czwartek, 18 czerwca 2026

Superman. Action Comics. Supergwiazdy - Recenzja

 

Superman jaki jest, każdy widzi. To ktoś na wskroś altruistyczny, bez reszty oddany mieszkańcom Ziemi – swojej przybranej ojczyzny. Takiego znają go miliony fanów komiksu na całym świecie i właśnie ten wizerunek stał się ikoniczny. „Supergwiazdy” to projekt, w którym twórcy składają hołd klasycznemu spojrzeniu na Człowieka ze Stali. W skład albumu wchodzi pięć opowieści, które oryginalnie ukazywały się na łamach najstarszego periodyku o przygodach Ostatniego Syna Kryptona, czyli „Action Comics”. Ich twórcy chcieli pokazać największego amerykańskiego bohatera przede wszystkim jako symbol nadziei.

Kolejna odsłona przygód Człowieka ze Stali zbiera w całość kilka osobnych, krótkich opowieści. Na ich kartach zobaczymy kolejne starcie Supermana z Bizarro, będziemy świadkami walki bohatera z kosmicznymi czempionami w obronie Ziemian, a także dowiemy się, jak awans na redaktorkę naczelną „Daily Planet” wpłynie na relację Lois z Clarkiem. A to jeszcze nie wszystkie fabularne atrakcje „Supergwiazd”.

Jedno należy sobie powiedzieć od razu – ten komiks nie jest czymś, co będziemy wspominać latami. Zamieszczone w nim opowieści w znacznej mierze są po prostu przyzwoite i nie mają ambicji wywrócenia do góry nogami czy to mitologii, czy wizerunku Supermana. Czasami scenarzyści próbują powiedzieć coś nowego, ale robią to bez rewolucyjnego zacięcia. Tak dzieje się na przykład w otwierającym całość segmencie. „Ja, Bizarro” stara się odejść od komediowego ujęcia tytułowej postaci i uderza w nieco bardziej dramatyczne tony. Jest tu nawet miejsce dla szczypty refleksji i tragizmu, choć otoczono ją sporą dawką trykociarskiego patetyzmu. Historia potrafi zainteresować, głównie za sprawą interesujących rozterek Bizarro, który staje się tu kimś na kształt wykrzywionego odbicia Supermana.

Segment autorstwa Gail Simone jest z kolei zauważalnie bardziej rozrywkowy. Kosmiczny turniej, podczas którego Superman przechodzi kolejne próby, a stawką całego wydarzenia jest życie mieszkańców kilku miast, to klasyczny komiksowy pretekst do akcji i rozwałki. To bardzo przystępna opowiastka, której główną zaletą jest niski próg wejścia i nieustanna akcja. Superman został w niej pokazany jako ktoś, kto bez cienia wątpliwości zdecyduje się na udział w ustawionych zawodach, byle tylko ochronić niewinnych przed zagrożeniem. To klasyczne spojrzenie, trudno jednak pozbyć się wrażenia, że jest to historia zbyt zachowawcza i przewidywalna – nikt, kto choć trochę zna komiksy z Człowiekiem ze Stali, nie będzie miał najmniejszego problemu z odgadnięciem jej przebiegu.

Pozostałe segmenty nie wychylają się raczej z okopów trykociarskiej zachowawczości, choć czasami mają ambicję na „coś więcej” – na plus wyróżnia się przede wszystkim „Siła wyższa”, w której w ciekawy sposób poruszono tematykę wpływu nadziei na nasze życie i konsekwencji tego, gdy zostanie nam odebrana. To najjaśniejszy moment albumu, po którym całość wraca w fabularne koleiny. Rozumiem – takie były założenia, ale trzysta stron takiego podejścia potrafi zmęczyć. Dla die-hard fanów Supka owa swojskość, owszem, może być przyjemna, bo odwołuje się do sprawdzonych schematów i tradycji, ale jednocześnie naprawdę trudno mówić w kontekście tego albumu o czymś świeżym czy zaskakującym. W rezultacie właściwie każda z zaprezentowanych tu opowieści, niezależnie od tego, przez kogo została napisana, wydaje się być przede wszystkim bezpieczna i nie oferuje wiele ponad to, co już znamy.

Na całej przestrzeni „Supergwiazd” warstwa graficzna prezentuje się naprawdę porządnie. Jeśli miałbym ją wpasowywać w ocenowe widełki, powiedziałbym, że jest dobrze, a momentami bardzo dobrze. Wiele zależy, rzecz jasna, od preferowanego przez konkretnego czytelnika stylu rysunków – mi do gustu najbardziej przypadły prace Eddy’ego Barrowsa. Są niezwykle wyraziste i dynamiczne, zwłaszcza w scenach akcji, a jako że ilustrowany przez Brazylijczyka segment zasadza się na nieustannej walce, ma on pole do pokazania pełni swoich – niemałych zresztą – umiejętności.

Lektura „Supergwiazd” potrafi być satysfakcjonująca, ale jedynie w pojedynczych momentach i konkretnych scenach – raczej nie jako całość. W tym drugim ujęciu album pozostawia po prostu poczucie niedosytu. Brakuje w nim świeżości. To wszystko już było, a zamiast reinterpretacji czy pogłębienia postaci, dostajemy raczej wariacje na znane od lat tematy. Jeśli komuś to nie przeszkadza, to lektura będzie bezbolesna, bo poza wrażeniem wtórności dostaliśmy tu historie fachowo skonstruowane, ale pozostałym komiks może zwyczajnie oferować zbyt mało.

Tytuł: Supergwiazdy
Seria: Superman. Action Comics
Scenariusz: Jason Aaron, Gail Simone i inni
Rysunki: John Timms, Eddy Barrows i inni
Kolory: Rex Lokus, Romulo Fajardo Jr. i inni
Tłumaczenie: Jakub Syty
Tytuł oryginału: Superman. Action Comics: Superstars
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: marzec 2026
Liczba stron: 336
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 167 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7337-8

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 04. 05. 2026).

czwartek, 4 czerwca 2026

Robert Jordan "Smok odrodzony" - Recenzja

 

„Koło czasu” zacząłem czytać mniej więcej ćwierć wieku temu (mój Boże, jak to brzmi…), ale przez wszystkie te lata nie udało mi się dotrzeć nawet do połowy cyklu. Jakiś czas temu postanowiłem wreszcie nadrobić tę zaległość. Lektura nie posuwa się może w zawrotnym tempie, jednak konsekwentnie przemierzam kolejne tomy monumentalnej sagi Roberta Jordana. Tym razem przyszła pora na „Smoka odrodzonego” – książkę, którą wielu fanów wskazuje jako jedną z najlepszych odsłon całego cyklu. Czy rzeczywiście zasługuje ona na tak wysokie noty?

Rand al'Thor coraz mocniej zmaga się ze świadomością, że jest Smokiem Odrodzonym – kimś, kto według przepowiedni ma stoczyć ostateczną walkę z Czarnym. Nie potrafiąc pogodzić się ze swoim przeznaczeniem, Rand wyrusza samotnie w niebezpieczną podróż. Tymczasem jego przyjaciele próbują go odnaleźć, a Egwene, Elayne i Nynaeve podejmują się misji związanej z działalnością Czarnych Ajah. W cieniu tych wydarzeń coraz aktywniej działają Przeklęci, a nad światem zawisa widmo konfliktu, który może odmienić losy całych krain.

Pierwsze, co rzuca się w oczy po skończeniu lektury, to fakt, że Jordan zastosował bardzo podobną konstrukcję fabularną jak w „Wielkim polowaniu”. Bohaterowie przez znaczną część książki podążają bowiem własnymi ścieżkami i podróżują, by ostatecznie spotkać się w jednym miejscu podczas wielkiego finału. Cóż to – tak szybko autor zaczyna zjadać własny ogon? Jakkolwiek do tak daleko idących konkluzji bym się nie posunął, to nie da się ukryć, że wrażenie pewnej wtórności faktycznie się na tych kartach pojawia. Tym bardziej że niektóre elementy podróży oraz związane z nimi zwroty akcji sprawiają momentami wrażenie znajomych. Z drugiej strony Jordanowi wciąż udaje się utrzymać zainteresowanie losami poszczególnych bohaterów, dzięki czemu podobieństwa do poprzedniego tomu nie stają się jeszcze poważnym problemem. To raczej sygnał, że autor znalazł schemat, który na tym etapie cyklu uznaje za najskuteczniejszy.

Tempo akcji „Smoka odrodzonego” potrafi być nierówne. Przez dłuższy czas dzieje się stosunkowo niewiele i to we wszystkich wątkach, jakie śledzimy. To swego rodzaju rozstawianie fabularnych figur – samo w sobie jest to posunięcie jak najbardziej zrozumiałe, ale odnoszę nieodparte wrażenie, że Jordanowi idzie ono nieco zbyt mozolnie. Większa liczba scen podnoszących napięcie byłaby zdecydowanie wskazana. Fabuła toczy się w powolnym tempie, by przyspieszyć dopiero w końcówce, kiedy wręcz rusza z kopyta. Ta dysproporcja jest wyraźnie odczuwalna podczas lektury. Co prawda autor wykorzystuje ten czas na dalsze rozwijanie świata przedstawionego i relacji między bohaterami, jednak nie zawsze wystarcza to do podtrzymania pełnego zaangażowania czytelnika. W efekcie środkowa część powieści sprawia wrażenie bardziej etapu przejściowego, który po prostu trzeba „odbębnić”, niż samodzielnej, w pełni satysfakcjonującej części całej historii.

Robert Jordan nazwał tę powieść „Smok odrodzony”, jednak sam tytuł okazuje się dość przewrotny. Dlaczego? Sugeruje on bowiem, że Rand al’Thor będzie stał w centrum wydarzeń, stając się osią, wokół której koncentruje się akcja. Tymczasem Randa jest tu jak na lekarstwo. Na wczesnym etapie fabuły znika gdzieś w tle i prawie nie pojawia się ponownie aż do samej końcówki. Dziwne? Początkowo właśnie tak mi się wydawało. Z czasem doszedłem jednak do wniosku, że być może taki był zamysł autora. Jordan nie pokazuje nam bowiem Smoka Odrodzonego bezpośrednio, lecz prezentuje jego wpływ na otoczenie. Rand jest nieobecny fizycznie, ale jego cień unosi się niemal nad każdym rozdziałem. Bohaterowie rozmawiają o nim, próbują go odnaleźć, martwią się o niego lub obawiają się konsekwencji jego działań. W ten sposób Jordan podkreśla, jak bardzo zmieniła się pozycja chłopaka, który jeszcze niedawno był skromnym pasterzem z Dwu Rzek, a dziś stał się figurą o znaczeniu niemal mitycznym. Paradoksalnie więc nieobecność Randa okazuje się jednym z najlepszych sposobów na pokazanie, jak ważną postacią się stał.

A jak prezentują się pozostali bohaterowie? Ważniejszą rolę zaczynają odgrywać Mat i Perrin, u których nareszcie widać, że podobnie jak Rand, również są ta’veren, czyli osobami, wokół których los wytycza własne ścieżki, i które wpływają na bieg wydarzeń znacznie mocniej niż zwykli ludzie. Obaj nadal starają się pozostawać na uboczu – rozgłos to ostatnie, czego pragną – ale chcąc nie chcąc, zaczynają odgrywać coraz istotniejszą rolę w kształtowaniu losów świata. Szczególnie interesujące jest obserwowanie, jak każdy z nich na swój sposób próbuje uciec przed przeznaczeniem, jednocześnie nieświadomie coraz bardziej się w nie wikłając.

Na drugim biegunie znajdują się kobiece postaci. Wątek Egwene, Elayne i Nynaeve jest wprawdzie istotny dla rozwoju fabuły, ale same bohaterki stały się momentami wyjątkowo irytujące. Zwłaszcza ta ostatnia sprawia wrażenie wiecznie złej i obrażonej na cały świat, a jej głównym zajęciem wydaje się szarpanie za warkocz i „dowalanie” mężczyznom, których niemal bez wyjątku uważa za bandę niekompetentnych głupców. Rozumiem, że Jordan świadomie buduje napięcia między płciami jako jeden z elementów swojego świata, jednak tutaj momentami ociera się to już o przesadę, zwłaszcza że rzecz jest przedstawiona bardzo jednostronnie.

Ważne jest również to, że w „Smoku odrodzonym” nie tylko pojawiają się, ale zaczynają realnie działać naprawdę potężni gracze, w tym Przeklęci – najgroźniejsi słudzy głównego adwersarza całego cyklu. To zdecydowanie działa na korzyść powieści. Jordan skutecznie podnosi stawkę całej historii, pokazując, jak bardzo zmieniła się jej skala na przestrzeni zaledwie trzech tomów. Jeszcze niedawno bohaterowie walczyli głównie o własne przetrwanie, dziś natomiast stają się uczestnikami rozgrywki, której wynik może zadecydować o losach całego świata.

Trzecia odsłona „Koła czasu” to naprawdę dobra powieść, jednak w porównaniu z poprzednim tomem sprawia wrażenie nieco słabszej. Taka ocena wynika przede wszystkim z poczucia wtórności – podobnej konstrukcji fabuły oraz faktu, że przez znaczną część lektury akcja rozwija się dość monotonnie. Nie zmienia to jednak faktu, że nadal mamy do czynienia z bardzo angażującą literaturą fantasy, która potrafi wciągnąć czytelnika na długie godziny. Robert Jordan konsekwentnie rozwija swój świat, rozbudowuje mitologię cyklu i przygotowuje grunt pod jeszcze bardziej epickie wydarzenia. Nawet jeśli „Smok odrodzony” nie zachwycił mnie tak bardzo jak „Wielkie polowanie”, to i tak po zakończeniu lektury bez większego wahania stwierdzam, że będę czytał ten cykl dalej. A to chyba najlepszy dowód na to, że autor wciąż wie, jak utrzymać zainteresowanie czytelnika.

Autor: Robert Jordan
Tytuł: Smok odrodzony
Tytuł oryginału: The Dragon Reborn
Tłumaczenie: Katarzyna Karłowska
Wydawca: Zysk i S-ka
Data wydania: 2020
Liczba stron: ok. 1000
ISBN: 978-83-8116-956-1 (ebook)

czwartek, 14 maja 2026

Batman. Knightfall. Tom 2: Upadek Mrocznego Rycerza - Recenzja

 

Czy „Knightfall” jest tak wysoko oceniany tylko przez sentyment fanów wychowanych na komiksach TM-Semic? Oczywiście, że nie – udowodnił to już pierwszy tom, w którym twórcy dopiero przygotowywali nas do wydarzenia, które swego czasu wstrząsnęło nie tylko Batmanem, ale całym DC Comics. Jednak, jak by nie patrzeć, „Prolog” był tylko… no tak – prologiem. Te najbardziej znaczące momenty miały dopiero nadejść. Opowiada o nich „Upadek Mrocznego Rycerza”, drugi, ale prawdopodobnie najważniejszy album z monumentalnej pięciotomowej sagi o upadku i powrocie Nietoperza.

Bane przystępuje do realizacji swojego planu przejęcia Gotham. W tym celu uwalnia z Arkham obłąkanych kryminalistów – wszystko po to, żeby powoli nadkruszyć zdrowie psychiczne i fizyczne Batmana, a ostatecznie doprowadzić do jego upadku. Mroczny Rycerz musi zmierzyć się z zagrożeniem, z jakim nigdy wcześniej nie miał do czynienia. Jednak tym razem nawet wspięcie się na wyżyny umiejętności może okazać się niewystarczające, by zażegnać niebezpieczeństwo.

Czym jest „Upadek Mrocznego Rycerza”? To prawdziwe „crème de la crème” Batmanowych komiksów – i nie mówię tu tylko o latach dziewięćdziesiątych. Ten album wykracza poza czysty sentyment starego fana. Mamy do czynienia z historią, która jest świetnie rozpisana i w przemyślany sposób buduje napięcie. Rozpoczynamy od testowania granic Nietoperza, gdy Bane wprowadza w życie plan fizycznego wyniszczenia swojego wroga. Większość zeszytów, w których Mroczny Rycerz mierzy się z uwolnionymi z Arkham złoczyńcami, poznaliśmy już trzydzieści lat temu, gdy ta powieść ukazywała się w Polsce jako zeszytówki. Tym razem obraz został uzupełniony o kilka dodatkowych rozdziałów, na które wtedy zabrakło miejsca, a dziś można o nich powiedzieć, że doskonale pogłębiają obraz narastającego znużenia obrońcy Gotham.

Swoista droga krzyżowa, jaką w pierwszej połowie tego albumu przechodzi Batman, służy najsłynniejszej scenie tego komiksu. Mowa, rzecz jasna, o złamaniu kręgosłupa Batmanowi. Czy ten kadr nadal robi takie samo wrażenie jak lata temu? Na mnie zrobił, a stało się tak głównie dlatego, że to wszystko nie wzięło się z powietrza – twórcy logicznie doprowadzili do tego momentu, podbudowali go pod względem psychologicznym i sprawili, że na stałe wszedł do kanonu. Prawdziwy klasyk.

A jeśli już mowa o psychologii bohaterów, świetne wrażenie robi także druga część komiksu, w której stary Batman ustępuje miejsca nowemu. Scenarzyści wiarygodnie pokazują, że Jean Paul Valley diametralnie różni się od Bruce’a Wayne’a w materii stosowanych względem przestępców metod. Początkowo różnice są nieznaczne, ale pogłębiają się z każdym zeszytem. Widzimy narastającą brutalność dawnego Azraela, która powoli zaczyna zmieniać jego charakter. W tym miejscu warto docenić rolę Robina, który stara się być głosem rozsądku i tonować poczynania towarzysza, ale jest powoli odstawiany na boczny tor i miota się w bezsilności, a mimo to stara się pomagać. W tej części albumu nadal jest miejsce dla Wayne’a, który mimo kalectwa, chce być użyteczny, ale okoliczności zmuszają go do opuszczenia Gotham – to dobry ruch scenarzystów, bo z jednej strony zostawiają sporo miejsca na rozwiązanie kwestii nowego Batmana, z drugiej zaś dają czas Wayne’owi na oswojenie się z sytuacją i próbę powrotu do zdrowia i użyteczności – o tych rzeczach będzie opowiadać kolejny tom sagi.

Mocno chwalę drugą odsłonę „Knightfall”, ale czy jest to komiks idealny? Pewnie, że nie. Tempo akcji potrafi być nierówne – czasami jest wyjątkowo intensywnie, jednak niektóre zeszyty sprawiają wrażenie wypełniaczy. Spore zastrzeżenia mam zwłaszcza do jednego elementu w drugiej części albumu – chodzi mianowicie o tempo, w jakim nowy Batman dochodzi do odpowiedniej formy, żeby rzucić wyzwanie Bane’owi. Mając w pamięci, jak bardzo oryginalny Mroczny Rycerz męczył się z poczynaniami napakowanego venomem złoczyńcy, trudno nie odnieść wrażenia, że tutaj wszystko dzieje się za szybko i za łatwo, a końcowa konfrontacja mogła zostać o wiele lepiej podbudowana.

Ilustracje nadal nie są tym, co najmocniej trafia do współczesnego czytelnika, ale myślę, że warto dać im szansę, bo na znacznej przestrzeni albumu świetnie podbijają klimat zmęczenia i zaszczucia, jaki towarzyszy Nietoperzowi. Grafiki z pewnością łatwiej przełkną starsi fani, bo dla nich taki styl był oczywistością w momencie, kiedy zaczynali swoją przygodę z amerykańskim komiksem superbohaterskim, a czy przypadną do gustu reszcie czytelników? Trudno powiedzieć, warto mieć jednak na uwadze, że w latach dziewięćdziesiątych tak się po prostu rysowało superhero.

Druga odsłona „Knightfall” jest tytułem wyśmienitym. Znajdziemy w nim co prawda kilka słabszych elementów, ale na szczęście jest ich stosunkowo niewiele, a kiedy po lekturze odkładamy komiks na półkę, w pamięci zostają nam jego najlepsze fragmenty. A tych – nie ma co gadać – jest tu sporo i nie jest to tylko słynne „złamanie” Nietoperza. Przed nami kolejne trzy tomy „Knightfall” i jakkolwiek już raczej nie doskoczymy do tego poziomu, jaki twórcy zaprezentowali tutaj, to nadal czeka nas sporo przedniej zabawy.

Tytuł: Upadek Mrocznego Rycerza
Seria: Batman. Knightfall
Tom: 2
Scenariusz: Doug Moench, Chuck Dixon, Alan Grant
Rysunki: Graham Nolan, Jim Aparo, Norm Breyfogle i inni
Kolory: Adrienne Roy, Klaus Janson
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Batman Knightfall Vol. 1-2
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: kwiecień 2022
Liczba stron: 588
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-281-5418-6