sobota, 19 września 2026

DC All In. Alfa i Omega - Recenzja

 

Już za chwilę w Polsce wystartują dwie duże inicjatywy DC Comics. Dla fanów komiksów to wydarzenie o sporej skali – DC Absolute zbiera za Oceanem znakomite recenzje i notuje świetne wyniki sprzedażowe. Dobre opinie ma także DC All In. Na szczęście nie jesteśmy już tak daleko za rynkiem amerykańskim, dlatego polskie wydanie doczekało się premiery stosunkowo szybko. Zanim jednak dostaniemy danie główne, Egmont serwuje nam przystawkę. „DC All In. Alfa i Omega” stanowi prolog zarówno do całego DC All In, jak i do narodzin mrocznego Uniwersum Absolute.

Po zwycięskiej, ale niezwykle wyczerpującej konfrontacji z Amandą Waller członkowie Ligi Sprawiedliwości dochodzą do wniosku, że dotychczasowy sposób działania ich organizacji wymaga zmian. W tym celu zapraszają do współtworzenia Ligi wszystkich chętnych bohaterów. Nowa formuła szybko przechodzi chrzest bojowy, bo na horyzoncie ponownie pojawia się Darkseid. Tym razem jego poczynania wstrząsają fundamentami świata DC i prowadzą do narodzin nowego, bardziej bezwzględnego uniwersum.

Pierwsze, co rzuca się w oczy po wzięciu „Alfy i Omegi” do ręki, to naturalnie forma wydania. I nie mówię tu o jakości, bo to akurat sprawa oczywista. Egmont lubi dopieścić wydania specjalne, więc twarda oprawa i obwoluta przy tak niewielkiej objętościowo publikacji nie mają prawa dziwić. Chodzi mi o to, że komiks składa się z dwóch równoległych opowieści, z których każda zajmuje dokładnie połowę albumu. Gdy zbliżamy się do końca pierwszej, okazuje się, że musimy… odwrócić tom do góry nogami i poznać drugą, równolegle toczącą się historię. Pomysłowe, miłe dla oka i takie jakieś… bajeranckie. W sam raz, żeby nakarmić wewnętrzne duże dziecko, które drzemie w każdym z nas – fanów trykotów.

Wydanie to jedno, a jak prezentuje się sam komiks? To przede wszystkim ciekawe wprowadzenie nie do jednej, ale do dwóch nowych inicjatyw. Ten one-shot spełnia swoją rolę przede wszystkim dlatego, że umiejętnie łączy dwie zupełnie różne opowieści. Pierwsza z nich to klasyczna historia o Lidze Sprawiedliwości. Dostajemy tu wszystko, co znamy i lubimy: niespodziewane wyzwanie, współpracę bohaterów i intensywną akcję. Druga historia ma zdecydowanie mroczniejszy charakter i skupia się na Darkseidzie oraz konsekwencjach jego działań. Obie toczą się równolegle i wzajemnie się uzupełniają, dzięki czemu tworzą spójną całość i dobrze spełniają swoją rolę jako prolog nowej ery DC.

Dwa zeszyty składające się na omawiany album to przy dobrych wiatrach zaledwie piętnaście – dwadzieścia minut lektury. To oraz fakt, że zakończenie komiksu pozostaje otwarte, sprawia, że trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z rozbudowanym trailerem komiksów, które będą ukazywać się w obu wspomnianych wcześniej liniach wydawniczych. Ten album bardziej zapowiada, niż opowiada – to świadoma decyzja twórców, ale sprawia ona, że jako samodzielna historia „Alfa i Omega” pozostawia lekki niedosyt. Pewne wątpliwości budzi również to, czy taka forma działania Ligi Sprawiedliwości, jaką proponują twórcy, sprawdzi się w praktyce. Chodzi mianowicie o drużynę, do której może dołączyć praktycznie każdy superbohater. Ma to na celu pokazanie jedności całego środowiska herosów i usprawnienie współpracy między nimi, ale skoro każdy może być członkiem Ligi, to czy członkostwo nie traci przez to prestiżu? Tego akurat ten album jeszcze nie wyjaśnia, ale liczę, że twórcy rozwiną pomysł na przykład w serii poświęconej samej Lidze. Jej pierwszy tom jest już zresztą dostępny.

Warstwa graficzna albumu prezentuje się bardzo solidnie. Daniela Sampere, odpowiadającego za pierwszą połowę komiksu („Alfa”), wypada pochwalić przede wszystkim za efektowność i umiejętność utrzymania czytelności nawet w najbardziej dynamicznych momentach. Plansze pozostają przejrzyste od początku do końca, nawet podczas scen zbiorowych, co wcale nie jest takie oczywiste. Równie dobrze wypada druga połowa albumu. „Omegę” narysował Wes Craig. Jego styl jest bardziej surowy i ekspresyjny, co świetnie współgra z brutalnym charakterem opowieści o Darkseidzie. Oba style dobrze się uzupełniają i podkreślają odmienny charakter obu opowieści.

Komiks wprowadzający do DC All In i Uniwersum Absolute prezentuje się dobrze. Nie jest to co prawda zamknięta historia, ale stanowi interesujący przedsmak tego, co czeka nas w komiksie superbohaterskim w kolejnych miesiącach i latach. Jeśli kolejne albumy utrzymają poziom pomysłów i jakości wykonania zaprezentowany w „Alfie i Omedze”, fani DC mają sporo powodów do optymizmu.

Tytuł: Alfa i Omega
Seria: DC All In
Scenariusz: Joshua Williamson, Scott Snyder
Rysunki: Daniel Sampere, Wes Craig
Kolory: Alejandro Sanchez, Mike Spicer
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: DC All In Special #1
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: czerwiec 2026
Liczba stron: 60
Oprawa: twarda z obwolutą
Format: 170 x 260
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7379-8

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 22. 07. 2026).

poniedziałek, 14 września 2026

Batman. Miasto szaleństwa - Recenzja

 

Fakt, że DC Black Label nie wykazuje żadnych oznak kryzysu i prawie osiem lat po starcie mocno trzyma się na nogach, jest niezwykle budujący. Rynek zdecydowanie potrzebuje komiksów z DC utrzymanych w poważniejszym tonie i przeznaczonych dla dojrzalszego czytelnika. Imprint od lat udowadnia, że jest miejscem dla odważniejszych, bardziej autorskich projektów, pozwalającym twórcom eksperymentować z formą, gatunkiem i wizerunkiem znanych bohaterów. Kolejnym tytułem wydanym w ramach tej linii jest „Miasto szaleństwa” Christiana Warda – komiks, który już od pierwszych zapowiedzi wzbudzał spore zainteresowanie fanów. Twórcy obiecywali mroczną, horrorową interpretację Batmana. Sprawdźmy, czy efekt końcowy rzeczywiście okazał się tak intrygujący, jak sugerowały zapowiedzi.

Pod Gotham City znajduje się inna wersja miasta. Dolne Gotham to miejsce rodem z najgorszych koszmarów, które żywi się strachem mieszkańców powierzchni. Od dawna dostęp do niego pozostawał zamknięty, ale wydarzyło się coś, co ponownie otworzyło bramę między obiema rzeczywistościami. Wraz z nią na ulice Gotham przedostaje się zło, z jakim Batman nie miał dotąd do czynienia. Mroczny Rycerz będzie musiał zmierzyć się nie tylko z przerażającymi istotami i tajemnicami skrywanymi przez Dolne Gotham, ale również z pytaniami o naturę samego miasta oraz granice własnej wytrzymałości psychicznej.

Wielu czytelników i recenzentów zwróci zapewne największą uwagę na wizualną stronę tego albumu. Grafiki mogą być najpiękniejsze, lecz jeśli nie do końca gra scenariusz, nie uratują całego komiksu. I trochę tak to wygląda z „Miastem szaleństwa”. Wydaje się, że podstawowym problemem tej historii jest to, że autor po prostu chciał odrobinę za dużo. Ward porusza zbyt wiele tematów – od psychologicznego portretu Batmana, przez horror i elementy kosmicznej grozy, aż po rozbudowę mitologii Gotham – przez co żaden z nich nie wybrzmiewa z odpowiednią siłą. Zamiast skupić się na kilku najmocniejszych pomysłach i odpowiednio je rozwinąć, scenarzysta nieustannie dorzuca wątki. W efekcie kolejne motywy są nakreślone sprawnie, ale sprawiają wrażenie jedynie rzemieślniczo poprawnych i raczej nie pozostaną w pamięci na dłużej.

Nadmiar pomysłów nie oznacza jednak, że poszczególne detale tej opowieści nie są warte uwagi. Fani horroru (sam nim zresztą jestem) docenią z pewnością fakt, że atmosfera grozy wręcz wylewa się z kolejnych scen i kadrów. Niekoniecznie chodzi jednak o potwory czy brutalne sceny, lecz przede wszystkim o sposób budowania napięcia. Czytelnik przez większość czasu nie ma pewności, co jest prawdziwe, a co jedynie wytworem chorego umysłu lub wpływu tajemniczych sił. To właśnie atmosfera jest jedną z najmocniejszych stron tego albumu. Warto też zwrócić uwagę na inspiracje twórczością H.P. Lovecrafta. W komiksie pojawia się motyw pradawnego zła, niepojętych istot oraz miejsc, których istnienie podważa logikę świata. Jednocześnie horror ma tu wymiar psychologiczny, bo Batman musi mierzyć się nie tylko z fizycznym zagrożeniem, ale również z własnym strachem i ograniczeniami.

Horrorowe i oniryczne elementy są zatem mocną stroną „Miasta szaleństwa”, ale dostrzegłem niestety problemy z nierównym tempem opowieści. W pierwszym rozdziale scenarzysta pieczołowicie rozstawia fabularne pionki na planszy, ale im bliżej końca, tym za bardzo przyspiesza. Tej historii przydałyby się dwa rozdziały więcej, wtedy Ward uniknąłby tego pośpiechu. Dla niektórych czytelników mankamentem może być też sposób narracji, który potrafi być bardzo abstrakcyjny. Rozumiem, że taki był zamysł autora, zwłaszcza że w wielu miejscach nawiązuje on do „Azylu Arkham", jednak można odnieść wrażenie, że enigmatyczność i dziwność zbyt często przeważa nad klarownością fabuły.

Wspomniałem już o jakości warstwy graficznej i wydaje mi się, że niewiele recenzji „Miasta szaleństwa” oceni ją inaczej – ilustracje Warda są naprawdę piękne. W wielu momentach album zamienia się w wizualne widowisko zachwycające stylem. Autor postawił na malarski sznyt, dzięki czemu obraz Gotham jest żywy, pulsujący niepokojem i emocjami, momentami hipnotyzujący, a jednocześnie fascynująco odpychający. Kolejne plansze i kadry zostały doskonale przemyślane, przez co po zakończeniu lektury danej strony aż chce się do nich wrócić i jeszcze raz przyjrzeć się detalom oraz delektować się ich niezaprzeczalną jakością.

Zapowiadało się wybornie, ale ostatecznie „Miasto szaleństwa” więcej obiecuje, niż ma do zaoferowania. To komiks świetny wizualnie, który potrafi zachwycić nastrojem grozy skąpanym w oniryzmie, ale sęk w tym, że sama opowieść nie jest na tyle angażująca, żeby można było mówić o tytule, który ma szansę zostać zapamiętany na dłużej. Christian Ward udowadnia, że jako artysta dysponuje ogromnym talentem i wyjątkową wyobraźnią, jednak jako scenarzysta nie potrafił w pełni wykorzystać potencjału własnych pomysłów. Nie zrozummy się jednak źle – to nie jest zły komiks. Wręcz przeciwnie, miłośnicy nieoczywistych, horrorowych interpretacji Batmana znajdą tu sporo powodów do zadowolenia. Po prostu miałem chrapkę na o wiele więcej.

Tytuł: Batman. Miasto szaleństwa
Seria: DC Black Label
Scenariusz, rysunki i kolory: Christian Ward
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Batman. City of Madness
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: lipiec 2026
Liczba stron: 175
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 216 x 285
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7353-8

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 11. 08. 2026).

wtorek, 1 września 2026

Star Wars. Łowcy nagród. Tom 3: Wojna łowców nagród - Recenzja

 

Od samego początku „Łowcy nagród” należą do komiksów stricte rozrywkowych, w których nie chodzi o wiele więcej niż o rozwałkę. Ktoś złośliwy powiedziałby, że tak wyglądają przecież wszystkie komiksy ze świata „Star Wars”, ba – wygląda tak cała franczyza. Ale czy ja jestem złośliwy? Cóż. Jakkolwiek by nie było, trzecia odsłona cyklu nie tylko kontynuuje wątki zapoczątkowane wcześniej, ale wpasowuje się w większy event. Sprawdźmy, czy charakter tytułu pozostał taki sam jak wcześniej.

Valance i Dengar ścigają Bobę Fetta, transportującego zamrożonego w karbonicie Hana Solo. W przestępczym półświatku dzieje się jednak dużo więcej. Na arenę wydarzeń powraca dawno niewidziany syndykat, a inni łowcy nagród realizują swoje własne cele, które mogą okazać się brzemienne w skutkach. Nikt nie jest bezpieczny, kiedy galaktyką wstrząsa „Wojna łowców nagród”.

Co rzuca się w oczy jako pierwsze, gdy bierzemy komiks do ręki? No pewnie, że okładka. Ta jest tym razem wyjątkowo szkaradna. Widzimy walczących Chewbaccę i Valance’a, a w tle przewija się zaaferowany C-3PO. Wszystko rysowane grubą kreską, wykonane w bardzo topornym stylu, na jednolitym, żółtym tle. Chyba nie można było zaprezentować tej sceny w brzydszy sposób. W dobie, kiedy każdy zeszyt ma kilka okładek alternatywnych, wybranie takiego okropieństwa na front też jest w sumie jakimś wyczynem.

Na szczęście w środku komiks wypada lepiej. Należy przy tym, rzecz jasna, pamiętać, z jakim tytułem mamy do czynienia. Bo jego charakter nie zmienia się tu ani o jotę. Na pierwszym planie nadal stoi akcja i to o nią przede wszystkim chodzi. Wszystko podkręca dodatkowo fakt, że nad galaktykę nadciągnęła tytułowa „Wojna” (choć osobiście za celniejszy uważałbym tytuł „Wyścig łowców nagród”). Jakkolwiek by jednak nie patrzeć – akcji jest tu masa, wiązki laserowe przenikają co drugą stronę, a nad bohaterami nieustannie wisi niebezpieczeństwo. Jeśli szukacie tego typu fabuły, nie powinniście być zawiedzeni.

Momentami wydaje się jednak, że tej rozwałki jest tu po prostu nieco za dużo. Scenarzysta praktycznie w ogóle się nie zatrzymuje – chwil na refleksję nie ma na kartach tego albumu prawie w ogóle. Nie żebyśmy ich wybitnie potrzebowali, ale odrobinę lepsze podbudowanie emocjonalnego tła zawsze jest mile widziane. Jedyne momenty, które mogłyby temu służyć, to relacja na linii Valance-Dengar. Dwóch współpracujących łowców nagród niespecjalnie za sobą przepada, ale nie mają innego wyjścia, jak wspólnie dążyć do celu. Relacja tego typu potrafi wygenerować emocje i podobnie jest tym razem. Tarcia charakterologiczne dobrze się obserwuje, a obie postacie prezentują się w tych scenach wiarygodnie.

Ilustracje wypadają nieźle przede wszystkim w bardziej statycznych momentach. Tych nie ma tu jednak za wiele. W dominujących w komiksie scenach akcji grafiki potrafią być nieczytelne, zlewając się w jeden wielki ciąg strzelanin, wybuchów i mordobicia. Łatwo wtedy zgubić szczegóły, a konieczne staje się mocniejsze wytężanie oczu, żeby dobrze zobaczyć, co się właściwie dzieje w tym całym natłoku wrażeń.

Trzecia odsłona „Łowców nagród” całkiem dobrze wpisuje się w pierwszy wielki event tej inkarnacji „Star Wars”, jest też niezłą kontynuacją dwóch poprzednich tomów serii. To komiks „zadaniowy”. Ma dostarczyć czytelnikowi bezrefleksyjnej rozrywki i na tym polu, trzeba to przyznać, sprawdza się przyzwoicie. Lektura jest szybka, bezbolesna i w miarę angażująca. Od serii tego typu nikt chyba nie oczekuje wiele więcej.

Seria: Star Wars. Łowcy nagród
Tom: 3
Tytuł: Wojna łowców nagród
Scenariusz: Ethan Sacks
Rysunki: Paolo Villanelli
Kolory: Arif Pianto i inni
Tłumaczenie: Katarzyna Nowakowska
Tytuł oryginału: Star Wars: Bounty Hunters Vol. 3 - War of the Bounty Hunters
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Marvel Comics
Data wydania: wrzesień 2022
Liczba stron: 140
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Format: 165 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-5546-6