czwartek, 16 lipca 2026

Dom Slaughterów. Tom 6: Lazur - Recenzja

Funkcja spin-offa jakiegoś cyklu wydaje się być nieco niewdzięczna. Dlaczego? Z jednej strony tego typu tytuły powinny rozszerzać dane uniwersum, z drugiej zaś muszą bronić się jako samodzielne historie. „Dom Slaughterów” od początku funkcjonuje właśnie w tej dość niewygodnej przestrzeni pomiędzy dodatkiem a pełnoprawną opowieścią. Seria próbuje zagospodarować to, co w „Coś zabija dzieciaki” pozostawało gdzieś w tle. Szósty tom, „Lazur”, to jej ostatnia odsłona.

Nolan, na co dzień pracujący w centrum informatycznym Domu, musi przerwać swoją rutynę z uwagi na pojawienie się monstrum uwolnionego z totemu Szkarłatnej Maski, Edwina Slaughtera. Incydentalne z pozoru zdarzenie przeradza się w śledztwo prowadzące bohatera do odkrycia spisku mogącego zagrozić fundamentom całej organizacji. W miarę rozwoju wydarzeń Nolan lawiruje między lojalnością wobec Zakonu a własnymi wątpliwościami, szukając wsparcia wśród nieoczywistych sojuszników i próbując powstrzymać nadciągające niebezpieczeństwo, zanim sytuacja wymknie się spod kontroli.

Szósty tom „Domu Slaughterów” próbuje rozbudowywać świat przedstawiony. Autor (a raczej „osoba autorska”, jak widnieje w notkach odnośnie do twórców) stara się zajrzeć głębiej w struktury Zakonu, przedstawić jego hierarchię oraz mechanizmy działania. Nie są to jednak informacje podane wprost – dominują niedopowiedzenia i sugestie. Czy to dobry wybór? Dla niektórych czytelników na pewno, bo taki manewr buduje tajemnicę wokół Zakonu św. Jerzego i podległych mu domów, ale dla innych (w tym także dla mnie) będzie to tylko źródłem frustracji. Ostatecznie lore i tak pozostaje największą siłą serii i głównym powodem, dla którego warto sięgać po kolejne tomy, także po ten.

Największym atutem pozostają bohaterowie, przede wszystkim Edwin. Przyciąga uwagę swoją niejednoznacznością moralną i wewnętrznymi konfliktami. Relacje między bohaterami często są napięte i oparte na niedopowiedzeniach oraz wzajemnej nieufności, co dobrze wpisuje się w charakter serii. Mimo to potencjał postaci nie zawsze jest w pełni wykorzystywany, choć to właśnie one stanowią główny punkt zaczepienia dla czytelnika w tej dość hermetycznej historii.

Sama opowieść miejscami bywa zagmatwana. Kolejne sceny nie zawsze łączą się w klarowną całość, a brak wyraźnych punktów orientacyjnych utrudnia zrozumienie przebiegu wydarzeń. Finał tomu, a zarazem całej serii, nie generuje żadnego efektu wow – zamiast satysfakcjonującego domknięcia wątków dostajemy raczej kolejne pytania i niedopowiedzenia. Mniej czepliwi czytelnicy powiedzą, że jest to element stylu serii, ale ja widzę to raczej jako poważną barierę w dobrym odbiorze tej historii. Trzeba też powiedzieć, że mamy tu nadmiar dialogów i ogólną rozwlekłość narracji. Komiks poświęca zbyt dużo miejsca rozmowom, które nie zawsze wnoszą nowe informacje ani nie popychają fabuły do przodu. W efekcie tempo wyraźnie siada, a lektura może nużyć.

Strona wizualna komiksu całkiem nieźle współgra z klimatem całej serii. Sposób przedstawienia postaci jest zgodny z estetyką, do jakiej przyzwyczajono nas zarówno na kartach „Domu Slaughterów”, jak i „Coś zabija dzieciaki”. Swoje robią zwłaszcza charakterystyczne maski, które nadal przyciągają uwagę i budują tożsamość świata. Największym atutem warstwy graficznej jest klimat i kolorystyka, skutecznie budujące nastrój i wyróżniające serię na tle innych komiksowych horrorów.

Mimo interesującego świata przedstawionego i potencjalnie mocnych tematów zamknięcie „Domu Slaughterów” nie ma specjalnego ładunku emocjonalnego. Wydarzenia, które powinny wybrzmieć dobitniej, przechodzą bez większego echa, a stawka opowieści wydaje się niewystarczająco odczuwalna. W rezultacie tom jest poprawny, ale mało angażujący i nikomu raczej nie zostanie w pamięci na dłużej.

Seria: Dom Slaughterów
Tytuł: Lazur
Tom: 6
Scenariusz: Sam Johns
Rysunki: Letizia Cadonici
Kolory: Francesco Segala
Tłumaczenie: Paweł Bulski
Tytuł oryginału: House of Slaughter Vol. 6 – Azure
Wydawnictwo: Non Stop Comics
Wydawca oryginału: Boom Comics
Data wydania: marzec 2026
Liczba stron: 144
Oprawa: miękka
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-6854-196-0

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 07. 05. 2026).

środa, 15 lipca 2026

Walter M. Miller Jr. "Kantyczka dla Leibowitza" - Recenzja

 

Postapokalipsa od lat jest zwierciadłem zbiorowych lęków – zmieniają się tylko ich źródła. Dawniej był to strach przed nuklearną zagładą, dziś dochodzą do niego obawy związane z kryzysem klimatycznym, niekontrolowanym rozwojem technologii czy rozpadem porządku społecznego. Niezależnie od epoki gatunek nie tyle opowiada o końcu świata, ile o konsekwencjach ludzkich decyzji i złudzeniu, że „tym razem będzie inaczej”. Na tym tle „Kantyczka dla Leibowitza” jawi się jako dzieło wyjątkowe – nie tylko dlatego, że powstało w cieniu zimnowojennej paranoi, ale przede wszystkim dlatego, że wykracza poza doraźny komentarz do swojej epoki.

Akcja rozgrywa się na przestrzeni stuleci po nuklearnej zagładzie, która cofnęła ludzkość do poziomu barbarzyństwa i doprowadziła do odrzucenia dawnej wiedzy. Pierwszy segment skupia się na losie braci z Zakonu Leibowitza, którzy w postapokaliptycznej rzeczywistości mozolnie kopiują i przechowują szczątki przedwojennej nauki, traktując je niemal jak relikwie, mimo że często nie rozumieją ich znaczenia. W drugiej odsłonie, gdy cywilizacja zaczyna się odradzać, zgromadzona przez zakon wiedza staje się fundamentem nowego renesansu, a uczeni i władcy ponownie odkrywają potęgę nauki, nie zawsze jednak wyciągają właściwe wnioski z przeszłości. Finał przenosi nas do świata, który osiągnął zaawansowanie technologiczne porównywalne z dawną cywilizacją, po czym ponownie stanął w obliczu konfliktów i widma samozagłady. Zakon stara się ocalić to, co może przetrwać kolejną katastrofę.

Najciekawiej wypada sposób, w jaki Walter M. Miller Jr. konstruuje wizję historii jako procesu cyklicznego. Kolejne części powieści układają się w powtarzalny schemat: odradzanie się cywilizacji po katastrofie, stopniowy rozwój wiedzy i technologii aż po moment, w którym ludzkość znów sięga po narzędzia prowadzące do samozniszczenia. To coś więcej niż efektowna rama konstrukcyjna – to wyraźna teza, w myśl której postęp techniczny nie idzie w parze z rozwojem moralnym. Miller z rozmysłem podważa optymistyczną wiarę w nieustanny rozwój, sugerując, że człowiek pozostaje w gruncie rzeczy taki sam, niezależnie od epoki. Co jednak istotne, nie prowadzi to do całkowitego nihilizmu, ponieważ w tle tej diagnozy pojawia się przekonanie, że pewne wartości są w stanie przetrwać nawet największe załamania.

Na osobną wzmiankę zasługuje motyw napięcia między elitami intelektualnymi a resztą społeczeństwa, brzmiący zaskakująco aktualnie. Miller pokazuje świat, w którym pamięć o dawnych katastrofach prowadzi do nieufności wobec osiągnięć nauki i tych, którzy je przechowują. Wiedza staje się w nim czymś podejrzanym, a jej strażnicy funkcjonują na marginesie. Choć w powieści rzecz przybiera skrajną formę, to łatwo dostrzec tu echo współczesnych zjawisk. Widać to chociażby w rosnącej podejrzliwości wobec ekspertów, sporach wokół autorytetu nauki czy widocznym zwłaszcza w czasie pandemii koronawirusa ruchu antyszczepionkowców. Miller nie jest łopatologiczny, ale sugeruje, że zerwanie więzi między wiedzą a społeczeństwem ma poważne konsekwencje, bo bez zaufania zwykłego człowieka, najbardziej wartościowe osiągnięcia mogą zostać odrzucone lub wypaczone.

Równie ważny jest motyw przechowywania i przekazywania wiedzy, która w świecie po katastrofie urasta do rangi kluczowej. Miller pokazuje zakon jako strażnika fragmentów dawnej cywilizacji – często niezrozumiałych, ale mimo to chronionych przed zapomnieniem. To jednak nie tylko opowieść o fizycznym ocalaniu wiedzy, lecz także o jej kruchości i podatności na zniekształcenia. W tym kontekście szczególnie interesująco wybrzmiewa współczesne odczytanie powieści: dziś problemem nie jest już wyłącznie utrata wiedzy, lecz jej nadmiar, rozproszenie i podatność na manipulację. Samo istnienie nie gwarantuje jej zrozumienia ani właściwego wykorzystania. Ostatecznie książka stawia niewygodne pytanie o to, czy cywilizacja potrafi naprawdę uczyć się na własnych doświadczeniach, skoro nawet zachowana wiedza z czasem może zostać zdeformowana.

„Kantyczka dla Leibowitza” to opowieść, którą trudno zignorować – nie tylko jako klasykę gatunku, ale przede wszystkim jako wciąż żywy komentarz do rzeczywistości. Walter M. Miller Jr. stworzył dzieło, które wyraźnie wyrasta z lęków swojej epoki, ale zaskakująco dobrze znosi próbę czasu i pozostaje aktualne także w kolejnych dekadach. To jeden z tych tytułów, które nie zawsze czyta się łatwo, ale rekompensuje to wagą poruszanych tematów i zdolnością do prowokowania refleksji. To książka, która się nie starzeje, ale niepokojąco przystaje do zmieniającego się świata. Być może właśnie dlatego wciąż zasługuje na miano klasyki, do której warto wracać nie z obowiązku, lecz z potrzeby zrozumienia tego, co dzieje się wokół nas.

Autor: Walter M. Smith Jr.
Tytuł: Kantyczka dla Leibowitza
Tytuł oryginału: A Canticle for Leibowitz
Tłumaczenie: Adam Szymanowski
Wydawca: Rebis
Data wydania: kwiecień 2026
Liczba stron: 424
ISBN: 978-83-8338-440-5

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 08. 05. 2026).

piątek, 10 lipca 2026

Star Wars. Inkwizytorzy - Recenzja

 

Inkwizytorzy. Psy gończe Dartha Vadera. Bohaterowie z jednej strony niezwykle charyzmatyczni, z drugiej bardzo enigmatyczni. Polujący na Jedi łowcy pobudzają wyobraźnię fanów, a opowieści, w których występują, stanowią pole do popisu dla autorów mających okazję powiedzieć coś ciekawego o postaciach ukrytych w cieniu i zapisać nowe karty w historii uniwersum Star Wars. Rodney Barnes, znany fanom m.in. za sprawą komiksu „Lando. Wszystko albo nic”, prezentuje opowieść, w której Inkwizytorzy mają być nie tylko tajemniczym dodatkiem.

Grupa imperialnych Inkwizytorów zostaje wysłana na misję schwytania ocalałego z Rozkazu 66 Jedi, Tensu Runa, który ukrywa się na odległej planecie, próbując odnaleźć swoje miejsce w świecie po upadku Zakonu. Polowanie szybko przeradza się w brutalną rozgrywkę nie tylko między łowcami a ofiarą, ale także wewnątrz samej grupy pościgowej, której członkowie rywalizują o uznanie Dartha Vadera i uniknięcie jego gniewu. W miarę rozwoju wydarzeń napięcie rośnie, a kolejne starcia obnażają zarówno determinację Jedi, jak i bezwzględność Imperium.

Ulokowanie opowieści w okresie obowiązywania (nie)sławnego „rozkazu 66” dawało spore możliwości. I w niektórych aspektach Barnes dobrze je wykorzystał. Udało mu się ukazanie opresyjności Imperium. W jego interpretacji to instytucja, która chce mieć całkowitą kontrolę nad życiem obywateli i rządzi prawdziwie żelazną ręką. Atmosfera ciągłego zagrożenia jest doskonale wyczuwalna, nawet w scenach z pozoru spokojnych, pokazujących życie na różnych planetach. Gdzieś w tle zawsze majaczy Imperium, które wszystko widzi, wszystko kontroluje. Taka narracja prowadzi świat przedstawiony w stronę mroku i desperacji i jest to dość przytłaczający obraz.

Potencjał Inkwizytorów nie został niestety w pełni wykorzystany. Autor stara się pokazać ich ludzką stronę i zaprezentować jako bohaterów z własnymi lękami, ambicjami i wewnętrznymi konfliktami, niestety szybko okazuje się, że rys psychologiczny jest jedynie lekko zarysowany i w żadnym momencie nie zostaje odpowiednio pogłębiony. Nie na tyle, by dobrze zrozumieć, czym kierują się kolejni członkowie tej brutalnej formacji. To tutaj Barnes miał największe możliwości, ale nie podołał zadaniu, także dlatego, że zbyt wiele uwagi poświęcił Vaderowi, który został wykorzystany jako postać ostatecznie rozwiązująca pojawiające się problemy i działająca na zasadzie „diabła z pudełka”.

Cztery zeszyty to chyba trochę za mało na historię, jaką chce opowiedzieć Barnes. Wiele wątków jedynie zarysowano, ale nie rozwinięto, a tempo narracji bywa zbyt szybkie. Efektem jest to, że nie udaje się nadać wydarzeniom odpowiedniego ciężaru. Można odnieść wrażenie, że autor przeskakuje między kluczowymi momentami bez budowania napięcia. Ten zarzut łączy się zresztą bezpośrednio z innymi problemami, zwłaszcza dotyczącymi postaci. W komiksie brakuje scen pogłębiających ich motywacje i relacje, przez co dramatyczne wydarzenia nie wybrzmiewają z realną siłą.

Rysunki generalnie pozostają całkiem czytelne, ale na znacznej przestrzeni albumu są także nieco zbyt zachowawcze i mało charakterystyczne. Mogłyby znaleźć się w każdym albumie z Odległej Galaktyki i do każdego, przez swoją generyczność, pasowałyby tak samo. Styl Ramona Rosanasa po prostu dobrze spełnia funkcję użytkową, ale nie zapada szczególnie w pamięć, nie wnosi też żadnej artystycznej świeżości. To bezpieczny standard Marvela.

Patrząc na „Inkwizytorów” całościowo, nie sposób nie ulec wrażeniu, że jest to komiks z dużym potencjałem, który nie został niestety odpowiednio wykorzystany. Dzieje się tak  głównie przez ograniczoną objętość i brak pełnego rozwinięcia pomysłów, a większość problemów (z płaskimi postaciami na czele) sprowadza się właśnie do tego, że historia nie dostała wystarczająco dużo miejsca, by wybrzmieć w pełni. To lektura typu „na raz i do zapomnienia”.

Seria: Star Wars
Tytuł: Inkwizytorzy
Scenariusz: Rodney Barnes
Rysunki: Ramon Rosanas
Kolory: GURU-eFX
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Tytuł oryginału: Star Wars: Inquisitors
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Marvel Comics
Data wydania: marzec 2026
Liczba stron: 108
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Format: 165 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-6323-2

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 05. 05. 2026).