czwartek, 14 maja 2026

Batman. Knightfall. Tom 2: Upadek Mrocznego Rycerza - Recenzja

 

Czy „Knightfall” jest tak wysoko oceniany tylko przez sentyment fanów wychowanych na komiksach TM-Semic? Oczywiście, że nie – udowodnił to już pierwszy tom, w którym twórcy dopiero przygotowywali nas do wydarzenia, które swego czasu wstrząsnęło nie tylko Batmanem, ale całym DC Comics. Jednak, jak by nie patrzeć, „Prolog” był tylko… no tak – prologiem. Te najbardziej znaczące momenty miały dopiero nadejść. Opowiada o nich „Upadek Mrocznego Rycerza”, drugi, ale prawdopodobnie najważniejszy album z monumentalnej pięciotomowej sagi o upadku i powrocie Nietoperza.

Bane przystępuje do realizacji swojego planu przejęcia Gotham. W tym celu uwalnia z Arkham obłąkanych kryminalistów – wszystko po to, żeby powoli nadkruszyć zdrowie psychiczne i fizyczne Batmana, a ostatecznie doprowadzić do jego upadku. Mroczny Rycerz musi zmierzyć się z zagrożeniem, z jakim nigdy wcześniej nie miał do czynienia. Jednak tym razem nawet wspięcie się na wyżyny umiejętności może okazać się niewystarczające, by zażegnać niebezpieczeństwo.

Czym jest „Upadek Mrocznego Rycerza”? To prawdziwe „crème de la crème” Batmanowych komiksów – i nie mówię tu tylko o latach dziewięćdziesiątych. Ten album wykracza poza czysty sentyment starego fana. Mamy do czynienia z historią, która jest świetnie rozpisana i w przemyślany sposób buduje napięcie. Rozpoczynamy od testowania granic Nietoperza, gdy Bane wprowadza w życie plan fizycznego wyniszczenia swojego wroga. Większość zeszytów, w których Mroczny Rycerz mierzy się z uwolnionymi z Arkham złoczyńcami, poznaliśmy już trzydzieści lat temu, gdy ta powieść ukazywała się w Polsce jako zeszytówki. Tym razem obraz został uzupełniony o kilka dodatkowych rozdziałów, na które wtedy zabrakło miejsca, a dziś można o nich powiedzieć, że doskonale pogłębiają obraz narastającego znużenia obrońcy Gotham.

Swoista droga krzyżowa, jaką w pierwszej połowie tego albumu przechodzi Batman, służy najsłynniejszej scenie tego komiksu. Mowa, rzecz jasna, o złamaniu kręgosłupa Batmanowi. Czy ten kadr nadal robi takie samo wrażenie jak lata temu? Na mnie zrobił, a stało się tak głównie dlatego, że to wszystko nie wzięło się z powietrza – twórcy logicznie doprowadzili do tego momentu, podbudowali go pod względem psychologicznym i sprawili, że na stałe wszedł do kanonu. Prawdziwy klasyk.

A jeśli już mowa o psychologii bohaterów, świetne wrażenie robi także druga część komiksu, w której stary Batman ustępuje miejsca nowemu. Scenarzyści wiarygodnie pokazują, że Jean Paul Valley diametralnie różni się od Bruce’a Wayne’a w materii stosowanych względem przestępców metod. Początkowo różnice są nieznaczne, ale pogłębiają się z każdym zeszytem. Widzimy narastającą brutalność dawnego Azraela, która powoli zaczyna zmieniać jego charakter. W tym miejscu warto docenić rolę Robina, który stara się być głosem rozsądku i tonować poczynania towarzysza, ale jest powoli odstawiany na boczny tor i miota się w bezsilności, a mimo to stara się pomagać. W tej części albumu nadal jest miejsce dla Wayne’a, który mimo kalectwa, chce być użyteczny, ale okoliczności zmuszają go do opuszczenia Gotham – to dobry ruch scenarzystów, bo z jednej strony zostawiają sporo miejsca na rozwiązanie kwestii nowego Batmana, z drugiej zaś dają czas Wayne’owi na oswojenie się z sytuacją i próbę powrotu do zdrowia i użyteczności – o tych rzeczach będzie opowiadać kolejny tom sagi.

Mocno chwalę drugą odsłonę „Knightfall”, ale czy jest to komiks idealny? Pewnie, że nie. Tempo akcji potrafi być nierówne – czasami jest wyjątkowo intensywnie, jednak niektóre zeszyty sprawiają wrażenie wypełniaczy. Spore zastrzeżenia mam zwłaszcza do jednego elementu w drugiej części albumu – chodzi mianowicie o tempo, w jakim nowy Batman dochodzi do odpowiedniej formy, żeby rzucić wyzwanie Bane’owi. Mając w pamięci, jak bardzo oryginalny Mroczny Rycerz męczył się z poczynaniami napakowanego venomem złoczyńcy, trudno nie odnieść wrażenia, że tutaj wszystko dzieje się za szybko i za łatwo, a końcowa konfrontacja mogła zostać o wiele lepiej podbudowana.

Ilustracje nadal nie są tym, co najmocniej trafia do współczesnego czytelnika, ale myślę, że warto dać im szansę, bo na znacznej przestrzeni albumu świetnie podbijają klimat zmęczenia i zaszczucia, jaki towarzyszy Nietoperzowi. Grafiki z pewnością łatwiej przełkną starsi fani, bo dla nich taki styl był oczywistością w momencie, kiedy zaczynali swoją przygodę z amerykańskim komiksem superbohaterskim, a czy przypadną do gustu reszcie czytelników? Trudno powiedzieć, warto mieć jednak na uwadze, że w latach dziewięćdziesiątych tak się po prostu rysowało superhero.

Druga odsłona „Knightfall” jest tytułem wyśmienitym. Znajdziemy w nim co prawda kilka słabszych elementów, ale na szczęście jest ich stosunkowo niewiele, a kiedy po lekturze odkładamy komiks na półkę, w pamięci zostają nam jego najlepsze fragmenty. A tych – nie ma co gadać – jest tu sporo i nie jest to tylko słynne „złamanie” Nietoperza. Przed nami kolejne trzy tomy „Knightfall” i jakkolwiek już raczej nie doskoczymy do tego poziomu, jaki twórcy zaprezentowali tutaj, to nadal czeka nas sporo przedniej zabawy.

Tytuł: Upadek Mrocznego Rycerza
Seria: Batman. Knightfall
Tom: 2
Scenariusz: Doug Moench, Chuck Dixon, Alan Grant
Rysunki: Graham Nolan, Jim Aparo, Norm Breyfogle i inni
Kolory: Adrienne Roy, Klaus Janson
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Batman Knightfall Vol. 1-2
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: kwiecień 2022
Liczba stron: 588
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-281-5418-6

czwartek, 7 maja 2026

Władza absolutna. Tom 1: Pozbawieni mocy - Recenzja

 

DC Comics od lat działa według dobrze znanego rytmu. Raz na jakiś czas nadciąga kolejny „wielki” event, który ma wstrząsnąć uniwersum i na nowo poukładać status quo. Problem w tym, że ta regularność zdaje się momentami działać przeciwko samej idei wyjątkowości – fanom komiksu superhero trudno za każdym razem reagować ekscytacją, gdy podobne zapowiedzi pojawiają się z niemal zegarmistrzowską precyzją. „Władza absolutna” już na starcie musi zatem zmierzyć się z kredytem nieufności części odbiorców. Zanim czytelnik potraktuje tę historię poważnie, twórcy muszą udowodnić, że za kolejną marketingową etykietą kryje się coś więcej niż tylko następny obowiązkowy, rozbuchany przystanek na mapie Uniwersum DC, straszący swoją skalą i ostatecznością.

Po latach działania w głębokim cieniu Amanda Waller podejmuje otwartą walkę z superbohaterami. Wspierana przez Failsafe’a i Królową Brainiaca twórczyni Suicide Squad wciela w życie plan, który doprowadza do rzeczy niewyobrażalnej – herosi zostają pozbawieni nadprzyrodzonych mocy. W połączeniu z rozlewającą się w mediach narracją mówiącą o rzekomych zbrodniach dotychczasowych obrońców ludzkości tworzy to tygiel, w którym przeciwko wydrenowanym superbohaterom stają nie tylko podwładni Waller, ale także zwykli obywatele.

„Władza absolutna” w swojej kompletnej, albumowej formie zaczyna działać dopiero wtedy, gdy zbierze się wszystkie jej elementy w całość. Zestawienie głównej miniserii z licznymi tie-inami okazuje się dobrym wyborem, bo dopiero wtedy historia zyskuje na klarowności, a motywacje postaci i mechanizmy stojące za opisywanym w komiksie globalnym konfliktem stają się czytelne. Dobrze, że Egmont wydał tę serię właśnie tak, na podstawie edycji zbierającej wszystkie potrzebne zeszyty w jednym (docelowo trzech) tomie. Jednocześnie taka konstrukcja ma określone konsekwencje. Podczas lektury zdarza się, że narracja traci jednolity rytm, a komiks zaczyna przypominać patchwork zszyty z zeszytów różnych serii. Na szczęście tych momentów jest tu stosunkowo mało, dzięki czemu opowieść zachowuje jednolitość.

Zeszyty głównego eventu to jedno, ale do najlepszego odbioru historii niezbędne są tie-iny. Najważniejszym z nich wydaje się czteroczęściowa miniseria „Suicide Squad: Dream Team”, która jest istotnym komponentem całego albumu, i to nie tylko w sensie uzupełnienia, ale wręcz fundamentu. To właśnie tutaj czytelnik dostaje wgląd w operacyjne zaplecze działań Amandy Waller – jej plan, metody, podległych ludzi i skalę przygotowań. Dzięki temu antagonistka przestaje być jedynie abstrakcyjnym zagrożeniem, które steruje wydarzeniami gdzieś z cienia, a zaczyna funkcjonować jako konkretny strateg, który dobrze wie, co chce osiągnąć i jakimi środkami się w tym celu posłuży.

Większa liczba zeszytów przekłada się po prostu na większą liczbę scen poświęconych różnym bohaterom. W rezultacie więcej postaci dostaje okazję, by zaznaczyć swoją obecność i odegrać istotną rolę w wydarzeniach. Jak nietrudno się domyślić, w pierwszej odsłonie „Władzy absolutnej” ważnym elementem jest reakcja tych bohaterów na manewry Waller skutkujące odebraniem herosom mocy. Wygląda to na znaczące podniesienie stawki całego eventu, zwłaszcza że scenarzyści przedstawiają rzecz jako nieodwracalną. Reklama to jednak jedno, już widzę, jak wszyscy fani szyderczo śmieją się z idei, że w komiksie superbohaterskim czegoś nie da się odwrócić. No ale może się mylę – zobaczymy, co przyniosą dwa kolejne tomy.

Na znacznej przestrzeni albumu ilustracje trzymają przynajmniej przyzwoity poziom, trudno jednak mówić o ich jednolitości. Nic w tym dziwnego – całość tworzą zeszyty z kilku różnych serii, rysowane przez różnych artystów. I to podczas lektury widać. Jakkolwiek zmiany stylu potrafią być odczuwalne, to dla fanów superhero taka sytuacja to nie pierwszyzna, bowiem ten manewr pojawia się w różnego rodzaju eventach z dużą regularnością. Z doświadczenia powiem tylko: najlepiej po prostu cieszyć się tymi najlepszymi graficznie rozdziałami i zaakceptować te, w których jest nieco słabiej. Trudno wtedy o znaczące rozczarowanie.

Po lekturze pierwszego z trzech tomów „Władzy absolutnej” można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z eventem całkiem interesującym. Jest on na pewno ambitny w założeniach, ale nieco nierówny w realizacji, choć w tym momencie wydaje się, że dysproporcje nie są szczególnie duże. To historia o dużej skali, która sprawnie operuje napięciem i potrafi dostarczyć kilku naprawdę mocnych momentów. Na tę chwilę tyle wystarczy, by uznać lekturę za sympatyczną, ale czy kolejne dwa tomy dowiozą? Mam nadzieję, że tak.

Seria: Władza absolutna
Tom: 1
Scenariusz: Mark Waid i inni
Rysunki: Dan Mora i inni
Kolory: różni artyści
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Absolute Power Tome 1
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: marzec 2026
Liczba stron: 336
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Wydanie: I
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-281-7339-2

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 29. 04. 2026).

wtorek, 5 maja 2026

Batman. Tom 5: Mroczne więzienia - Recenzja

 

Run Chip Zdarsky’ego w „Batmanie” budził początkowo mieszane, choć na ogół umiarkowanie pozytywne reakcje. W oczach wielu nie jest to interpretacja przełomowa, lecz z pewnością przyzwoita, potrafiąca błysnąć ciekawym pomysłem czy bardziej pogłębionym spojrzeniem na psychikę Bruce’a Wayne’a. W kolejnych tomach autor konsekwentnie rozwijał wątki, często testując granice postaci Nietoperza, co nie zawsze spotykało się z entuzjazmem czytelników. Trudno jednak odmówić temu runowi ambicji. „Mroczne więzienia” wpisują się w ten obraz jako naturalna kulminacja – album, który chce domknąć kluczowe motywy i jednocześnie podsumować drogę, jaką przeszedł bohater pod ręką scenarzysty.

Po starciu z własnymi systemami bezpieczeństwa Bruce Wayne zostaje uwięziony w odizolowanym kompleksie kontrolowanym przez sztuczną inteligencję. Pozbawiony zaplecza technologicznego i wsparcia sojuszników musi odnaleźć się w rzeczywistości, w której każdy jego ruch jest monitorowany, a reguły gry, ustalone przez jego własne zabezpieczenia, działają przeciwko niemu. Równolegle rozwijają się wątki związane z sytuacją w Gotham oraz poczynaniami postaci drugoplanowych. Bohaterowie próbują poradzić sobie z rosnącym chaosem i brakiem Mrocznego Rycerza, który stara się odzyskać kontrolę zarówno nad sytuacją, jak i nad samym sobą, co prowadzi do ostatecznej konfrontacji z Failsafe’em oraz Zur-En-Arrh.

To nieco zaskakujące, ale w wielu momentach można odnieść wrażenie, że „Mroczne więzienia” to przede wszystkim historia o wewnętrznym kryzysie Bruce’a Wayne’a, a nie klasyczna superbohaterska opowieść akcji. Kluczową rolę odgrywa tu rozwinięcie motywu Batmana Zur-En-Arrh jako odrębnej, skrajnej persony oryginalnego Mrocznego Rycerza. Uosabia ona jego obsesję kontroli, paranoję i potrzebę absolutnego zabezpieczenia świata. Batman w pewien sposób przekroczył granicę, tworząc trudne do okiełznania mechanizmy, które wymknęły się spod kontroli i zaczęły działać przeciwko niemu. Tytułowe więzienia można zatem odczytywać zarówno dosłownie – jako rzeczywiste miejsce fizycznej izolacji, jak i metaforyczne – jako konsekwencje wcześniejszych decyzji. Bruce zresztą nie jest przedstawiony jako nieomylny strateg, ale ktoś zagubiony, zmuszony do zmierzenia się z własnymi błędami. To bardzo ludzki wymiar tego bohatera, a to nie było w ostatnich latach zbyt często widywane w komiksach o Batmanie.

Jeden z kluczowych elementów „Mrocznych więzień” stanowi technologia. Przestaje ona być wyłącznie narzędziem w rękach bohaterów, a zaczyna funkcjonować jako siła kształtująca przebieg wydarzeń. Zdarsky konsekwentnie rozwija motyw systemów stworzonych przez Batmana (z Failsafe’em na czele) i pokazuje, jak niepokojąco łatwo granica między zabezpieczeniem a zagrożeniem może zostać zatarta. To, co miało gwarantować przewagę, obraca się przeciwko swojemu twórcy, wymuszając na nim działanie w warunkach, których nie jest w stanie w pełni przewidzieć. Batman uwielbia mieć kontrolę, dlatego są to dla niego niezwykle trudne warunki do funkcjonowania, bo technologia nie tylko wspiera jego działania, ale je determinuje, ograniczając pole manewru i obnażając iluzję wszechwiedzy. W efekcie technologia staje się jedną z głównych osi konfliktu – zamiast rozwiązywać problemy, generuje nowe, znacznie trudniejsze do opanowania.

Co istotne, omawiany tom domyka (choć czy robi to w ostateczny sposób, to się jeszcze okaże) jeden z głównych wątków runu Zdarsky’ego, czyli motyw Zura/Failsafe’a. Ten finał jest bardzo czytelny i faktycznie daje poczucie zakończenia pewnego etapu historii Nietoperza. To dobra wiadomość. Jest jednak mniej efektowny, niż można się było spodziewać. To może rozczarować część czytelników, zwłaszcza tych, którzy najbardziej cenią sobie akcyjne oblicze komiksów z Batmanem w roli głównej. Zastosowane rozwiązania, jak nietrudno się domyślić, nie są w żadnym momencie rewolucyjne, ale komiks superhero rzadko sięga po naprawdę przełomowe zmiany – nie leżą one w interesie wydawcy, któremu najbardziej zależy na wysokich słupkach sprzedaży.

Rysunki (zwłaszcza te autorstwa Jorge Jimeneza) to mocny element tomu. Uwagę zwraca przede wszystkim duża dynamika kolejnych grafik oraz ekspresyjna mimika postaci. Umiejętne operowanie kadrami przez artystę podkreśla z kolei chaos i napięcie wyczuwalne w historii, dzięki czemu cały komiks skutecznie krzesze czytelnicze emocje. Tradycyjnie warto też zwrócić uwagę na galerię okładek kolejnych zeszytów, bo niektóre z nich to prawdziwe dzieła sztuki.

Czy „Mroczne więzienia” stanowią najlepszy moment całej historii toczącej się wokół Failsafe’a i Batmana Zur-En-Arrh? W moim odczuciu nie, bo na pierwszym miejscu stawiam album otwierający run Zdarsky’ego. Mimo tego mamy do czynienia z bardzo satysfakcjonującym tomem, który prezentuje się naprawdę spójnie i przekonująco. Chip Zdarsky udanie wykorzystał motyw „bohatera w kryzysie”, a jego opowieść o Batmanie znajdującym się w sytuacji (na pozór) bez wyjścia mocno angażuje i pozostawia Mrocznego Rycerza w ciekawym położeniu przed dalszymi przygodami.

Tytuł: Mroczne więzienia
Seria: Batman
Tom: 5
Scenariusz: Chip Zdarsky
Rysunki: Jorge Jimenez, Michele Bandini inni
Kolory: Tomeu Morey, Alex Sinclair i inni
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Batman Vol. 4: Dark Prisons
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: marzec 2026
Liczba stron: 180
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 167 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7338-5

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 24. 04. 2026).