czwartek, 19 marca 2026

Superman kontra Lobo - Recenzja

 

Od czasu debiutu na rynku wydawniczym linia DC Black Label dała nam kilka świetnych, nietuzinkowych albumów. Jej założenia to publikacja tytułów mocniejszych, przeznaczonych dla dojrzałego czytelnika, często operujących poważniejszymi treściami niż te publikowane w regularnych seriach. Dlatego ucieszyłem się, kiedy w zapowiedziach pojawił się „Superman kontra Lobo”. Zapowiadało się naprawdę ciekawie. Starcie „harcerzyka” z bezkompromisową kosmiczną siłą – z tego musiało wyjść coś dobrego. Musiało, prawda?

Lobo doczekał się urlopu, ale chwile relaksu zakłóca pojawienie się nieokreślonego… czegoś. Wielki kosmiczny robal imieniem Lumen staje się solą w oku Ważniaka, a gdy do sprawy miesza się Superman, stawka rośnie. Lumen, próbując naprawić sytuację, wysyła bohaterów na ich rodzinne planety, popełniając jednak zasadniczy błąd – jeden trafia do świata drugiego. To idealna recepta na wielkie kłopoty.

Wysokie oczekiwania względem jakiegoś tytułu potrafią być straszne, zwłaszcza jeśli efekt finalny, delikatnie mówiąc, odbiega od tego, na co mieliśmy nadzieję. W przypadku „Superman kontra Lobo” mamy do czynienia z taką właśnie sytuacją, a komiks nie dowozi praktycznie na żadnym polu. Po pierwsze – stara się być luzacki, ale obecny na kolejnych kartach humor jest w niego wpychany nie tylko na siłę, ale sprawia też wrażenie przeraźliwie chybionego. Jeśli ktoś się zaśmieje, to prawdopodobnie jedynie z zażenowania poziomem tych „dad joke’ów”.

Druga rzecz to infantylność i bezsensowna akcyjność. Tim Seeley i Sarah Beattie wyszli chyba z założenia, że napakują do swojego dzieła tak wiele elementów, jak tylko się da, by było szybko i efektownie. Sęk w tym, że nie sposób pozbyć się wrażenia, że zrobili to po to, żeby odwrócić uwagę czytelnika od miałkości całej historii. Manewr jednak nie zadziałał. „Superman kontra Lobo” to jeden wielki patchwork, posklejany z „fajnych” motywów, które połączone w jedno trącą kosmicznym wręcz niedopasowaniem. Co więcej, kolejne pomysły pojawiają się i znikają (a kilka miało potencjał), nie otrzymując niestety żadnej interesującej konkluzji, co tylko pogłębia ten kuriozalny obraz.

Sytuację mogliby uratować bohaterowie, ale ci również są nakreśleni wyjątkowo nieprzekonująco. Ważniak powinien być żywiołem i siłą natury, tymczasem tutaj jest tego typu niegrzecznym chłopcem, którego nie byłoby wstyd pokazać mamusi. Brakuje mu błysku szaleństwa i tej charakterystycznej nieobliczalności, za którą pokochali go fani. Można powiedzieć, że jest świetną podróbką prawdziwego Lobo, bo wygląda jak on (co jakimś tam plusem jest, przypomnijmy sobie kuriozalnego Lobo z Nowego DC Comics), ale nie zachowuje się tak, jak powinien. Superman z kolei operuje banałami i jest tak nudny, jak tylko potrafi być, kiedy trafia w ręce kiepskiego scenarzysty. Wreszcie tytułowy „versus” między Supkiem a Ważniakiem, który mógłby uratować sytuację, rozchodzi się po kościach, finalnie pozbawiając nas przyjemności zobaczenia prawdziwego starcia tytanów. Nie tego się spodziewałem.

Ilustracje są bardzo kolorowe i efekciarskie, a zarazem zaskakująco grzeczne. W kolejnych kadrach brakuje w mojej opinii wizualnego szaleństwa, trochę bardziej dosadnego zobrazowania przemocy. Taki jest jednak styl Mirki Andolfo, ale czy przystaje on do opowieści z Lobo w roli głównej? Nie jestem do końca przekonany, a moje wątpliwości dodatkowo pogłębiały się, gdy w trakcie lektury natrafiłem na obrazki mocno popadające w mangowość. Pasuje to jak pięść do nosa.

Najnowszy album linii DC Black Label niestety nie przystaje do założeń tej interesującej inicjatywy. Opowieść okazała się miałka i nie tyle rozrywkowa, ile zwyczajnie głupkowata. Wepchano do niej wiele elementów, które nie współgrają ze sobą i finalnie nie są w stanie wykrzesać z czytelnika większej dozy zainteresowania. Nie jest to przesadnie gruby komiks, ale jego lektura była dla mnie bardzo męcząca. Mam nadzieję, że to tylko wypadek przy pracy i w ramach DC Black Label nie ukaże się więcej klops takiego kalibru.

Tytuł: Superman kontra Lobo
Seria: DC Black Label
Scenariusz: Tim Seeley, Sarah Beattie
Rysunki: Mirka Andolfo
Kolory: Arif Prianto, Hi-Fi
Tłumaczenie: Magda Gamrot
Tytuł oryginału: Superman versus Lobo
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: listopad 2025
Liczba stron: 216
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 216 x 276
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7319-4

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 07. 01. 2026).

wtorek, 17 marca 2026

Star Wars. Tom 9: Ścieżka światła - Recenzja

Charles Soule to stary wyjadacz, jeśli chodzi o komiksy ze świata „Star Wars”. Spod jego pióra wyszło całe mnóstwo opowieści (tak w tej, jak i w poprzedniej odsłonie marki), często naprawdę pomysłowych i angażujących. Czy jednak po latach pisania przygód w jednym uniwersum da się zachować świeżość? Najnowszy (a zarazem ostatni) tom tej inkarnacji flagowej serii z Odległej Galaktyki udowadnia, że odpowiedź na to pytanie jest twierdząca.

Luke, Leia i inni rebelianci szykują się powoli do próby odbicia Hana Solo z rąk Jabby Hutta. Zanim misja przejdzie do etapu realizacji, bohaterowie muszą pomóc niedobitkom floty ze zniszczonego Alderaana, zawzięcie ściganym przez wrogie siły, a księżniczka Organa będzie musiała podjąć ważną decyzję. Wiele lat później mistrz Jedi Luke Skywalker uczy Bena Solo tego, jak zachować równowagę między światłem i mrokiem.

„Ścieżka światła” nie zaskakuje w materii doboru bohaterów i w zasadzie nie sposób się temu dziwić. Jakakolwiek większa zmiana na tym etapie serii byłaby po prostu dziwaczna. Na pierwszym planie stoją zatem ci najbardziej znani, których większość z fanów najbardziej lubi. Wydawałoby się, że w takiej sytuacji trudno będzie autorowi ugryźć ich z jakiejś interesującej strony i pokazać coś nowego, jednak Soule udowadnia, że doskonale porusza się w meandrach historii świata przedstawionego. Jakie elementy wyszły mu najlepiej?

Najbardziej na plus zaskakuje dość kameralny ton tej opowieści. Jak przystało na album kończący run Soule’a, można było spodziewać się fajerwerków, kosmicznych bitew i ogólnie – większej dozy spektakularności. Tymczasem przygody, jakich doświadczają bohaterowie (bo akcji oczywiście tu nie brakuje), mają dość małą skalę. To całkiem przyjemna odmiana od opowieści, w których los galaktyki wisi na włosku, a heroiczne i niespodziewane czyny protagonistów zażegnują niebezpieczeństwo w ostatniej chwili. To wbrew pozorom nadaje opowieści większego znaczenia, bo Soule zbliża się tu do swoich bohaterów tak bardzo, jak chyba nigdy wcześniej.
 
I to jest właśnie druga rzecz, dzięki której ten album jest tak dobry. Zajrzenie do wnętrza kolejnych postaci. Widzimy obrazki, jakich raczej nie spodziewamy się ujrzeć w „Gwiezdnych wojnach”, takie jak na przykład spokojna scena rozmowy Luke’a i Lei, w której księżniczka zwyczajnie się rozkleja, przytłoczona presją odpowiedzialności, jaką od lat musi dźwigać na swoich barkach. Jak sama mówi, chce czasami być człowiekiem, a nie symbolem i są to słowa, które mocno uczłowieczają Leię, zazwyczaj portretowaną jako wojowniczkę oddaną przede wszystkim obowiązkowi. To skupienie się na wnętrzu postaci wypada bardzo dobrze także w drugiej z zamieszczonych w tym tomie opowieści, w której będący już mistrzem Jedi Luke naucza Bena Solo. Są tam małe, pozornie nieznaczące sceny, które mówią jednak bardzo wiele. Na mnie spore wrażenie zrobił motyw imperialnej urzędniczki, która ma dość sposobu sprawowania władzy przez Imperium i w momencie próby opiera się tyranii, która powoli naznacza całe jej otoczenie. To istota marki „Star Wars” – spojrzenie ku światłu i odnalezienie nowej nadziei.

Zdobiące „Ścieżkę mocy” ilustracje nie są tak dobre, jak scenariusz, co nie znaczy jednak, że stanowią słaby punkt. Nic z tych rzeczy. Chodzi mi po prostu o to, że mamy do czynienia z dość standardowymi grafikami, które ani nie ciągną albumu do góry, ani nie obniżają jego ostatecznej oceny. To po prostu rzetelna praca obu rysowników. Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić, to nie zawsze dobrze nakreślone twarze, zwłaszcza w części albumu rysowanej przez Jethro Moralesa.

Czy Charles Soule pozostanie w komiksowym uniwersum „Star Wars”? Tego na tę chwilę nie wiadomo, ale mam szczerą nadzieję, że będzie jeszcze miał okazję opowiedzieć kilka historii ulokowanych gdzieś w Odległej Galaktyce, bo zwyczajnie dobrze mu to wychodzi. Poparciem tej tezy jest „Ścieżka światła”, zamykająca opowieść ulokowaną między „Imperium kontratakuje” a „Powrotem Jedi”. Czy jest to zakończenie z przytupem? Nie. Ale czy angażuje? Jak najbardziej! Bo choć nie ma tu żadnej fabularnej rewolucji, to komiks świetnie rozwija postaci, które, wydawałoby się, każdy fan serii zna od podszewki.

Seria: Star Wars
Tom: 9
Tytuł: Ścieżka światła
Scenariusz: Charles Soule
Rysunki: Jethro Morales, Mabidek Musabekov
Kolory: Rachelle Rosenberg
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Tytuł oryginału: Star Wars. Vol. 9: The Path of Light
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Marvel Comics
Data wydania: listopad 2025
Liczba stron: 116
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Format: 165 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-6302-7

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 02. 01. 2026).

niedziela, 15 marca 2026

Cyberpunk 2077. Tom 8: Kickdown - Recenzja

 

Komiksy ze świata „Cyberpunk 2077” to krótkie, intensywne opowieści, które eksplorują różne oblicza Night City i poszerzają obraz popularnej gry video stworzonej przez CD Projekt Red. Ich poziom do tej pory był różny – mieliśmy jednego flopa, trafiło się kilka niezłych tytułów, znalazło się też miejsce dla albumów aspirujących do miana prawdziwego „bangera”. Ogólny obraz jawi się jako przynajmniej przyzwoity, zwłaszcza dzięki odpowiedzialnemu za kilka ostatnich tomów, Bartoszowi Sztyborowi. Nowy album to jednak zmiana na stanowisku scenarzysty, a to zawsze rodzi pewne obawy.

Mint jest córką znanego złodzieja samochodów, który swego czasu był kimś istotnym w Night City. Kobieta nie ma łatwego życia, bo wszyscy myślą, że jest kapusiem i sprzedała swoją ekipę policji. Mint ma jednak plan na odzyskanie dobrego imienia. Chce dotrzeć do dawnych współpracowników ojca i przekonać ich, że nie jest tym, za kogo uważają ją wszyscy w mieście. Oczyszczenie może się jednak okazać niemożliwe, gdy każda mijana osoba chce wpakować jej kulkę w głowę.

Nie grałem jeszcze w „Cyberpunk 2077”, ale od samego początku obcowania z tą franczyzą nie przeszkodziło mi to w płynnym zanurzeniu się w świecie przedstawionym w komiksowym odgałęzieniu tego tytułu i docenieniu jego wielu oblicz. Dużo tu techniki i fachowego żargonu, ale próg wejścia nigdy nie był szczególnie wysoki – to dobrze. Dlaczego? Bo chodzi przede wszystkim o dobrą opowieść, a nie o sztukę dla sztuki i podziwianie otoczki. Wciągająca fabuła była obecna w kilku poprzednich tomach cyklu i, co najważniejsze, jest także cechą jego najnowszej odsłony.

„Kickdown” przenosi nas głęboko w trzewia półświatka Night City. Nietrudno się domyślić, że nie jest to wizja piękna i optymistyczna. Korporacyjne miasto-moloch nie wybacza błędów ani słabości, a czasami wymusza, żeby stoczyć prawdziwą batalię tylko po to, żeby przeżyć godnie kolejny dzień. W tym przytłaczającym obrazie nie mogło zabraknąć brutalnych gangów przyszłości, które stanowią integralną część całej historii. Nie ma co ukrywać – świat przedstawiony prawdziwie hipnotyzuje i choć sam w sobie nie jest przyjemny, to intryguje. Całość podszyta jest jednak świadomością, że odbywamy podróż przez kolejne kręgi piekła miasta przyszłości.

Główna bohaterka musi w tych niezbyt sprzyjających okolicznościach odpowiednio lawirować, żeby nie utonąć w prądach wpływów i zależności. Tomasz Marchewka dobrze nakreślił jej charakter, co jest o tyle istotne, że poza Mint pozostali bohaterowie nie są szczególnie pogłębieni (to jednak naturalna konsekwencja krótkiego „metrażu” tego komiksu). Podróż kobiety przez Night City to z jednej strony pełna akcji i przemocy odyseja, z drugiej coś ponad zwykłą naparzankę. W tej obudowanej akcją historii są bowiem poruszone interesujące kwestie. Szczególnie przypadł mi do gustu sposób, w jaki Marchewka poprzez rozwój postaci mówi o zaufaniu i pyta o to, czy warto dopuścić do siebie uczucia i pozwolić człowieczeństwu dojść do głosu, ale zarazem pozostać podatnym na zranienie, czy może lepiej spróbować przetrwać za wszelką cenę i wyhodować grubą skórę, pozbywając się sentymentów nawet za cenę utraty części siebie?

Wartość komiksu bezsprzecznie podnoszą ilustracje. Jake Elphick potrafi świetnie zobrazować brud futurystycznej metropolii – ten obraz jest z jednej strony mroczny, z drugiej zaś podbity fantastycznymi, neonowymi barwami. Ta kolorystyka z pewnością będzie dla niektórych czymś, co uznają za wyeksploatowane w ramach gatunku, ale nie wydaje mi się, żeby była to znacząca wada, zwłaszcza w obliczu faktu, że nadal idealnie pasuje do tego konkretnego typu fantastyki. Jednego nie potrafię jednak zrozumieć – dlaczego w czterozeszytowym albumie nie można było zadbać o to, żeby całość narysował jeden artysta? Ostatni zeszyt to wynik pracy innego plastyka i jakkolwiek Tommaso Bennato nie odstawił fuszerki, to widać, że jego styl jest nieco inny niż ten prezentowany przez Elphicka. To trochę wybija z czytelniczego rytmu.

W mojej opinii najnowszy album z cyklu „Cyberpunk 2077” to jedna z ciekawszych odsłon serii. Ta historia udanie łączy intensywną akcję z interesującą tematyką i dostarcza rozrywki, do której doskonale pasuje przymiotnik „niegłupia”. Zmiana scenarzysty nie tylko nie odbiła się negatywnie na franczyzie, ale wręcz tchnęła w nią nowe siły. Widać, że Marchewka czuje ten świat, co dla nas, czytelników, jest doprawdy bardzo pozytywną wiadomością.

Seria: Cyberpunk 2077
Tytuł: Kickdown
Tom: 8
Scenariusz: Tomasz Marchewka
Rysunki: Jake Elphick, Tommaso Bennato
Kolory: Jason Wordie
Tłumaczenie: Marcin Zwierzchowski
Tytuł oryginału: Cyberpunk 2077: Kickdown
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Dark Horse Books
Data wydania: 2025
Liczba stron: 112
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Format: 165 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-6950-0

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 31. 12. 2025).