czwartek, 26 marca 2026

Batman. Pełnia - Recenzja

„Batman”, jak rzadko która superbohaterska seria, sporo czerpie z opowieści grozy. Na przestrzeni lat twórcy wielokrotnie korzystali z horrorowego anturażu, a kilka z tych tytułów do dzisiaj uchodzi za klasyczne. Jestem wielkim fanem opowieści z dreszczykiem, także w komiksowym wydaniu, dlatego po „Pełni” spodziewałem się naprawdę wiele. Ale wszyscy dobrze wiemy, jak łatwo potrafi wykoleić się „hype train”. Sprawdźmy, czy końcowy efekt pracy twórców sprostał oczekiwaniom.

Podczas pełni księżyca Gotham staje twarzą w twarz ze śmiertelnym zagrożeniem. W mieście pojawia się wilkołak, a krwawe konsekwencje jego comiesięcznej przemiany szybko rzucają się w oczy. Do walki z wrogiem staje rzecz jasna Batman, ale w momencie, kiedy klątwa spada na niego samego, sytuacja bardzo się komplikuje. Nietoperzowi z pomocą przychodzą Zatanna i John Constantine, jednak trapiące obrońcę Gotham łaknienie krwi może okazać się niemożliwe do opanowania.

„Pełnia” to komiks pisany absolutnie na serio. To w mojej opinii doskonały wybór, zwłaszcza że mamy do czynienia z horrorem. A ten, kiedy jest pełnokrwisty (swoją drogą – tutaj ten zwrot pasuje idealnie) i pozbawiony „śmieszków”, może mieć sporą siłę rażenia. I tak właśnie rzecz ma się z tym albumem. To opowieść mocno osadzona w klasycznych motywach grozy – na tapet został wzięty motyw likantropii. Wilkołactwo pozbawiono jakiegokolwiek romantyzmu – nie ma w nim niczego atrakcyjnego – to nieustanny zew krwi, brudna, wszechogarniająca obsesja, która wykrzywia umysł, a gdy mija, pozostawia po sobie wstyd i wyrzuty sumienia. To dojmujący, pesymistyczny obraz, który robi spore wrażenie i buduje fantastyczny klimat – siłę napędową i największą zaletę tego albumu.

Autor w bardzo ciekawy sposób nakreślił postać Batmana, który początkowo wydaje się traktować zagrożenie z pewnym lekceważeniem, może nawet arogancją. Mroczny Rycerz nie wierzy w nadprzyrodzone stwory i jest zdania, że poradzi sobie z wrogiem, korzystając ze standardowego arsenału. Szybko okazuje się jednak, że tym razem potrzebne będzie więcej, zwłaszcza wtedy, gdy do zagrożenia zewnętrznego dochodzi to natury wewnętrznej. O tym, czy klątwa jest prawdziwa, Batman przekonuje się na własnej skórze. To rozwiązanie niespodziewane, ale zarazem niezwykle ciekawe – zderzenie racjonalizmu z folklorem jest brutalne i działa z pełną mocą, dodając opowieści ciężaru. Znakomity obraz głównego bohatera trochę się rozmywa w zestawieniu z jedną z postaci drugoplanowych. John Constantine jest tu wyjątkowo irytujący – nie tylko sprawia wrażenie piątego koła u wozu, ale zachowuje się wyjątkowo dziecinnie. To jednak na szczęście tylko mała łyżka dziegciu, bo poza tym w materii kreacji protagonistów trudno mieć do Barnesa jakieś większe zastrzeżenia.

„Pełnia” jest zamkniętą opowieścią, która nie potrzebuje żadnego dopowiedzenia w postaci sequela. To jej ogromna siła, zwłaszcza w dobie wielkich, rozwleczonych eventów. Dostajemy pełną historię z jasno nakreślonym zakończeniem (choć akurat akt finałowy, za sprawą skrótowości zaprezentowanej konfrontacji, delikatnie rozczarowuje), a napięcie nie rozmywa się w nadmiarze wątków. Nic tu nie odrywa czytelnika od sedna fabuły. Komiks nie jest przy okazji pozbawiony zaskoczeń – pojawiające się co jakiś czas zwroty akcji są przemyślane i tylko podsycają zainteresowanie płynące z odkrywania kolejnych elementów świata przedstawionego. Tempo opowieści jest dobrze wyważone, dzięki czemu nie mamy wrażenia gnania na oślep do przodu, byle poznać konkluzję. Widać, że Rodney Barnes poświęcił wiele czasu na precyzyjne skonstruowanie scenariusza i za to należą mu się słowa uznania.

„Pełnia” nie robiłaby tak dużego wrażenia, gdyby nie ilustracje. Stevan Subić rysuje bardzo „brudno”. Kolejne kadry wręcz ociekają mrokiem i niepokojącym naturalizmem. To świetnie pasuje do tak klasycznego horroru, jaki dostaliśmy. Swego rodzaju wykrzywienie wielu rysunków tylko potęguje nastrój niesamowitości, jaki nieustannie unosi się nad tą opowieścią. Trzeba przyznać – to grafiki dość specyficzne, ale jeśli zaakceptujemy ten styl, warstwa graficzna idealnie uzupełni się z fabułą.

Najnowsza propozycja z nieustannie rozwijającego się DC Black Label to komiks bardzo dobry. „Pełnia” nie jest może albumem szczególnie odkrywczym, ale wcale nie musi takowym być. Fabularne karty, jakimi operuje Barnes, są bowiem zgrywane z taką precyzją, że można mówić o dziele świetnie wyważonym i przy okazji mocno angażującym. Właśnie takie opowieści – dojrzałe, świadome i pozbawione infantylizmu – chcę czytać w ramach tego imprintu DC Comics.

Tytuł: Batman. Pełnia
Seria: DC Black Label
Scenariusz: Rodney Barnes
Rysunki i kolory: Stevan Subić
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Batman: Full Moon
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: grudzień 2025
Liczba stron: 160
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7708-6

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 14. 01. 2026),

sobota, 21 marca 2026

Blade Runner. Tokio Nexus. Tom 1: Odejdź w pokoju - Recenzja

 

Jeszcze dziesięć lat temu fani „Blade Runnera” nie mieli powodów do szczególnego zadowolenia jeśli chodzi o liczbę tytułów osadzonych w tym uniwersum. Była powieść Philipa K. Dicka, były dwie kontynuacje napisane przez K. W. Jetera (obecnie, zdaje się, znajdują się poza kanonem, nad czym ubolewam) i niewiele ponadto. Dziś sytuacja wygląda jednak zgoła inaczej – ukazało się kilka komiksów poszerzających obraz świata przedstawionego, a platforma Amazon zapowiedziała aktorski serial. Ale czy ta wielość przerodziła się w odpowiednią jakość?

Tyrell Corporation to firma, która wyniosła produkcję androidów na niespotykany wcześniej poziom. Etap rozwoju oznaczony jako „Nexus” obejmuje replikantów bardzo mocno zbliżonych do człowieka. Kiedy w Tokio pojawia się nowa firma zajmująca się rozwojem tej dziedziny nauki, zachłanna korporacja zrobi wszystko, żeby pokrzyżować szyki potencjalnej konkurencji. W samym środku zamieszania znajduje się dwoje detektywów – człowiek i replikant, których związki z pozaświatowymi koloniami mogą mieć wpływ na bieg wydarzeń.

Na pierwszy rzut oka tom inaugurujący „Tokio Nexus” sprawia wrażenie mocno chaotycznego. Wejście w intrygę następuje na zasadzie skoku na głęboką wodę i jakkolwiek taki manewr potrafi być ciekawy, to tutaj do pewnego momentu trudno w ogóle połapać się, o co właściwie chodzi. Sytuacji nie sprzyja fakt, że poszczególne elementy fabuły niezbyt dobrze ze sobą współgrają. Jest tu trochę opowieści detektywistycznej, są klasyczne motywy serii, jak na przykład pościg za „złym” replikantem, jest także motyw przestępczego półświatka wielkiego miasta przyszłości. Problem w tym, że Shore łączy te wątki bez jakiegokolwiek polotu, jedynie je odhaczając, ale w ogóle ich nie czując.

Nie jestem też przekonany, czy dobrym wyborem była zmiana miejsca akcji. To nie są już dystopijne miejskie krajobrazy Stanów Zjednoczonych, ale odległa Japonia. Nieco przeszkadzało mi to, że w ogóle nie czuć tu ciasnoty zaułków brudnej metropolii, a zamiast tego akcja toczy się na bardziej otwartych przestrzeniach. Tak, autorka próbowała poszerzyć obraz świata przedstawionego i za to w zasadzie należą jej się słowa uznania, ale ten manewr zwyczajnie nie zadziałał.

Siłą „Blade Runnera” zawsze byli interesujący bohaterowie. Nawet jeśli nie zawsze były to figury jednoznacznie pozytywne, to cechowała je swoista determinacja, która sprawiała, że chciało się poznać ich losy. Tutaj tego brakuje – postaci są wyjątkowo płaskie i zwyczajnie nudne. Autorka stara się zbudować im pewne tło, ale nie wprowadza żadnych retrospekcji, które mogłyby ułatwić wytworzenie więzi na linii czytelnik-bohaterowie. Troje postaci, które można uznać za wiodące, jest słabo zarysowanych, dodatkowo między nimi nie ma chemii. To rozczarowuje.

Albumu do góry nie ciągną niestety ilustracje. Na znacznej przestrzeni albumu rysunki Mariano Taibo robią wrażenie niechlujnych, często jakby niedokończonych. Brakuje im szczegółowości, przede wszystkim w tłach i odleglejszych planach, które bardzo często są nieprzyjemnie puste. Nieciekawie prezentują się też twarze – na bliższym planie potrafią być brzydkie i pokraczne, na dalszym niekiedy twarzy w ogóle nie ma – zamiast nich zarys głowy potrafi być po prostu niewypełniony. Nie wygląda to dobrze.

Nowy komiks ze świata „Łowcy androidów” jest dość rozczarowujący. Ta opowieść miała pewne aspiracje, ale niestety ostatecznie nie udało jej się dostarczyć tego, co obiecywała. Autorka utknęła w pół kroku między historią kameralną a taką o nieco większej skali. Nie kładę jeszcze na tym tytule kreski, bo na to jest po prostu za wcześnie, ale w drugim tomie musi nastąpić znaczący skok jakościowy, by uznać przygodę z tokijskimi Nexusami za udaną.

Seria: Blade Runner. Tokio Nexus
Tytuł: Odejdź w pokoju
Tom: 1
Scenariusz: Kianna Shore
Rysunki: Mariano Taibo
Kolory: Marco Lesko
Tłumaczenie: Maria Jaszczurowska
Tytuł oryginału: Blade Runner Tokyo Nexus: Die in Peace
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: grudzień 2025
Liczba stron: 112
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Wydanie: I
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-281-6944-9

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 12. 01. 2026).

czwartek, 19 marca 2026

Superman kontra Lobo - Recenzja

 

Od czasu debiutu na rynku wydawniczym linia DC Black Label dała nam kilka świetnych, nietuzinkowych albumów. Jej założenia to publikacja tytułów mocniejszych, przeznaczonych dla dojrzałego czytelnika, często operujących poważniejszymi treściami niż te publikowane w regularnych seriach. Dlatego ucieszyłem się, kiedy w zapowiedziach pojawił się „Superman kontra Lobo”. Zapowiadało się naprawdę ciekawie. Starcie „harcerzyka” z bezkompromisową kosmiczną siłą – z tego musiało wyjść coś dobrego. Musiało, prawda?

Lobo doczekał się urlopu, ale chwile relaksu zakłóca pojawienie się nieokreślonego… czegoś. Wielki kosmiczny robal imieniem Lumen staje się solą w oku Ważniaka, a gdy do sprawy miesza się Superman, stawka rośnie. Lumen, próbując naprawić sytuację, wysyła bohaterów na ich rodzinne planety, popełniając jednak zasadniczy błąd – jeden trafia do świata drugiego. To idealna recepta na wielkie kłopoty.

Wysokie oczekiwania względem jakiegoś tytułu potrafią być straszne, zwłaszcza jeśli efekt finalny, delikatnie mówiąc, odbiega od tego, na co mieliśmy nadzieję. W przypadku „Superman kontra Lobo” mamy do czynienia z taką właśnie sytuacją, a komiks nie dowozi praktycznie na żadnym polu. Po pierwsze – stara się być luzacki, ale obecny na kolejnych kartach humor jest w niego wpychany nie tylko na siłę, ale sprawia też wrażenie przeraźliwie chybionego. Jeśli ktoś się zaśmieje, to prawdopodobnie jedynie z zażenowania poziomem tych „dad joke’ów”.

Druga rzecz to infantylność i bezsensowna akcyjność. Tim Seeley i Sarah Beattie wyszli chyba z założenia, że napakują do swojego dzieła tak wiele elementów, jak tylko się da, by było szybko i efektownie. Sęk w tym, że nie sposób pozbyć się wrażenia, że zrobili to po to, żeby odwrócić uwagę czytelnika od miałkości całej historii. Manewr jednak nie zadziałał. „Superman kontra Lobo” to jeden wielki patchwork, posklejany z „fajnych” motywów, które połączone w jedno trącą kosmicznym wręcz niedopasowaniem. Co więcej, kolejne pomysły pojawiają się i znikają (a kilka miało potencjał), nie otrzymując niestety żadnej interesującej konkluzji, co tylko pogłębia ten kuriozalny obraz.

Sytuację mogliby uratować bohaterowie, ale ci również są nakreśleni wyjątkowo nieprzekonująco. Ważniak powinien być żywiołem i siłą natury, tymczasem tutaj jest tego typu niegrzecznym chłopcem, którego nie byłoby wstyd pokazać mamusi. Brakuje mu błysku szaleństwa i tej charakterystycznej nieobliczalności, za którą pokochali go fani. Można powiedzieć, że jest świetną podróbką prawdziwego Lobo, bo wygląda jak on (co jakimś tam plusem jest, przypomnijmy sobie kuriozalnego Lobo z Nowego DC Comics), ale nie zachowuje się tak, jak powinien. Superman z kolei operuje banałami i jest tak nudny, jak tylko potrafi być, kiedy trafia w ręce kiepskiego scenarzysty. Wreszcie tytułowy „versus” między Supkiem a Ważniakiem, który mógłby uratować sytuację, rozchodzi się po kościach, finalnie pozbawiając nas przyjemności zobaczenia prawdziwego starcia tytanów. Nie tego się spodziewałem.

Ilustracje są bardzo kolorowe i efekciarskie, a zarazem zaskakująco grzeczne. W kolejnych kadrach brakuje w mojej opinii wizualnego szaleństwa, trochę bardziej dosadnego zobrazowania przemocy. Taki jest jednak styl Mirki Andolfo, ale czy przystaje on do opowieści z Lobo w roli głównej? Nie jestem do końca przekonany, a moje wątpliwości dodatkowo pogłębiały się, gdy w trakcie lektury natrafiłem na obrazki mocno popadające w mangowość. Pasuje to jak pięść do nosa.

Najnowszy album linii DC Black Label niestety nie przystaje do założeń tej interesującej inicjatywy. Opowieść okazała się miałka i nie tyle rozrywkowa, ile zwyczajnie głupkowata. Wepchano do niej wiele elementów, które nie współgrają ze sobą i finalnie nie są w stanie wykrzesać z czytelnika większej dozy zainteresowania. Nie jest to przesadnie gruby komiks, ale jego lektura była dla mnie bardzo męcząca. Mam nadzieję, że to tylko wypadek przy pracy i w ramach DC Black Label nie ukaże się więcej klops takiego kalibru.

Tytuł: Superman kontra Lobo
Seria: DC Black Label
Scenariusz: Tim Seeley, Sarah Beattie
Rysunki: Mirka Andolfo
Kolory: Arif Prianto, Hi-Fi
Tłumaczenie: Magda Gamrot
Tytuł oryginału: Superman versus Lobo
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: listopad 2025
Liczba stron: 216
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 216 x 276
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7319-4

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 07. 01. 2026).