wtorek, 1 września 2026

Star Wars. Łowcy nagród. Tom 3: Wojna łowców nagród - Recenzja

 

Od samego początku „Łowcy nagród” należą do komiksów stricte rozrywkowych, w których nie chodzi o wiele więcej niż o rozwałkę. Ktoś złośliwy powiedziałby, że tak wyglądają przecież wszystkie komiksy ze świata „Star Wars”, ba – wygląda tak cała franczyza. Ale czy ja jestem złośliwy? Cóż. Jakkolwiek by nie było, trzecia odsłona cyklu nie tylko kontynuuje wątki zapoczątkowane wcześniej, ale wpasowuje się w większy event. Sprawdźmy, czy charakter tytułu pozostał taki sam jak wcześniej.

Valance i Dengar ścigają Bobę Fetta, transportującego zamrożonego w karbonicie Hana Solo. W przestępczym półświatku dzieje się jednak dużo więcej. Na arenę wydarzeń powraca dawno niewidziany syndykat, a inni łowcy nagród realizują swoje własne cele, które mogą okazać się brzemienne w skutkach. Nikt nie jest bezpieczny, kiedy galaktyką wstrząsa „Wojna łowców nagród”.

Co rzuca się w oczy jako pierwsze, gdy bierzemy komiks do ręki? No pewnie, że okładka. Ta jest tym razem wyjątkowo szkaradna. Widzimy walczących Chewbaccę i Valance’a, a w tle przewija się zaaferowany C-3PO. Wszystko rysowane grubą kreską, wykonane w bardzo topornym stylu, na jednolitym, żółtym tle. Chyba nie można było zaprezentować tej sceny w brzydszy sposób. W dobie, kiedy każdy zeszyt ma kilka okładek alternatywnych, wybranie takiego okropieństwa na front też jest w sumie jakimś wyczynem.

Na szczęście w środku komiks wypada lepiej. Należy przy tym, rzecz jasna, pamiętać, z jakim tytułem mamy do czynienia. Bo jego charakter nie zmienia się tu ani o jotę. Na pierwszym planie nadal stoi akcja i to o nią przede wszystkim chodzi. Wszystko podkręca dodatkowo fakt, że nad galaktykę nadciągnęła tytułowa „Wojna” (choć osobiście za celniejszy uważałbym tytuł „Wyścig łowców nagród”). Jakkolwiek by jednak nie patrzeć – akcji jest tu masa, wiązki laserowe przenikają co drugą stronę, a nad bohaterami nieustannie wisi niebezpieczeństwo. Jeśli szukacie tego typu fabuły, nie powinniście być zawiedzeni.

Momentami wydaje się jednak, że tej rozwałki jest tu po prostu nieco za dużo. Scenarzysta praktycznie w ogóle się nie zatrzymuje – chwil na refleksję nie ma na kartach tego albumu prawie w ogóle. Nie żebyśmy ich wybitnie potrzebowali, ale odrobinę lepsze podbudowanie emocjonalnego tła zawsze jest mile widziane. Jedyne momenty, które mogłyby temu służyć, to relacja na linii Valance-Dengar. Dwóch współpracujących łowców nagród niespecjalnie za sobą przepada, ale nie mają innego wyjścia, jak wspólnie dążyć do celu. Relacja tego typu potrafi wygenerować emocje i podobnie jest tym razem. Tarcia charakterologiczne dobrze się obserwuje, a obie postacie prezentują się w tych scenach wiarygodnie.

Ilustracje wypadają nieźle przede wszystkim w bardziej statycznych momentach. Tych nie ma tu jednak za wiele. W dominujących w komiksie scenach akcji grafiki potrafią być nieczytelne, zlewając się w jeden wielki ciąg strzelanin, wybuchów i mordobicia. Łatwo wtedy zgubić szczegóły, a konieczne staje się mocniejsze wytężanie oczu, żeby dobrze zobaczyć, co się właściwie dzieje w tym całym natłoku wrażeń.

Trzecia odsłona „Łowców nagród” całkiem dobrze wpisuje się w pierwszy wielki event tej inkarnacji „Star Wars”, jest też niezłą kontynuacją dwóch poprzednich tomów serii. To komiks „zadaniowy”. Ma dostarczyć czytelnikowi bezrefleksyjnej rozrywki i na tym polu, trzeba to przyznać, sprawdza się przyzwoicie. Lektura jest szybka, bezbolesna i w miarę angażująca. Od serii tego typu nikt chyba nie oczekuje wiele więcej.

Seria: Star Wars. Łowcy nagród
Tom: 3
Tytuł: Wojna łowców nagród
Scenariusz: Ethan Sacks
Rysunki: Paolo Villanelli
Kolory: Arif Pianto i inni
Tłumaczenie: Katarzyna Nowakowska
Tytuł oryginału: Star Wars: Bounty Hunters Vol. 3 - War of the Bounty Hunters
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Marvel Comics
Data wydania: wrzesień 2022
Liczba stron: 140
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Format: 165 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-5546-6

środa, 5 sierpnia 2026

Bat-Man. Pierwszy rycerz - Recenzja

W ramach inicjatywy DC Black Label ukazują się komiksy przeznaczone dla dojrzałego czytelnika, których twórcy często kładą nacisk na mrok i atmosferę, poruszają też poważniejszą tematykę niż regularne serie trykociarskie. W jej ramach na księgarskich półkach pojawiło się już kilka bardzo udanych tytułów, które mają szansę wejść w przyszłości do gatunkowego kanonu. Potencjał na dołączenie do tego grona miał z pewnością „Bat-Man. Pierwszy rycerz”. Założenia tego albumu brzmią na papierze szalenie interesująco. Ale czy efekt końcowy okazuje się równie udany?

Gotham City, 1939 rok. W mieście dochodzi do kilku brutalnych morderstw, których ofiarą padają wysoko postawieni ludzie. Co więcej, w mrocznych zaułkach zaczyna działać tajemnicza, przypominająca nietoperza postać, walcząca z przestępczością i stosująca bardziej bezpośrednie środki niż związana przepisami policja. Bat-Man, bo tak określa go prasa, dopiero buduje swoją pozycję w mieście, a w toku sprawy staje oko w oko z zagrożeniem mogącym już na starcie zdefiniować jego karierę.

Przeniesienie przygód Batmana do okresu tuż przed drugą wojną światową jest nader interesującym punktem wyjścia dla fabuły. Takie nietypowe mariaże od lat pozostają zresztą znakiem rozpoznawczym komiksów spod szyldu Elseworlds, a do tego grona zalicza się także omawiany album. Zastosowany przez scenarzystę manewr dał możliwość odarcia Nietoperza z tego, co towarzyszy mu dzisiaj i mocno warunkuje jego poczynania, czyli z całego technologicznego zaplecza. Większy nacisk został położony na inne elementy – przede wszystkim na siłę mięśni i umysłu zamaskowanego bohatera. W teorii miało to nadać komiksowi bardziej realistycznego charakteru. I gdyby scenarzysta faktycznie do tego się ograniczył, byłoby w porządku.

Jurgens proponuje czytelnikowi opowieść utrzymaną w duchu ciężkiego, mrocznego kryminału. Czuć pulpowość, widać charakterystyczne dla noir rekwizyty i to akurat jest dobra wiadomość. Problem w tym, że rzeczone elementy pozostają wyłącznie gustownym dodatkiem i nie prowadzą do niczego szczególnie interesującego. Same w sobie robią dobre wrażenie, ale komiks to przede wszystkim fabuła, a ta jest niestety nieco przyciężkawa – kryminalna zagadka nieszczególnie angażuje, a co gorsza, w pewnym momencie pojawiają się elementy zahaczające o fantastykę, kompletnie gryzące się z przyziemnym charakterem śledztwa prowadzonego przez Bat-Mana.

Jeszcze większym problemem okazują się bohaterowie. O tytułowym „Pierwszym rycerzu” dowiadujemy się tyle, że jest bogatym samotnikiem z misją. Jego relacje z innymi postaciami nie są szczególnie dobrze zarysowane. Jurgens próbuje, tego nie można mu odmówić, ale efekty tych starań pozostawiają sporo do życzenia. Romans Wayne’a z pewną aktorką poprowadzono wyjątkowo topornie – kobieta pojawia się znikąd i bez żadnego wysiłku sprawia, że Bruce zdradza jej swoją tajemnicę. Zupełnie nie czuć ciężaru tego wyznania, a podbudowanie psychologiczne tego motywu jest żadne. To rozczarowujące. Podobnie mizernie przedstawia się relacja bohatera z Gordonem, która jest taka sama, jak zawsze, tylko bardziej sztampowa i stereotypowa.

O ile scenariusz rozczarowuje, o tyle ilustracje są elementem, do którego nie sposób się za bardzo przyczepić. Realistyczny styl świetnie pasuje do retrokryminału. Mike Perkins wizualizuje lata trzydzieste z całym ich brudem i niepokojem. Artyście doskonale wychodzi również operowanie światłem i cieniem, co nadaje albumowi wizualnego sznytu noir. Odrobinę cierpi na tym wszystkim dynamika, bo Perkins bardziej skupia się na klimacie, ale nie jest to zbyt duży zarzut, zważywszy na ogólną wysoką jakość tych grafik.

Obiecywałem sobie po „Pierwszym rycerzu” wiele, tymczasem efekt finalny okazał się rozczarowujący. To komiks przypominający efektowną, ale pustą wydmuszkę. Historia, oparta głównie na nostalgii, rozczarowuje w najważniejszej materii, czyli w konstrukcji intrygi. Ten retelling początków Nietoperza jest zbyt bezpieczny i czuć w nim zbyt duży dysonans między dobrym nakreśleniem tła politycznego a elementami jawnie pulpowymi. Czasem podobna mieszanka potrafi zadziałać znakomicie, niestety tym razem się nie udało.

Tytuł: Bat-Man. Pierwszy rycerz
Seria: DC Black Label
Scenariusz: Dan Jurgens
Rysunki: Mike Perkins
Kolory: Mike Spicer
Tłumaczenie: Paulina Walenia
Tytuł oryginału: The Bat-Man: First Knight
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: kwiecień 2026
Liczba stron: 160
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 216 x 276
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7344-6

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 27. 05. 2026).

czwartek, 30 lipca 2026

Steven Erikson "Malazańska Księga Poległych. Tom 2: Bramy Domu Umarłych" - Recenzja

 

Pierwszy tom „Malazańskiej Księgi Poległych” jest dla mnie powieścią wyjątkową. Czytałem ją kilka razy i zapewne jeszcze kiedyś do niej wrócę. Nigdy jednak nie doczytałem cyklu do końca, zatrzymałem się przed tomem szóstym. Jakiś czas temu postanowiłem nadrobić tę czytelniczą zaległość. Człowiek nie robi się przecież młodszy, a jeśli pewne rzeczy odkłada się w nieskończoność, można ostatecznie z nimi nie zdążyć. Wiedziony tą myślą sięgnąłem po „Bramy Domu Umarłych”. Choć czytałem już tę powieść wcześniej, ponowna lektura i tak dostarczyła mi ogromu wrażeń.

Imperium Malazańskie znalazło się na krawędzi wojny domowej. Osłabiona wydarzeniami w Darudżystanie potęga musi zmierzyć się z widmem buntu ogarniającego Siedem Miast. Rebelianci gromadzą siły na świętej pustyni Raraku, gdzie Sha'ik formuje armię mającą stanąć na czele od dawna zapowiadanego powstania przeciwko cesarzowej Laseen. W wir tych wydarzeń zostają wciągnięci zwykli ludzie, których losy niejednokrotnie okazują się równie istotne jak decyzje władców i dowódców. To właśnie od ich wyborów i poświęcenia może zależeć bieg historii całego imperium.

Drugi tom „Malazańskiej Księgi Poległych” to nadal ogromna liczba postaci i kilka odrębnych, ale równie ważnych wątków. Z tego względu wciąż nie sposób mówić o jednym głównym bohaterze. Nie stanowi to jednak żadnego problemu, ponieważ autor potrafi zainteresować niemal każdym bohaterem. Oczywiście jedne postaci przypadły mi do gustu bardziej, inne mniej, ale losy każdej z nich okazują się istotne dla pełnego zrozumienia tej opowieści. Co więcej, Erikson sprawia, że nawet bohaterowie początkowo wydający się drugoplanowi z czasem zyskują na znaczeniu i otrzymują momenty, które na długo zapadają w pamięć. Dzięki temu przeskakiwanie między kolejnymi wątkami nie wywołuje znużenia, a wręcz budzi ciekawość, co wydarzy się u pozostałych uczestników tej rozległej historii. 

Warto zwrócić szczególną uwagę na konstrukcję całej historii, ponieważ każdy z głównych wątków „Bram Domu Umarłych” znacząco się od siebie różni, prezentując odmienne rodzaje opowieści. Historia Felisin to opowieść o dojrzewaniu, nabieraniu doświadczenia oraz kształtowaniu charakteru i stopniowej przemianie pod wpływem ekstremalnie trudnych doświadczeń. Wątek Sznura Psów to rasowy dramat wojenny, który główny nacisk kładzie na obowiązek, braterstwo i heroizm, nawet w najtrudniejszych momentach. Podróż Kalama przypomina brutalną opowieść przygodową z elementami szpiegowskimi, natomiast sceny z udziałem Mappa i Icariuma tchną swego rodzaju smutkiem, melancholią i tajemnicą. Na tym tle najbardziej kameralne wrażenie sprawiają sceny z udziałem Skrzypka, Crocusa i Apsalar, skupiające się przede wszystkim na relacjach między bohaterami i samej podróży. Całość spaja przy tym wyraźnie wyczuwalny duch powieści drogi, obecny niemal w każdym z opisanych wątków.

Największe znaczenie dla całej powieści ma jednak wątek Sznura Psów. Steven Erikson w znakomity sposób ukazuje obezwładniający bezsens wojny, wzmacniając go motywami bezwzględnej polityki, zadawnionych urazów i zwykłej ludzkiej małostkowości. Od samego początku czytelnik doskonale wie, że misja Coltaine’a, której sednem jest próba uratowania wojennych uchodźców, praktycznie nie może skończyć się dobrze. Mimo to przez całą lekturę towarzyszy nam nadzieja, że bohaterowie w jakiś sposób znajdą ocalenie. Erikson z ogromnym wyczuciem buduje emocjonalny ciężar tej historii, przez co trudno pozostać obojętnym wobec losów uchodźców i chroniących ich żołnierzy.

„Bramy Domu Umarłych” znacząco rozwijają wykreowane przez Eriksona uniwersum, odsłaniając kolejne jego zakątki i tajemnice. Jeden z wątków przybliża zmiennokształtne istoty, które wykorzystując wojenną zawieruchę, próbują odnaleźć drogę do ascendencji. Przy okazji autor stopniowo odsłania kolejne elementy skomplikowanego systemu magicznego, pokazując, jak ogromny wpływ może wywierać magia zarówno na życie zwykłych ludzi, jak i na losy całych państw. Polityka również nie pozostawia złudzeń – Erikson ukazuje ją jako domenę bezwzględności, odwetu i cynicznej kalkulacji. Począwszy od motywowanej zemstą czystki szlachty, a skończywszy na pokazaniu, jak łatwo władza usprawiedliwia przemoc i zmienia ludzi w narzędzia własnych ambicji. Na uznanie zasługuje również sposób prowadzenia narracji. Erikson nie podaje czytelnikowi wszystkiego na tacy, zmuszając go do samodzielnego łączenia faktów, ale jednocześnie robi to na tyle umiejętnie, że z każdą kolejną stroną coraz lepiej rozumiemy zasady rządzące tym światem.

Druga część monumentalnej „Malazańskiej Księgi Poległych” to znakomita lektura – powieść angażująca, wielowątkowa, poruszająca uniwersalną tematykę, a przy tym zachwycająca kreacją świata przedstawionego. W opinii wielu czytelników jest lepsza niż „Ogrody Księżyca” i choć ja akurat do tej grupy się nie zaliczam, również doceniam jej niezaprzeczalną klasę. „Bramy Domu Umarłych” potrafią poruszyć oraz skłonić do refleksji, przypominając, że literatura fantasy potrafi z powodzeniem podejmować tematy równie ambitne i uniwersalne jak uznawana za bardziej prestiżową literatura głównego nurtu.

Autor: Steven Erikson
Tytuł: Bramy Domu Umarłych
Tytuł oryginału: Deadhouse Gates
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Wydawca: MAG
Data wydania: kwiecień 2021 (wznowienie)
Liczba stron: 816
ISBN: 978-83-6671-213-3