wtorek, 22 września 2026

Superman. Tom 1: Superwoman - Recenzja

 

W komiksach superbohaterskich zmiana jest właściwie jedyną stałą. Nie powinno to dziwić – mowa przecież o jednej z najbardziej dochodowych gałęzi współczesnej popkultury. Ale strona biznesowa to nie wszystko. Fani kochają zamaskowanych herosów, utożsamiają się z nimi i chcą poznawać ich kolejne przygody. Dlatego twórcy nie boją się eksperymentować z bohaterami, obsadzając ich w rolach, których wcześniej nikt by się po nich nie spodziewał. Komiksem tego typu jest „Superwoman”, w którym strój z charakterystycznym „S” na piersi zakłada… Lois Lane.

Po wydarzeniach, jakie miały miejsce we „Władzy absolutnej”, Lois Lane zyskuje supermoce. Czy okażą się trwałe, czy też są jedynie tymczasowe? Tego na razie nie wiadomo, jednak Lois postanawia wykorzystać swoje nowe zdolności do pomagania innym. Okazja do ich przetestowania pojawia się szybciej, niż można było przypuszczać. W Metropolis dochodzi do serii niebezpiecznych incydentów, a na scenę wkraczają tajemniczy Time Trapper oraz największy wróg Supermana – Doomsday.

Jedną z niespodzianek „Superwoman” jest powrót Doomsdaya. Czy ta potężna postać to dobry wybór na antagonistę komiksu stanowiącego otwarcie nowego etapu przygód Supermana i jego towarzyszy? O dziwo – tak! Jego obecność to jeden z najciekawszych elementów tej historii, a to z tego względu, że Doomsday przechodzi jedną z największych przemian w swoich dziejach. Przez lata funkcjonował on głównie jako uosobienie czystej destrukcji, a nie szczególnie złożony przeciwnik. Ale Williamson zmienia jego postrzeganie. To nie jest już wyłącznie bezmyślny tytan niszczący wszystko na swojej drodze – on staje się osią znacznie większej historii, która dotyczy czasu, przestrzeni oraz grzechów przeszłości i przyszłości. Autor nie odebrał mu przy tym brutalności, ale nadał nowy, bardziej nieprzewidywalny wymiar, dzięki czemu Doomsday po raz pierwszy od wielu lat staje się naprawdę interesującą postacią. To jedna z najlepszych decyzji scenariuszowych w całym albumie.

Równie interesująco wypada motyw Lois Lane jako Superwoman. Obdarzenie tej postaci mocami było ryzykowne. Zawsze odgrywała ważną rolę, ale nie stała w centrum wydarzeń w ten najbardziej bezpośredni sposób. Pomysł łatwo mógł zamienić się w tani chwyt marketingowy, ale na szczęście twórcy wiedzieli, co robią. Najważniejsze jest to, że scenarzysta nie idzie po linii najmniejszego oporu i nie robi z Superwoman kobiecej wersji Supermana. Supermoce nie zmieniają jej osobowości, jedynie otwierają przed nią nowe możliwości działania, a Lois nadal pozostaje przede wszystkim błyskotliwą dziennikarką i redaktorką, rozwiązującą problemy dzięki inteligencji oraz doświadczeniu. Te cechy definiują ją zarówno jako Lois Lane, jak i Superwoman. Równie ważne jest to, że Superman nie schodzi tu na drugi plan. To wciąż historia Supermana, ale tym razem równie ważna okazuje się relacja między Kentami. Opiera się ona na wzajemnym szacunku i partnerstwie, dzięki czemu Superwoman jest w tej interpretacji naturalnym rozwinięciem postaci Lois, a nie próbą zastąpienia dotychczasowego obrońcy Metropolis.

„Superwoman” ma sporo zalet, ale nie jest pozbawiona wad. Pewnym problemem, zwłaszcza dla nowych czytelników, może być dość wysoki próg wejścia. Numeracja przy tym albumie jest jedynie umowna. Ta „jedynka” na grzbiecie nie znaczy zbyt wiele. Aby dobrze zrozumieć, o co tu właściwie chodzi i dlaczego bohaterowie znaleźli się właśnie w takim położeniu, warto przynajmniej trochę orientować się w tym, co działo się w poprzednich albumach. Im dalej w lekturę, tym więcej odniesień do wcześniejszych wydarzeń. Wiele można wywnioskować z kontekstu, ale z pewnością nie wszystko. Jeśli chcecie mieć lepszy obraz, warto sięgnąć po kilka starszych albumów, chociażby po wydaną niedawno „Władzę absolutną”. Wyzwaniem dla niektórych czytelników może być też stopień skomplikowania fabuły. Tak to jednak bywa w przypadku opowieści związanych z podróżami w czasie, a tu dochodzi do tego jeszcze motyw przeznaczenia i całej rozbudowanej mitologii Uniwersum DC. Materiału do przyswojenia jest więc całkiem sporo.

Na pochwałę zasługuje oprawa wizualna. Dan Mora po raz kolejny udowadnia, że należy do ścisłej czołówki rysowników DC, serwując rysunki niezwykle przejrzyste i dobrze skomponowane. Jego kadry są nie tylko niezwykle czytelne, ale także pełne energii i świetnie oddają emocje bohaterów. Doskonale sprawdzają się w dynamiczniejszych fragmentach (a tych jest tu sporo) – widać to na przykład w scenach z udziałem Doomsdaya. Co równie ważne, Mora odnajduje się też w spokojniejszych momentach. Mimika bohaterów i subtelna mowa ciała sprawiają, że relacja Clarka i Lois wypada bardzo naturalnie. Artysta doskonale oddaje też charakter samego Metropolis, które jest pełne światła, kolorów i futurystycznego rozmachu, co idealnie współgra z tonem całej historii.

Kolejny (lub „pierwszy”) album „Supermana” to naprawdę dobra lektura. Ba, być może nawet jeden z najlepszych superbohaterskich komiksów ostatnich miesięcy. Jedno jest pewne: tak dobrze przy poznawaniu nowych przygód Kal-Ela i jego towarzyszy nie bawiłem się już dawno. W tej opowieści czuć świeżość (świetne interpretacje znanych postaci i motywów), przygodę (akcja angażuje), a przede wszystkim czuć rosnącą stawkę. Z każdym kolejnym zeszytem wydarzenia nabierają coraz większego rozmachu, a Williamson umiejętnie dokłada następne elementy fabularnej układanki. To wszystko składa się na angażującą całość, którą śmiało mogę polecić wszystkim fanom trykotów, a zwłaszcza tym, którym szczególnie bliski jest Człowiek ze Stali. Jeśli właśnie tak ma wyglądać nowy etap przygód Supermana, to Joshua Williamson obrał obiecujący kierunek.

Tytuł: Superwoman
Seria: Superman
Tom: 1
Scenariusz: Joshua Williamson
Rysunki: Dan Mora i inni
Kolory: Alejandro Sanchez, Rex Lokus
Tłumaczenie: Jakub Syty
Tytuł oryginału: Superman Vol. 4: Rise of the Superwoman
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: lipiec 2026
Liczba stron: 180
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 167 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7354-5

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 13. 08. 2026).

niedziela, 20 września 2026

Philip K. Dick "Tytańscy gracze" - Recenzja

 

Philip K. Dick należy do najbardziej znanych i cenionych pisarzy science fiction wszech czasów. To spod jego pióra wyszły powieści takie jak „Człowiek z Wysokiego Zamku” czy „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?”, na które prędzej czy później natknie się niemal każdy miłośnik gatunku. Jego dorobek jest jednak znacznie bogatszy i obejmuje również wiele mniej znanych książek, które pozostają w cieniu jego największych osiągnięć. Jedną z nich są właśnie „Tytańscy gracze”, wydani po raz pierwszy w 1963 roku. Jeśli chodzi o najlepsze powieści autora, mało kto wymienia ten tytuł w jednym szeregu z „Ubikiem” czy „Trzema stygmatami Palmera Eldritcha”. Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z pozycją nieudaną lub niegodną uwagi.

Akcja powieści rozgrywa się w przyszłości, wiele lat po wyniszczającej wojnie nuklearnej, która doprowadziła ludzkość do kryzysu demograficznego. W świecie dotkniętym powszechną bezpłodnością ogromne znaczenie zyskuje gra zwana Blefem, pozwalająca zdobywać niebagatelne korzyści. Pete Garden, zamożny mieszkaniec Kalifornii, po przegranej partii traci żonę i zostaje wciągnięty w serię coraz bardziej niepokojących wydarzeń. Na horyzoncie pojawiają się obcy z Tytana, polityczne intrygi, zagadkowe morderstwo oraz pytania o to, komu można ufać. Z czasem okazuje się, że stawką jest nie tylko wynik kolejnej rozgrywki, ale również przyszłość całej Ziemi.

Jak prezentują się „Tytańscy gracze” w kontekście dickowskich klasyków? Zaskakująco dobrze. Już od pierwszych stron widać, że jest to powieść, która jak w soczewce skupia większość tematów i obsesji przewijających się przez twórczość autora. Znajdziemy tu paranoję, kryzys tożsamości, niepewność co do natury rzeczywistości oraz bohaterów usiłujących odnaleźć się w świecie, którego zasady nie do końca rozumieją. Jest jednak także druga strona medalu. Książka momentami sprawia wrażenie kilku różnych powieści połączonych w jedną całość. Dick wrzuca do fabuły mnóstwo pomysłów, wątków i motywów, przez co całość bywa chaotyczna. Paradoksalnie właśnie to może okazać się jedną z największych zalet „Tytańskich graczy”. Wiele zależy od nastawienia czytelnika i tego, jak bardzo odpowiada mu charakterystyczny styl autora. Jeśli twórczość Dicka nie jest nam obca, istnieje spora szansa, że odnajdziemy się w tej historii bez większego problemu i z przyjemnością damy się porwać jej kontrolowanemu szaleństwu.

Bardzo interesująco wypada główna idea powieści. Dick przedstawia społeczeństwo dotknięte plagą bezpłodności, które stopniowo pogrąża się w stagnacji i traci perspektywy na przyszłość. W takich realiach ogromnego znaczenia nabiera gra znana jako Blef. Nie jest to jednak zwykła rozrywka. Jej stawką mogą być nie tylko pieniądze czy nieruchomości, ale również pozycja społeczna, wpływy, a nawet współmałżonkowie. W efekcie właściwie całe życie społeczne zostaje podporządkowane regułom gry. Trudno nie dostrzec w tym pomyśle komentarza do świata, w którym niemal wszystko można sprzedać, kupić lub uczynić przedmiotem rywalizacji. Dick pokazuje rzeczywistość zdominowaną przez własność, hazard i nieustanną walkę o status, a jednocześnie sugeruje, że ludzie coraz częściej pozwalają, by o ich losie decydował przypadek. Pomysł ten, mimo upływu ponad sześćdziesięciu lat od premiery książki, pozostaje zaskakująco aktualny.

Pewnym problemem może okazać się fakt, że „Tytańscy gracze” wymagają od czytelnika dużej uwagi. Na kolejnych stronach pojawia się mnóstwo postaci, organizacji oraz politycznych i rodzinnych zależności, a Dick nie spieszy się z wyjaśnianiem zasad rządzących wykreowanym przez siebie światem. Zamiast tego od razu wrzuca odbiorcę w sam środek wydarzeń, zmuszając go do samodzielnego składania kolejnych elementów układanki. W efekcie momentami można mieć trudności z ustaleniem, jakie są motywacje poszczególnych bohaterów, kto mówi prawdę i które elementy świata przedstawionego są rzeczywiste. Trudno jednak uznać to za wadę dyskwalifikującą książkę. Zagubienie czytelnika, niepewność i ciągłe podważanie rzeczywistości stanowią przecież jedne z najbardziej charakterystycznych elementów twórczości Dicka. Osoby oczekujące zwartej i klarownie prowadzonej fabuły mogą być tym rozczarowane, ale miłośnicy autora prawdopodobnie poczują się tutaj jak w domu.

Jakkolwiek istotną rolę odgrywa w powieści Blef, najciekawszą grą okazuje się tutaj gra tożsamości. Bohaterowie nieustannie zakładają maski, ukrywają swoje prawdziwe cele i próbują przechytrzyć zarówno przeciwników, jak i sojuszników. Co więcej, nie zawsze wiedzą, kim naprawdę są osoby znajdujące się obok nich. To właśnie w takich momentach „Tytańscy gracze” stają się najbardziej dickowscy. Autor po raz kolejny eksploruje temat kruchej i niepewnej tożsamości, pokazując świat, w którym prawda jest względna, a pozory potrafią być bardziej przekonujące niż rzeczywistość. W rezultacie czytelnik, podobnie jak bohaterowie, niemal do samego końca nie może być pewien, komu ufać i jakie informacje są wiarygodne. Dzięki temu powieść, mimo całego swojego chaosu, potrafi autentycznie angażować i intrygować. Blef pozostaje ważnym elementem fabuły, ale ostatecznie jest tylko najbardziej widoczną metaforą znacznie większej gry.

Lektura „Tytańskich graczy” okazała się doświadczeniem udanym, choć trudno postawić tę powieść w jednym szeregu z największymi dziełami Philipa K. Dicka. Autor porusza tutaj wiele tematów i obsesji doskonale znanych z jego późniejszej twórczości, jednak w innych książkach robił to zwykle w sposób bardziej przekonujący. Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z pozycją przeciętną. W przypadku Dicka nawet utwory uznawane za mniej istotne potrafią zawstydzić pomysłowością wielu innych twórców science fiction. „Tytańscy gracze” nie należą może do ścisłej czołówki dokonań Dicka, ale bez wątpienia pozostają powieścią wartą poznania i interesującym elementem jego bogatego dorobku.

Autor: Philip K. Dick
Tytuł: Tytańscy gracze
Tytuł oryginału: The Game-Players of Titan
Tłumaczenie: Teresa Tyszkowiecka-Tarkowska
Wydawca: Dom Wydawniczy Rebis
Data wydania: 16 czerwca 2026
Liczba stron: 264
ISBN: 978-83-8338-498-6

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 20. 07. 2026).

sobota, 19 września 2026

DC All In. Alfa i Omega - Recenzja

 

Już za chwilę w Polsce wystartują dwie duże inicjatywy DC Comics. Dla fanów komiksów to wydarzenie o sporej skali – DC Absolute zbiera za Oceanem znakomite recenzje i notuje świetne wyniki sprzedażowe. Dobre opinie ma także DC All In. Na szczęście nie jesteśmy już tak daleko za rynkiem amerykańskim, dlatego polskie wydanie doczekało się premiery stosunkowo szybko. Zanim jednak dostaniemy danie główne, Egmont serwuje nam przystawkę. „DC All In. Alfa i Omega” stanowi prolog zarówno do całego DC All In, jak i do narodzin mrocznego Uniwersum Absolute.

Po zwycięskiej, ale niezwykle wyczerpującej konfrontacji z Amandą Waller członkowie Ligi Sprawiedliwości dochodzą do wniosku, że dotychczasowy sposób działania ich organizacji wymaga zmian. W tym celu zapraszają do współtworzenia Ligi wszystkich chętnych bohaterów. Nowa formuła szybko przechodzi chrzest bojowy, bo na horyzoncie ponownie pojawia się Darkseid. Tym razem jego poczynania wstrząsają fundamentami świata DC i prowadzą do narodzin nowego, bardziej bezwzględnego uniwersum.

Pierwsze, co rzuca się w oczy po wzięciu „Alfy i Omegi” do ręki, to naturalnie forma wydania. I nie mówię tu o jakości, bo to akurat sprawa oczywista. Egmont lubi dopieścić wydania specjalne, więc twarda oprawa i obwoluta przy tak niewielkiej objętościowo publikacji nie mają prawa dziwić. Chodzi mi o to, że komiks składa się z dwóch równoległych opowieści, z których każda zajmuje dokładnie połowę albumu. Gdy zbliżamy się do końca pierwszej, okazuje się, że musimy… odwrócić tom do góry nogami i poznać drugą, równolegle toczącą się historię. Pomysłowe, miłe dla oka i takie jakieś… bajeranckie. W sam raz, żeby nakarmić wewnętrzne duże dziecko, które drzemie w każdym z nas – fanów trykotów.

Wydanie to jedno, a jak prezentuje się sam komiks? To przede wszystkim ciekawe wprowadzenie nie do jednej, ale do dwóch nowych inicjatyw. Ten one-shot spełnia swoją rolę przede wszystkim dlatego, że umiejętnie łączy dwie zupełnie różne opowieści. Pierwsza z nich to klasyczna historia o Lidze Sprawiedliwości. Dostajemy tu wszystko, co znamy i lubimy: niespodziewane wyzwanie, współpracę bohaterów i intensywną akcję. Druga historia ma zdecydowanie mroczniejszy charakter i skupia się na Darkseidzie oraz konsekwencjach jego działań. Obie toczą się równolegle i wzajemnie się uzupełniają, dzięki czemu tworzą spójną całość i dobrze spełniają swoją rolę jako prolog nowej ery DC.

Dwa zeszyty składające się na omawiany album to przy dobrych wiatrach zaledwie piętnaście – dwadzieścia minut lektury. To oraz fakt, że zakończenie komiksu pozostaje otwarte, sprawia, że trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z rozbudowanym trailerem komiksów, które będą ukazywać się w obu wspomnianych wcześniej liniach wydawniczych. Ten album bardziej zapowiada, niż opowiada – to świadoma decyzja twórców, ale sprawia ona, że jako samodzielna historia „Alfa i Omega” pozostawia lekki niedosyt. Pewne wątpliwości budzi również to, czy taka forma działania Ligi Sprawiedliwości, jaką proponują twórcy, sprawdzi się w praktyce. Chodzi mianowicie o drużynę, do której może dołączyć praktycznie każdy superbohater. Ma to na celu pokazanie jedności całego środowiska herosów i usprawnienie współpracy między nimi, ale skoro każdy może być członkiem Ligi, to czy członkostwo nie traci przez to prestiżu? Tego akurat ten album jeszcze nie wyjaśnia, ale liczę, że twórcy rozwiną pomysł na przykład w serii poświęconej samej Lidze. Jej pierwszy tom jest już zresztą dostępny.

Warstwa graficzna albumu prezentuje się bardzo solidnie. Daniela Sampere, odpowiadającego za pierwszą połowę komiksu („Alfa”), wypada pochwalić przede wszystkim za efektowność i umiejętność utrzymania czytelności nawet w najbardziej dynamicznych momentach. Plansze pozostają przejrzyste od początku do końca, nawet podczas scen zbiorowych, co wcale nie jest takie oczywiste. Równie dobrze wypada druga połowa albumu. „Omegę” narysował Wes Craig. Jego styl jest bardziej surowy i ekspresyjny, co świetnie współgra z brutalnym charakterem opowieści o Darkseidzie. Oba style dobrze się uzupełniają i podkreślają odmienny charakter obu opowieści.

Komiks wprowadzający do DC All In i Uniwersum Absolute prezentuje się dobrze. Nie jest to co prawda zamknięta historia, ale stanowi interesujący przedsmak tego, co czeka nas w komiksie superbohaterskim w kolejnych miesiącach i latach. Jeśli kolejne albumy utrzymają poziom pomysłów i jakości wykonania zaprezentowany w „Alfie i Omedze”, fani DC mają sporo powodów do optymizmu.

Tytuł: Alfa i Omega
Seria: DC All In
Scenariusz: Joshua Williamson, Scott Snyder
Rysunki: Daniel Sampere, Wes Craig
Kolory: Alejandro Sanchez, Mike Spicer
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: DC All In Special #1
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: czerwiec 2026
Liczba stron: 60
Oprawa: twarda z obwolutą
Format: 170 x 260
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7379-8

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 22. 07. 2026).