brakuje rozległych ujęć krajobrazów, które budują poczucie pustki i zagrożenia. Zupełnie inny charakter ma natomiast druga opowieść. Zdobiące ją ilustracje są malarskie i pełne światła, a paleta barw wyraźnie cieplejsza, co dobrze współgra z bardziej baśniowym tonem tej historii. Podwodne sceny oraz wizualizacje Atlantydy mają wręcz ilustracyjny charakter i zdecydowanie odróżniają tę część albumu od mroźnej estetyki „Wszechzimy”. Dzięki temu oba segmenty komiksu nie tylko różnią się tonem narracyjnym, ale zyskują także własną, rozpoznawalną tożsamość wizualną.

„Wszechzima” jest komiksem mroczniejszym niż „Wojna Trzech Królestw” i może być traktowana jako ciekawy i dość kameralny dodatek do świata tego elseworlda – choć mniej spektakularna fabularnie, potrafi zachwycić klimatem, czemu sprzyja także warstwa wizualna. Scenarzysta stawia raczej na atmosferę i powolne odkrywanie kolejnych fragmentów świata niż na polityczne intrygi czy epickie bitwy. Dzięki temu album dobrze spełnia rolę uzupełnienia głównej serii, pokazując inne oblicze tego uniwersum i pozwalając czytelnikowi zajrzeć w jego mniej znane rejony. Nie jest to może historia, która redefiniuje cały projekt „Mrocznych Rycerzy ze Stali”, ale z pewnością stanowi jego interesujące i klimatyczne rozszerzenie.

Tytuł: Mroczni Rycerze ze stali. Wszechzima
Scenariusz: Jay Kristoff, Tom Taylor
Rysunki: Tirso Cons, Riccardo Federici
Tłumaczenie: Paulina Walenia
Tytuł oryginału: Dark Knights of Steel. Allwinter
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: luty 2026
Liczba stron: 224
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-281-7333-0

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 13. 04. 20260.

wtorek, 28 kwietnia 2026

Miło dom nad morzem. Tom 1 - Recenzja

Na przestrzeni ostatnich lat James Tynion IV wyrósł na jednego z najciekawszych i najbardziej konsekwentnych twórców współczesnego komiksu mainstreamowego. Autor, który z powodzeniem łączy elementy horroru, thrillera i dramatu psychologicznego, zdążył już przyzwyczaić czytelników do historii opartych nie tyle na spektakularnych wydarzeniach, ile na napięciach między bohaterami i emocjach. Recenzowany album jest bezpośrednią kontynuacją „Miłego domu nad jeziorem”. Czy będzie to bezpieczny powrót do znanych motywów, czy raczej próba ich przedefiniowania i przesunięcia akcentów? Sprawdźmy.

Punkt wyjścia pozornie jest znajomy: kolejna grupa trafia do odizolowanej przestrzeni, w której ma szansę przetrwać wydarzenia, jakie zniszczyły resztę świata. Tym razem jednak nie są to przypadkowi znajomi, lecz starannie dobrane jednostki – ludzie wybitni w swoich dziedzinach, których obecność wydaje się mieć konkretny cel. Zasady rządzące miejscem, w którym się znaleźli, przypominają te znane z poprzedniej serii, ale sama sytuacja jest już nieco inna.

Największą siłą „Miłego domu nad morzem” jest to, że scenarzysta świadomie przesuwa akcenty. O ile wcześniejsza historia opierała się w dużej mierze na emocjonalnych więziach między bohaterami, o tyle tutaj Tynion konstruuje układ znacznie chłodniejszy, niemal laboratoryjny. Nowa grupa funkcjonuje bardziej jak zbiór konkurujących ze sobą jednostek niż wspólnota ludzi, a napięcie wynika nie tylko z sytuacji odizolowania, lecz także z nieustannego ścierania się charakterów i sposobów definiowania życia. W efekcie czytelnik zostaje postawiony w roli obserwatora swoistego eksperymentu społecznego, w którym każda decyzja ma konsekwencje wykraczające poza jednostkowe ambicje. Ta zmiana perspektywy sprawia, że całość nabiera bardziej analitycznego, zdystansowanego charakteru.

Przesunięcie ciężaru sprawia, że komiks zyskuje bardziej filozoficzny charakter. Autor z premedytacją unika prostych odpowiedzi, zamiast tego budując opowieść, w której racjonalność może prowadzić do okrucieństwa, a empatia do słabości. Pojawia się pytanie, czy świat powinien być odbudowywany przez „najlepszych”, czy raczej tych najbardziej wrażliwych i zżytych ze sobą, a każda z tych opcji zostaje w toku fabuły podana w wątpliwość. Tynion umiejętnie balansuje między tymi skrajnościami, nie pozwalając nam na jednoznaczne opowiedzenie się po którejkolwiek ze stron. W tle pobrzmiewa też subtelna krytyka elitaryzmu i przekonania o własnej wyjątkowości, mogących prowadzić do niebezpiecznych uproszczeń w postrzeganiu złożonego i niejednoznacznego świata przedstawionego.

Na osobne wyróżnienie zasługuje sposób prowadzenia bohaterów. Choć Tynion operuje szeroką paletą postaci, żadna z nich nie sprawia wrażenia przypadkowej czy jednowymiarowej. Autor sprawnie różnicuje ich głosy, a dialogi nie tylko napędzają fabułę, ale też budują napięcie i pogłębiają charakterystykę członków obu nietypowych społeczności. Relacje między bohaterami pozostają płynne, zaś chwilowe sojusze szybko ustępują miejsca podejrzliwości, z kolei sympatie potrafią zaskakująco dynamicznie ewoluować we wrogość. Warto też wspomnieć, bo dla części odbiorców może być to element kontrowersyjny, że komiks ma wyraźnie zróżnicowaną obsadę, w tym postacie LGBT. W moim odczuciu ich obecność pozostaje jednak naturalnym elementem świata przedstawionego, a nie osią fabularną czy ideologicznym manifestem.

Co istotne,  scenarzysta w kilku miejscach rozwija pomysły, zamiast je powielać. Skala opowieści wydaje się większa, zasady rządzące światem bardziej złożone, a liczba niewiadomych wyraźnie rośnie, co wcale nie musi być zaletą. Komiks nie daje poczucia komfortu ani znajomej struktury, wręcz przeciwnie – podważa oczekiwania czytelnika i sugeruje, że tym razem stawka jest znacznie wyższa, a rozwiązania będą mniej oczywiste. Pojawia się też wrażenie, że historia zmierza w kierunku bardziej globalnych konsekwencji, wykraczających poza losy dwóch grup bohaterów. Dzięki temu całość nabiera rozmachu, nie tracąc przy tym kameralnego charakteru w kolejnych rozdziałach.

Niemniej istotna pozostaje warstwa graficzna, która również robi spore wrażenie. Rysunki Alvaro Martineza Bueno są precyzyjne – bardzo ważna potrafi być mimika i drobne gesty, które nieraz zdradzają więcej niż same dialogi. Kadry bywają ciasne i klaustrofobiczne, by za chwilę zaprezentować bardziej przestrzenne ujęcia. Ta różnorodność w żadnym momencie nie jest jednak sztuczna. Kolorystyka to głównie chłodne tony, które podkreślają dystans między bohaterami i budują niepokojące tło dla wydarzeń. Całość sprawia wrażenie niezwykle przemyślanej i konsekwentnej wizji artystycznej, w której forma i treść wzajemnie się uzupełniają.

„Miły dom nad morzem” to kontynuacja, która zdecydowanie spełnia oczekiwania. Tynion odchodzi od mocno emocjonalnego tonu pierwszej części, zastępując go chłodniejszą, bardziej analityczną narracją. Nie jest to w moim odczuciu lektura tak przystępna, jak poprzedniczka, ale właśnie dzięki temu sprawia wrażenie dojrzalszej i bardziej wymagającej. Jednocześnie komiks pozostaje świetnie skonstruowany narracyjnie, a napięcie utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie. Na tym etapie kontynuacja wydaje się równie udana co oba tomy pierwszego cyklu.

Tytuł: Miły dom nad morzem
Tom: 1
Scenariusz: James Tynion IV
Rysunki: Alvaro Martinez Bueno
Kolory: Jordie Bellaire
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Tytuł oryginału: The Nice House by the Sea Vol. 1
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: luty 2026
Liczba stron: 208
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Wydanie: I
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-281-7711-6

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 08. 04. 2026).

niedziela, 26 kwietnia 2026

Coś zabija dzieciaki. Tom 9 - Recenzja

 

Musiałem dać jej chwilę, żeby się rozbujała, ale pierwsza samodzielna horrorowa seria Jamesa Tyniona IV okazała się dziełem angażującym. Tak, to przede wszystkim rozrywka, ale rozrywka świadoma gatunku, w jakim operuje. Autor dość umiejętnie unika fabularnych mielizn i serwuje czytelnikowi zeszyty przemyślane i emocjonujące. Ale to już dziewiąty tom zbiorczy – na tym etapie niejeden cykl zaczynał zjadać własny ogon. „Coś zabija dzieciaki” na szczęście nie jest jednym z nich.

Dziewiąty tom „Coś zabija dzieciaki” przenosi czytelnika do przeszłości Eriki Slaughter i przedstawia jedną z jej spraw z czasów, gdy dopiero budowała swoją pozycję w strukturach Zakonu. Bohaterka wraz ze swoją mentorką trafia do położonego na uboczu Domu na Górze Valmont, miejsca naznaczonego serią brutalnych wydarzeń i tajemnicą, której źródło okazuje się znacznie bardziej skomplikowane, niż początkowo się wydaje. Śledztwo prowadzi do konfrontacji nie tylko z zagrożeniem, lecz także z trudnymi decyzjami wynikającymi z zasad obowiązujących w Zakonie Świętego Jerzego.

Dziewiąty tom serii pełni funkcję spojrzenia wstecz na wczesny etap kariery Eriki Slaughter. Nie jest to novum, ponieważ Tynion IV zastosował podobny zabieg już w poprzednim albumie. Wtedy jednak dostaliśmy pięć luźnych opowieści, teraz mamy do czynienia z bardziej rozbudowaną fabułą, która w dodatku została zawieszona na końcu albumu. Historia rozgrywająca się wokół Domu na Górze Valmont pokazuje bohaterkę jeszcze nie w pełni ukształtowaną – bardziej impulsywną, mniej pewną siebie i wciąż uczącą się reguł rządzących światem łowców potworów. Dzięki temu czytelnik może zobaczyć, jak wyglądały jej pierwsze samodzielne działania oraz jak stopniowo zdobywała doświadczenie, które później uczyniło ją jedną z najskuteczniejszych członkiń Zakonu. To ciekawe spojrzenie, które pozwala lepiej zrozumieć sposób zachowania protagonistki.

W przeciwieństwie do niektórych wcześniejszych historii z serii, które operowały większą skalą wydarzeń i licznymi bohaterami, tom dziewiąty skupia się na jednej sprawie, a akcja dzieje się na ograniczonej przestrzeni. Tę opowieść można z pewnością scharakteryzować jako bardziej kameralną i skoncentrowaną na napięciu wynikającym z konkretnej sytuacji. Dzięki temu narracja staje się bardziej intymna i pozwala lepiej przyjrzeć się emocjom bohaterów oraz mechanice i logistyce przygotowań do polowania na potwory. Tynion IV umiejętnie buduje napięcie, choć nieco rozczarowuje, że fabuła nie znajduje konkluzji na końcu albumu. Ma to jednak swoje zalety – niebawem dostaniemy kontynuację, a zważywszy na wysoką jakość tomu dziewiątego, jest to dobra wiadomość.

Bardzo ważnym elementem pozostaje specyficzny i dobrze wykreowany klimat całej serii. Tynion IV nadal bardzo skutecznie buduje napięcie, osiągając zamierzone efekty zwłaszcza poprzez skupienie się na poczuciu zagrożenia i bezradności towarzyszących bohaterom. Potwory stanowią tu nie tylko fizyczne zagrożenie, lecz są ucieleśnieniem chaosu i strachu, z którym zwykli ludzie nie są w stanie sobie poradzić. Nawet Erica i jej mentorka, mimo swoich umiejętności, nie zostały przedstawione jako niepokonane bohaterki, lecz jako osoby, które mimo własnych słabości są zmuszone do bycia silnymi i działania w brutalnym oraz często beznadziejnym świecie.

Trudno nie skierować po raz kolejny pochwał pod adresem ilustracji Werthera Dell’Edery oraz kolorów Miquela Muerto. Charakterystyczna, lekko chaotyczna kreska artysty bardzo dobrze współgra z horrorową atmosferą opowieści, a mroczna, przygaszona kolorystyka dodatkowo wzmacnia poczucie niepokoju i sprawia, że sceny starć z potworami nabierają większej intensywności. Dzięki temu warstwa wizualna nie tylko ilustruje wydarzenia, lecz aktywnie buduje nastrój całej historii.

Dziewiąta odsłona „Coś zabija dzieciaki” nie zaciera dobrego wrażenia, jakie seria robi od dłuższego czasu. Spojrzenie w przeszłość bohaterów jest równie interesujące, jak bieżące wydarzenia i rozbudowuje świat przedstawiony, wzmacniając więź na linii czytelnik-protagonistka. To dobry, angażujący komiks, ale w obliczu zawieszenia akcji na jego końcu mam nadzieję, że na dokończenie tej opowieści nie będziemy czekać rok, bo tyle czasu minęło od premiery „ósemki”.

Tytuł: Coś zabija dzieciaki
Tom: 9
Scenariusz: James Tynion IV
Rysunki: Werther Dell’Edera
Kolory: Miquel Muerto
Tłumaczenie: Paweł Bulski
Tytuł oryginału: Something is Killing The Children Vol. 9
Wydawnictwo: Non Stop Comics
Wydawca oryginału: Boom! Studios
Data wydania: luty 2026
Liczba stron: 144
Oprawa: miękka
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-68542-15-8

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 30. 03. 2026).