poniedziałek, 23 lutego 2026

Remigiusz Mróz "Piekło jest puste" - Recenzja

Chyba nie uda mi się nigdy zrozumieć, co takiego jest w książkach Remigiusza Mroza, że cieszą się aż takim powodzeniem wśród czytelników. 

Próbowałem. Najpierw była „Czarna Madonna”, która okazała się pozycją (bardzo) słabą. Ale powiedziałem sobie, że może Mróz po prostu nie potrafi w horror? I po sześciu latach spróbowałem ponownie. Tym razem w bardziej flagowym gatunku autora, czyli kryminał/thriller. Okazało się, że i tu nie jest najlepiej. Że dostałem literacki fast food.

Przede wszystkim książka wydaje się strasznie wydumana i pełna nieprawdopodobieństw. Zaczyna się z „wysokiego c”, ale z każdym kolejnym rozdziałem angażuje paradoksalnie coraz mniej. Prosty język, jakim została napisana, to miecz obosieczny – z jednej strony „Piekło jest puste” szybko się czyta, ale z drugiej sprawia wrażenie dzieła prostego (momentami prostackiego). Dzieje się tak również przez wulgaryzmy – zwykle nie przeszkadzają mi one jakoś szczególnie (czasem ten środek wyrazu jest bowiem bardzo potrzebny), ale tu zostały wrzucone bez większego ładu i składu. 

Niespecjalnie porwali mnie bohaterowie tej powieści – rozczarowują zwłaszcza relacje między nimi, które nie są szczególnie wiarygodne. Niektóre sceny Mróz wyciąga jak króliki z kapelusza (tudzież wedle stylu tej powieści – „z dupy”) a postaci kreśli według szablonu, dorzucając kolejne „atrakcyjne” tematy, takie jak motyw seksualnego mobbingu czy przemocy domowej. Spełniają one rolę świecidełek, które nie wnoszą zbyt wiele do samej opowieści.

Pod względem fabularnym wydaje się, że jest tyle tu treści, iż całość można było zamknąć na około stu stronach mniej. Kolejna rzecz – wiem, że kryminały karmią się myleniem tropów i zaskoczeniami fabularnymi, ale w tej powieści zazębianie się różnych motywów wydaje się wykreowane bardzo na siłę, co skutkuje tym, że im bliżej finału, tym bardziej obojętni stajemy się wobec tego, jak to wszystko się zakończy.  

Jeszcze jeden irytujący szczegół – to moja druga książka Mroza, ale drugi raz jeden z bohaterów jest zafiksowany na punkcie jakiegoś napoju. W „Czarnej Madonnie” był to earl grey, tutaj mamy yerba mate. I nie może się obyć bez umieszczanej na co którejś stronie informacji o tym, jak bohater ten napój pije, zaparza, delektuje się nim, zaraża swoją obsesją innych. Po jakimś czasie robi się to nie tylko zauważalne, ale bardzo, bardzo drażniące.

A zatem spróbowałem drugi raz. I okazało się, że ponownie nie jest zbyt kolorowo. Chyba jednak nie polubimy się z panem Mrozem i nie będzie już trzeciej próby. Tyle książek czeka na mojej readliście, że najprawdopodobniej szkoda mi już będzie czasu na autora, który dwukrotnie mnie rozczarował.

Autor: Remigiusz Mróz
Tytuł: Piekło jest puste
Wydawca: IV Strona
Data wydania: wrzesień 2025
Liczba stron: 543
ISBN: 978-83-68479-91-1

piątek, 13 lutego 2026

Batman. Detective Comics. Gothamski nokturn. Tom 4: Intermezzo - Recenzja

 

Jak dotąd z każdym kolejnym tomem „Gothamski nokturn” zyskiwał na jakości. Zaczęliśmy od opowieści intrygującej, choć nie do końca określonej („Preludium”). Dwa następne albumy dały więcej – na tyle rozbudowały wizję Rama V, że obecnie śmiało można mówić nie tylko o niezwykle udanym komiksie, ale też o jednej z najciekawszych interpretacji postaci Batmana na przestrzeni kilku ostatnich lat. Nic zatem dziwnego, że przed lekturą „Intermezzo” miałem spore nadzieje na to, że nowy album utrzyma ten wysoki poziom.

Rodzina Orghamów realizuje swój plan przejęcia władzy nad Gotham City – żeby osiągnąć zakładany cel, konieczne jest zrobienie czegoś, co nie udało się jeszcze nikomu – wyeliminowanie obrońcy miasta. Tym razem wydaje się jednak, że Mroczny Rycerz stoi na straconej pozycji – jego umysł został zatruty, a czasu na odwrócenie niekorzystnej karty pozostaje coraz mniej.

Omawiany komiks stoi w niejakiej opozycji do innych współczesnych tytułów traktujących o Batmanie. Dzieje się tak dlatego, że bardzo mało tu samego Nietoperza – na kartach „Intermezzo” zmaga się on z podaną mu przez przeciwników trucizną i zamiast być czynnym uczestnikiem wydarzeń, jest kimś, kto potrzebuje ratunku. To zupełnie inne podejście niż to, do którego przywykliśmy – nie ma tu tak wiele akcyjnej bezpośredniości jak zwykle, zamiast tego zostajemy uraczeni historią, w której to inni muszą wymyślić, w jaki sposób dojść do wyznaczonego celu. W ten sposób tytuł serii „Detective Comics” pozostaje żywy, mimo wyłączenia z akcji tego, kto zazwyczaj popisywał się detektywistycznymi umiejętnościami. To bardzo ciekawy zabieg.

Odsunięcie na bok Mrocznego Rycerza jest o tyle interesujące, że możemy na własne oczy przekonać się, jak ważny jest nie dla swoich sojuszników (bo ci zawsze pójdą za swoim mentorem w ogień), ale dla złoczyńców, z którymi na przestrzeni lat stoczył wiele potyczek, a którzy obecnie aktywnie wspomagają misję ratunkową. Choć obserwowanie Nietoperza, który w znacznej mierze nie ma aktywnego wpływu na bieg wydarzeń, jest osobliwe, to zastosowany przez scenarzystę manewr jest zarazem niezwykle ciekawy – pokazuje bowiem, jak ważny jest główny bohater dla życia mieszkańców Gotham i całego miejskiego ekosystemu, i to mimo działań sił zewnętrznych, pragnących to znaczenie zanegować.

Czwarty tom „Gothamskiego nokturnu” kontynuuje to, co tak podobało mi się w poprzednich częściach. Mówię tu o świetnie wykreowanym przez scenarzystę i rysowników klimacie, który z jednej strony jest mroczny i oniryczny, z drugiej zaś brutalny i przyziemny. Paradoks? Niekoniecznie – Ram V świetnie łączy oba te elementy, używając choćby obrazu Batmana upadłego, który po raz kolejny musi walczyć o los miasta, które chroni, jednak żeby to osiągnąć, najpierw musi uporać się z siłami ciągnącymi go ku ziemi. Tu nie ma łatwych zwycięstw – wszystko okupione jest sporą dawką cierpienia. To przykład komiksu, w którym autentycznie czuć stawkę, co wcale nie jest standardem we współczesnym superhero. To się naprawdę chwali.

Pod względem graficznym komiks dorównuje scenariuszowi. Pierwsze skrzypce gra tym razem Jason Shawn Alexander, który pracował przy większości zeszytów jako główny rysownik. Jego styl jest mroczny i sugestywny, ale zarazem wyjątkowo miły dla oka. Artysta dba zarówno o klimat, jak i o szczegóły, zachowując przy tym wysoki poziom realizmu. Już wiem, że będę wypatrywał kolejnych albumów rysowanych przez tego pana.

Czwarty tom „Gothamskiego nokturnu” trzyma poziom poprzedników – to najważniejszy wniosek płynący z lektury; w moim odczuciu jest to jednak także najlepszy album całej kadencji Ramnarayana Venkatesana jako głównodowodzącego „Detective Comics”. To komiks angażujący, który ma coś do powiedzenia o Nietoperzu, choć paradoksalnie – jego samego jest tu bardzo mało. Główne role grają inni bohaterowie, lecz autor wycisnął z tego niecodziennego pomysłu naprawdę sporo. I jakkolwiek „Intermezzo” nie przekona tych, którym nie podobały się poprzednie trzy tomy, to jeśli złapaliście ten specyficzny klimat, jaki wykreował Ram V, docenicie też najnowszą odsłonę tej opowieści.

Tytuł: Gothamski Nokturn. Intermezzo
Seria: Batman. Detective Comics
Tom: 4
Scenariusz: Ram V, Dan Watters
Rysunki:Jason Shawn Alexander, Liam Sharp i inni
Kolory: Dave Stewart, Caspar Wijngaard i inni
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Batman: Detective Comics Vol. 4: Gotham Nocturne: Intermezzo: Batman, Outlaw
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: październik 2025
Liczba stron: 180
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 167 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7315-6

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 29. 12. 2025).

wtorek, 13 stycznia 2026

Robert Jordan "Koło Czasu. Tom 2: Wielkie polowanie" - Recenzja

Cykl „Koło czasu” należy bez wątpienia do najbardziej rozpoznawalnych serii fantasy. To czternaście obszernych tomów i tysiące stron lektury, które nie bez powodu pokochali fani na całym świecie. Barwni bohaterowie, dobrze zarysowane relacje między nimi, działająca na wyobraźnię magia, polityka i wspaniałe lokacje – to wszystko sprawia, że mamy do czynienia z zasłużonym klasykiem fantastyki. Choć saga miała na późniejszym etapie pewne problemy, jej drugi tom, „Wielkie polowanie”, pozostaje świetną lekturą.

Po starciu pod Okiem Świata Rand i jego towarzysze udają się do Fal Dara, gdzie muszą przemyśleć swoją strategię. Ich dalsze kroki zostają jednak zdeterminowane w momencie, kiedy z miasta skradziony zostaje legendarny artefakt, Róg Valere, który ma poprowadzić legiony zmarłych przed wiekami bohaterów w Ostatniej Bitwie z Czarnym. Grupa poszukiwawcza rusza śladem Sprzymierzeńców Ciemności, dowodzonych przez Padana Faina – człowieka, który próbuje zerwać pęta nałożone na niego przez Ba’alzamona. Losy wszystkich stron konfliktu splotą się w nieoczekiwanym miejscu w obliczu nowego, potężnego zagrożenia.

„Wielkie polowanie” zauważalnie różni się od „Oka świata”. To nadal jest przygodowa fantasy z widocznym momentami lekko młodzieżowym sznytem (uspokajam – naprawdę lekko – to nie jest young adults), ale seria wyraźnie nabiera powagi. Co jednak najistotniejsze – Jordan ewidentnie przestaje czerpać tak dużo z Tolkiena, jak robił to w pierwszym tomie. To naprawdę świetna wiadomość, bo własna tożsamość okazuje się jednym z czynników, które windują „Wielkie polowanie” ponad status zgrabnie napisanej powieści inspirowanej cudzymi wzorcami i stawiają je wyżej od książki otwierającej tę wspaniałą podróż.

Robert Jordan rozwinął świat przedstawiony i bohaterów w bardzo ciekawym kierunku. Już poprzedni tom przyniósł czytelnikom bardzo wyraźne tropy co do tego, kim może być dla świata Rand al’Thor. Tutaj Jordan idzie dalej w tym kierunku i właśnie na Randzie najbardziej koncentruje uwagę. Nasz bohater zaczyna dojrzewać do myśli, że może w istocie jest Smokiem Odrodzonym – kimś, kto ma poprowadzić ludzkość do decydującej bitwy z odwiecznym adwersarzem, i kto według proroctw ma spowodować kolejne pęknięcie świata. Trudne odkrywanie własnego przeznaczenia jest świetnie nakreślone – Rand ma masę wątpliwości, zachowuje też pokorę względem wyroków losu. On nie chce być wybrańcem, ale okoliczności nieustannie pchają go w tym kierunku, co powoli, acz nieubłaganie, kruszy mur jego oporu. Autor daje nam pod rozwagę myśl, że właśnie ktoś taki najlepiej nadaje się do podobnie podniosłej roli – postać pełna pokory, która nie tylko nie łaknie władzy nad innymi ludźmi, ale chętnie oddałaby wszystkie bogactwa za to, by móc żyć spokojnie ze swoją rodziną gdzieś na krańcu świata.

Na kartach „Wielkiego polowania” pojawia się jednak znacznie więcej interesujących bohaterów. Tym razem mniejszą rolę odgrywa Moiraine Sedai, której przybycie do Pola Emonda wprawiło rzeczy w ruch. Początkowo taki stan rzeczy może dziwić, lecz gdy nasza uwaga skupia się na innych postaciach, łatwo przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Bo Robert Jordan nieustannie rozwija innych bohaterów. Wielu z nich ulega swego rodzaju przemianie, dojrzewa. Można to powiedzieć chociażby o Perrinie, który godzi się powoli z myślą, że posiada nader niecodzienne zdolności i zaczyna uczyć się, jak z nich korzystać w taki sposób, by nie narazić się na ostracyzm ze strony innych ludzi. Dobre wrażenie robią też postaci kobiece, ze szczególnym wskazaniem na Egwene. Bohaterka przekonuje się na własnej skórze, że nie warto być zbyt łatwowierną, bo osoby o rzekomo dobrych intencjach mogą mieć ukryte motywacje. Bohaterowie przestają być przesadnie czarno-biali, co jeszcze bardziej pozwala czytelnikowi przejąć się ich losami.

Robert Jordan nie zapomina o świecie, w którym toczy się akcja „Wielkiego polowania” i konsekwentnie rozbudowuje jego obraz. Tym razem jednym z najciekawszych elementów okazuje się powracająca zza oceanu Aryth armia potomków Artura Jastrzębie Skrzydło. Niezwykle interesująco prezentują się przede wszystkim ich umiejętności „radzenia sobie” z kobietami posiadającymi predyspozycje do przenoszenia Jedynej Mocy. Ten wątek pojawia się w dalszej części powieści i z tego względu wolałbym uniknąć szczegółów, ale w niczym nie zaszkodzi powiedzieć, że Jordan wykreował zagrożenie, którego potencjał wydaje się nieograniczony i może mieć istotny wpływ na losy świata. Czy tak się rzeczywiście stanie, pokażą kolejne tomy.

Sposób pisania Roberta Jordana jest charakterystyczny i jeśli gdzieś upatrywałbym jakichś mankamentów, to właśnie na tym polu. Autor lubi opisy – czasami poświęca sporo miejsca nakreśleniu tego, jak dany bohater jest ubrany, albo w jakim miejscu się znalazł. Na szczęście nie jest to doprowadzone do przesady, choć momentami widać, że jeśli autor nie chwyci swojej weny na smycz (jak Seanchanie swoje damane), to kolejne części cyklu mogą cierpieć na syndrom przegadania. Autorowi nigdzie się nie spieszy, co widać zwłaszcza w środkowej części powieści. Początek i zakończenie są bardzo dynamiczne, jednak w „Wielkim polowaniu” znajdziemy też fragmenty naprawdę powolne. W moim odczuciu nie jest to poważna wada – rozbudowuje obraz świata przedstawionego – ale dla niektórych czytelników rzecz może być odczuwalna i irytująca.

Druga część „Koła czasu” to bardzo dobra powieść, w moim odczuciu stojąca wyżej aniżeli i tak już bardzo solidne „Oko świata”. Dzięki ograniczeniu zbyt widocznych inspiracji Tolkienem i pogłębieniu rysu psychologicznego bohaterów, snuta przez Roberta Jordana opowieść stała się jeszcze bardziej angażująca i stanowi ogromną zachętę do dalszego poznawania tego monumentalnego cyklu.

Autor: Robert Jordan
Tytuł: Wielkie polowanie
Tytuł oryginału: The Great Hunt
Tłumaczenie: Katarzyna Karłowska
Wydawca: Zysk i S-ka
Data wydania: październik 2025
Liczba stron: 884
ISBN: 978-83-8335-740-9