sobota, 3 października 2026

Star Wars. Dziedzictwo Vadera. Tom 1: Rządy Kylo Rena - Recenzja

 

Nie znam fana „Star Wars”, który uważałby, że trylogia sequeli jest najlepszym, co przydarzyło się tej franczyzie. Epizody VII, VIII i IX można określić mianem „niedopracowanych”, i będzie to naprawdę spory gest dobrej woli, jeśli nie dorzucimy do tego kilku mniej przyjemnych określeń. Niezależnie jednak od tego, jak bardzo podzieliły one fanów, faktem pozostaje, że istnieją i stanowią część obowiązującego kanonu. Ten zaś wciąż jest rozwijany, również na kartach komiksów. Jednym z najciekawszych elementów tej ery pozostaje Kylo Ren – bohater budzący emocje i mający zdecydowanie większy potencjał, niż udało się pokazać w filmach. Nic więc dziwnego, że twórcy raz po raz próbują wypełniać luki w jego historii i lepiej zarysować drogę, którą kroczył.

Po objęciu przywództwa nad Najwyższym Porządkiem Kylo Ren pragnie nie tylko umocnić swoją władzę, ale również udowodnić, że jest godnym następcą Dartha Vadera. W tym celu wyrusza w podróż, która ma pomóc mu odkryć źródło mocy legendarnego Mrocznego Lorda Sithów. Odwiedza miejsca nierozerwalnie związane z życiem Anakina Skywalkera, wierząc, że ich historia wskaże mu drogę do jeszcze większej potęgi. Szybko okazuje się jednak, że podążanie śladami dziadka nie prowadzi do odpowiedzi, których szuka. Czy dziedzictwo Vadera rzeczywiście jest kluczem do przyszłości Kylo Rena, czy też będzie musiał znaleźć własną ścieżkę?

Charles Soule wielokrotnie udowadniał, że doskonale odnajduje się w opowieściach z Odległej Galaktyki. Choć dobiegła końca prowadzona przez niego regularna seria „Star Wars”, scenarzysta wcale nie żegna się z tym uniwersum – i bardzo dobrze. Niewielu autorów potrafiłoby z takim wyczuciem zmierzyć się z historią osadzoną w erze, która do dziś budzi wśród fanów tyle kontrowersji. Soule bierze na warsztat jedną z jej najbardziej charakterystycznych postaci. Kylo Ren od początku sprawiał wrażenie – zresztą nie bez powodów – niedopracowanej kopii Dartha Vadera. W filmach był prowadzony bez wyraźnego pomysłu, rozdarty między kolejnymi, nie zawsze spójnymi wizjami scenarzystów. Na szczęście Soule dostrzegł jego potencjał i na kartach tego komiksu znacząco pogłębia zarówno jego psychikę, jak i motywacje.

Bardzo istotne jest to, że Soule nie zmienia rdzenia charakteru Kylo Rena. Zamiast tego rozwija i dopracowuje te elementy, które aż się o to prosiły, robiąc to w sposób przemyślany i konsekwentny. Syn Hana i Lei nie staje się nagle zimnym, genialnym strategiem ani idealnym przywódcą Najwyższego Porządku. Nadal podejmuje pochopne decyzje, daje się ponosić emocjom i często działa pod wpływem gniewu. To właśnie dzięki tym wadom pozostaje wiarygodny i spójny z bohaterem, którego widzimy w filmach. Jednocześnie Kylo nie potrafi zbudować własnej legendy. Bardzo tego pragnie, jednak nieustannie porównuje się do Vadera i próbuje odtworzyć jego drogę. Problem polega na tym, że zna jedynie tę wersję historii, którą sobie wymyślił. Soule pokazuje więc człowieka ścigającego mit – kogoś, kto usiłuje dorównać wyidealizowanemu obrazowi przodka, nie dostrzegając, że od samego początku goni za własnym wyobrażeniem, a nie prawdziwą historią.

Komiksy i powieści rozwijające nowy kanon wypełniają luki między kolejnymi filmami trylogii sequeli, a „Rządami Kylo Rena” należą do najciekawszych przykładów takich tekstów. Soule pokazuje pierwsze decyzje nowego Najwyższego Przywódcy, relacje z podwładnymi oraz trudności wynikające z przejęcia kontroli nad organizacją stworzoną przez Snoke'a. Dzięki temu Kylo Ren zaczyna przypominać prawdziwego władcę, a nie jedynie impulsywnego użytkownika Mocy. Choć w jego zachowaniu wciąż można dostrzec cechy Dartha Vadera, Palpatine'a czy Snoke'a, scenarzysta umiejętnie łączy je w spójną osobowość, która nie sprawia wrażenia kalki żadnego z nich. Równie ważny okazuje się motyw dziedzictwa Vadera. Nie jest to jednak opowieść o samym Mrocznym Lordzie Sithów, lecz o tym, jak jego legenda wpływa na kolejne pokolenie. Chcąc znaleźć odpowiedzi na dręczące go pytania i odnaleźć ścieżkę do potęgi, Ben Solo dostrzega wyłącznie siłę Vadera, całkowicie ignorując jego ostateczne odkupienie. To błędne odczytanie historii dziadka staje się jednym z fundamentów całej opowieści.

Świetne wrażenie sprawia oprawa graficzna omawianego komiksu. Jest niezwykle… filmowa. Kiedy trzeba, potrafi być bardzo efektowna – zwraca uwagę dynamizm i szczegółowość scen walki, dodatkowo akcja pozostaje czytelna nawet w najbardziej intensywnych momentach. Luke Ross i Stefano Raffaele równie dobrze radzą sobie ze spokojniejszymi fragmentami, budują nastrój samą kompozycją kadrów, odpowiednio rozkładając akcenty i pozwalając wybrzmieć emocjom bohaterów. Na uwagę zasługuje też znakomite operowanie skalą. Rozległe panoramy planet, monumentalne budowle, wnętrza okrętów czy majestatyczne statki kosmiczne prezentują się naprawdę imponująco. Co istotne, doskonale wypadają zbliżenia na twarze bohaterów. Mimika jest przekonująca, emocje łatwe do odczytania, a poszczególne postacie zachowują charakterystyczne rysy, dzięki czemu bez trudu je rozpoznajemy.

Pierwsza część „Rządów Kylo Rena” to jeden z najlepszych komiksów „Star Wars”, jakie ukazały się w ostatnich latach. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się tego po opowieści osadzonej w erze, za którą zwyczajnie nie przepadam. Tym bardziej cieszy fakt, że Charles Soule udowadnia, iż nawet najbardziej kontrowersyjny fragment filmowego kanonu można twórczo rozwinąć i nadać mu znacznie więcej głębi. To również dowód na to, że bohaterowie sequelowej trylogii mieli znacznie większy potencjał, niż udało się wykorzystać na wielkim ekranie. Na szczęście komiksy i powieści potrafią skutecznie uzupełniać te braki, a pierwsza część „Rządów Kylo Rena” jest tego jednym z najlepszych przykładów. Mam nadzieję, że kontynuacja nie zmarnuje potencjału, który Charles Soule zbudował już na samym początku tej historii.

Seria: Star Wars
Tytuł: Dziedzictwo Vadera. Rządy Kylo Rena.
Tom: 1
Scenariusz: Charles Soule
Rysunki: Luke Ross, Stefano Raffaele
Kolory: Nolan Woodard
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Tytuł oryginału: Star Wars: Legacy of Vader Volume 1: The Reign of Kylo Ren 
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Marvel Comics
Data wydania: 2026
Liczba stron: 148
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Format: 165 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-8214-1

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 01. 09. 2026).

środa, 30 września 2026

Ira Levin "Żony ze Stepford" - Recenzja

 

Wznowienia klasycznych powieści to świetna sprawa, bo dzięki nim nowe pokolenia dostają możliwość zapoznania się z książkami, które weszły do kanonu literatury. Jeśli chodzi o pisarstwo Iry Levina, jego najsłynniejszym dziełem jest oczywiście „Dziecko Rosemary”, ale „Żony ze Stepford” nie stoją daleko w tyle. Odświeżenie tej pozycji to znakomity ruch, także ze względu na poruszaną tematykę, która dziś wydaje się wyjątkowo aktualna.

Joanna Eberhart wraz z mężem i dziećmi wprowadza się do małego miasteczka Stepford. Miejsce wydaje się wręcz wyjęte z amerykańskiego snu – jest spokojne, malownicze i schludne. Szybko okazuje się jednak, że ten obraz ma w sobie nutkę fałszu. Tutejsze kobiety to prawdziwe, nierzeczywiste wręcz ideały. Czy za tą fasadą perfekcji kryje się coś mroczniejszego? Joanna będzie musiała się tego dowiedzieć, jeśli chce zachować zdrowe zmysły.

Kim są kobiety w oczach mężczyzn? Czy powinny dostosowywać się do oczekiwań swoich partnerów? To jedna z istotniejszych kwestii poruszanych na kartach „Żon ze Stepford”. Levin podchodzi do tego zagadnienia w sposób przewrotny. Nie mówi niczego wprost, ale pokazuje wykrzywiony obraz rzeczywistości, w którym panowie za zamkniętymi drzwiami Stowarzyszenia Mężczyzn snują podłe, przebiegłe plany. Nietrudno się domyślić, jaka jest ich istota, zwłaszcza jeśli spojrzymy na obraz „idealnego” Stepford, w którym kobiety dbają o dom i o swoich mężów, nie wykazując przy tym żadnych innych ambicji.

Na kartach „Żon ze Stepford” Levin sugeruje, że jest to obraz, jaki chce widzieć w swoich domach większość głów rodzin – żony jako ładne, posłuszne laleczki, które nie tylko utrzymają porządek, ale i bez marudzenia zaspokoją wszystkie potrzeby seksualne swoich partnerów. Czy to prawda? Czy właśnie tak większość mężczyzn postrzega kobiety? Mimo że powieść na pewno trafiła w swoje czasy (bo w latach siedemdziesiątych XX wieku kwestia równouprawnienia kobiet nadal była niezwykle istotna i było o co walczyć), to wydaje się, że jest to wizja, która jednak za bardzo generalizuje. Na pewno efektowniej jest sprzedawać patologiczny obraz jako główną cechę charakteryzującą daną grupę, ale warto pamiętać, że świat po prostu nigdy nie wygląda aż tak czarno-biało.

„Żony ze Stepford” czyta się bardzo szybko. Levin prowadzi fabułę od punktu A do punktu B, nie zbaczając nigdzie po drodze. Taki zabieg dynamizuje tę statyczną w gruncie rzeczy opowieść i pomaga w utrzymaniu uwagi czytelnika. Pod względem konstrukcyjnym powieść wydaje się podobna do starszego o pięć lat „Dziecka Rosemary”. Jesteśmy świadkami rosnącego powoli niepokoju bohaterki i czujemy coraz bardziej zagęszczającą się atmosferę. Powstaje pytanie, czy coś jest nie tak z otaczającym panią Eberhart światem, czy może to ona powoli traci zdrowe zmysły? W bardzo podobnych okolicznościach żyła Rosemary Woodhouse. Mimo to nie sposób mówić o wtórności, bo zabieg po prostu działa – buduje napięcie, atmosferę i poczucie zagrożenia, a są to elementy niezwykle istotne w tej opowieści.

Kilka słów należy się jakości nowego wydania tej klasycznej powieści. Po wzięciu książki do ręki uwagę zwraca przede wszystkim starannie wykonana, stylowa okładka. Jest minimalistyczna, ale zapada w pamięć. Czy zdradza zbyt wiele? Być może, choć wydaje mi się, że i tak większość z czytelników doskonale wie, co znajdzie w środku. Książka mogłaby się co prawda obyć bez Kingowskiej polecajki, ale już trudno – widocznie część osób chętniej po nią sięgnie, jeśli zarekomenduje ją literacka osobistość tak wielkiego kalibru. W środku znajdziemy z kolei czcionkę sensownej wielkości (to plus zwłaszcza dla czytelników po czterdziestce, do których się zresztą zaliczam) i dobrze ustawione interlinie, co sprawia, że czyta się ją bez zmęczenia oczu. Wrażeniu schludności sprzyjają także twarda oprawa, niezbyt duży format oraz lekko chropowata okładka – książka bardzo dobrze leży w dłoni. Tylko tak wydane tytuły mają szansę odciągnąć mnie na dłużej od czytnika e-booków.

Prawie pięćdziesiąt pięć lat po premierze „Żony ze Stepford” nadal mają sporą siłę rażenia. Powieść Iry Levina nie tylko nie trąci myszką, ale nadal prowokuje do dyskusji o konflikcie płci i cenie niezależności. Choć ubrana w szaty literatury rozrywkowej, ma sporo do zaoferowania i jest warta kolejnych wydań, bo także dzisiaj pozostaje po prostu na czasie.

Autor: Ira Levin
Tytuł: Żony ze Stepford
Tytuł oryginału: The Stepford Wives
Tłumaczenie: Janusz Ochab
Wydawca: Albatros
Data wydania: maj 2026
Liczba stron: 192
ISBN: 978-83-8361-798-5

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 18. 05. 2026).

czwartek, 24 września 2026

Liga Sprawiedliwości bez granic. Tom 1: Ku Infernu - Recenzja

 

Stało się. DC All In oficjalnie ruszyło w Polsce, a my dostaliśmy odświeżone spojrzenie na superbohaterów ze stajni DC Comics. Teraz już nic nie będzie takie samo, a opowieści o zamaskowanych herosach wchodzą na nowy, wyższy poziom. No dobrze – żarty na bok. Wszelkiej maści restarty i nowe początki nie są przecież w tym gatunku niczym nowym, więc i ten nie okazał się żadną rewolucją. Najważniejsze jest to, czy twórcy mają dobry pomysł na to, by do kolejnych tytułów przyciągnąć czytelników, którzy nurt superhero znają od podszewki. Mają? Sprawdźmy!

Najwięksi superbohaterowie na Ziemi postanawiają zmienić formułę najbardziej znanej drużyny chroniącej Ziemię. Chcą stworzyć formację, która szybko i sprawnie będzie reagować na każde możliwe zagrożenie. W tym celu do współpracy w nowej Lidze Sprawiedliwości zostali zaproszeni bohaterowie, którzy na co dzień operują w zdecydowanie innych warunkach. Nowa, poszerzona Liga staje naprzeciwko przestępców nieznanego pochodzenia. Grupa znana jako Inferno sieje postrach na całym świecie, zmuszając superbohaterów do działania.

Nowa Liga Sprawiedliwości powstała w wyniku wydarzeń opisanych w zakończonym niedawno evencie „Władza absolutna”. Od klasycznej wersji drużyny różni się tym, że należy do niej znacznie więcej osób. Uzasadnienie takiego zabiegu jest proste – chodzi o to, żeby trudniej było „złapać" herosów rozproszonych po świecie i aby mogli szybciej oraz sprawniej reagować na zagrożenia, których jest multum. Ma to sens? Ma. Ale ten medal posiada też drugą stronę. Nagromadzenie bohaterów może szybko zmęczyć i stworzyć wrażenie przesytu. Przez większą część albumu Markowi Waidowi udaje się jednak tego problemu uniknąć, a to przede wszystkim dlatego, że umiejętnie skacze od jednego wątku do drugiego, nieustannie utrzymując wysokie tempo akcji oraz uwagę czytelnika.

Bohaterów faktycznie jest dużo, a co za tym idzie – nie każdy ma szansę na to, żeby w tej opowieści zaistnieć. Nieco zawiedzeni mogą być fani żelaznych członków Ligi Sprawiedliwości – ani Batmana, ani Wonder Woman, ani w końcu Supermana nie ma tu za wiele. Owszem, każde z nich potrafi mieć istotny wpływ na wydarzenia, ale nic nie kręci się bezpośrednio dookoła nich. W moich oczach jest to jednak bardzo odświeżający zabieg, bo daje on pole manewru tym, którzy zazwyczaj stoją w cieniu. I wydaje się, że właśnie takie są założenia całej inicjatywy „Bez granic". Ten manewr podnosi wartość innych bohaterów, bo nie ma już „rezerwowych”, a Liga nie ma zamkniętego składu. To świetnie oddaje ideę jedności, jaką superbohaterowie chcą szerzyć.

Zagrożenie, z jakim mierzą się tym razem bohaterowie, może nieco rozczarowywać. Tajemnicza grupa złoczyńców zwana Infernem to antagoniści wybitnie funkcjonalni. Nie dorównują charyzmą nie tylko Darkseidowi czy Brainiacowi. Nie stoją nawet w drugim szeregu komiksowych czarnych charakterów. Tak to przynajmniej wygląda na tę chwilę, bo może się jeszcze okazać, że scenarzysta ma jakiegoś asa w rękawie, a Inferno pokaże prawdziwe, bardziej złowieszcze oblicze. Na to po cichu liczę. Lepiej niż ta tajemnicza organizacja wypada za to szerszy plan fabularny – wątki wydają się wybiegać poza aktualne wydarzenia, co i rusz natrafiamy na kolejne tajemnice i sugestie. Wszystko to tworzy wrażenie, że w kolejnych tomach czeka na nas znacznie więcej fabularnych niespodzianek, które jeszcze bardziej podniosą stawkę.

Rysunki Dana Mory prezentują się naprawdę dobrze. Pochodzący z Kostaryki artysta często bywa ostatnio angażowany do dużych projektów DC Comics i powoli wyrasta na jednego z najciekawszych grafików wydawnictwa. Nic w tym dziwnego, bo tworzone przez niego ilustracje są po prostu efektowne i dopracowane. Cechuje je spora dynamika i efektowność, a co istotne – artysta nie zapomina też o detalach. Czasami zdarza mu się odrobinę przeładować plansze postaciami, ale w komiksie tego typu jest to rzecz właściwie nie do uniknięcia.

Pierwszy tom „Ligi Sprawiedliwości bez granic” ma być przede wszystkim rozrywkową opowieścią, umiejętnie rozkładającą akcenty na nowej mapie Uniwersum DC. I jako taka sprawdza się naprawdę dobrze. To album, który spokojnie można porównać do letniego blockbusterowego widowiska – ma jasno określoną stawkę, potrafi być emocjonujący, w odpowiednich momentach umiejętnie zawiesza akcję, płynnie skacze też między istotnymi wątkami. Mark Waid doskonale wie, co chce pokazać – w jego interpretacji Liga Sprawiedliwości ma ambicję ponownego znalezienia się w samym środku Uniwersum DC, chce stać się jego centralną, kluczową częścią. Jej sercem. Ten twórczy entuzjazm jest tu doskonale wyczuwalny, a „Ku infernu" stanowi udane otwarcie nowego rozdziału w DC Comics.

Tytuł: Ku infernu
Seria: Liga Sprawiedliwości bez granic
Scenariusz: Mark Waid
Rysunki: Dan Mora
Kolory: Tamra Bonvillain
Tłumaczenie: Marek Starosta
Tytuł oryginału: Justice League Unlimited. Vol 1: Into the Inferno
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: czerwiec 2026
Liczba stron: 132
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 167 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7352-1

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 23. 07. 2026).