wtorek, 8 września 2020

Tomasz Krzywik "Zacisze" - mini recenzja

„Odmienne stany grozy” to inicjatywa ze wszech miar godna pochwały. Prezentuje ona przede wszystkim książki autorów powiązanych z magazynem „OkoLica strachu” i muszę przyznać, że publikujący w niej młodzi pisarze mają naprawdę ciekawe, czasami zaskakująco świeże spojrzenie na horror. Byłem bardzo ciekawy kolejnej pozycji wydanej w jej ramach (kolejnej dla mnie, bo data wydania to w tym przypadku połowa 2019 roku), czyli „Zacisza”, ponieważ jest to książka, która zebrała sporo pozytywnych (czasami nawet bardzo) recenzji. Ostatecznie okazało się, że jest to powieść na zasadzie „do przeczytania”, ale na pewno nie aż tak dobra, jak się tego spodziewałem. Dlaczego?

Paweł Lisowski, niespełna trzydziestoletni nauczyciel historii, powraca do rodzinnego Zacisza po odbyciu służby wojskowej w trakcie tajemniczej wojny domowej. Jak się okazuje, około dziesięciotysięczna wcześniej miejscowość, obecnie jest prawie całkowicie wyludniona. Bohater trafia do rodzinnego domu, gdzie spotyka się z ojcem. Czuje jednak, że z otaczającym go światem coś jest nie tak, jak powinno być. 

„Zacisze” to przede wszystkim powieść oparta na pomyśle, który jest dość mocno ograny. Jasne, autor poddał go modyfikacjom, dostosowując znany schemat do własnej koncepcji, ale wciąż – pod względem oryginalności jest tu tak sobie. Sytuacji nie sprzyja fakt, że dość szybko można się domyślić, o co w tym wszystkim chodzi – u mnie miało to miejsce przy wzmiance bohatera o pewnym wydarzeniu z przeszłości (powstrzymam się przed podawaniem szczegółów z uwagi na potencjalny spoiler). Rozumiem autora – w paru miejscach trzeba było zostawić fabularne tropy, ale ten jeden okazał się zbyt oczywisty i przedstawiony został zbyt szybko. 

Poza tym mam pewne zastrzeżenia co do dialogów. Jak dla mnie, każdy bohater brzmi tak samo. Czy jest to prawie trzydziestoletni nauczyciel historii, czy mężczyzna w średnim wieku, czy młoda kobieta – ich słowa niespecjalnie się od siebie różnią. Nie wychodzi to szczególnie wiarygodnie i nieco psuje to, co w książce jest dobre. Co w takim razie jest w niej interesującego? Podobać się może zwłaszcza wykreowana przez Krzywika atmosfera. Ta jest po części melancholijna, po części oniryczna, a na pewno sugestywna. Autor umiejętnie buduje napięcie – sama konstrukcja tej historii jest więcej niż poprawna, a dla wielu czytelników może być nawet zaskakująca (pod warunkiem, rzecz jasna, że zbyt szybko się pewnych rzeczy nie domyślą). 

Powieściowy debiut Tomasza Krzywika to książka w znacznej mierze udana, choć można w niej też dostrzec pewne wady. Lektura udowadnia, że autor dobrze włada piórem – całość napisana jest gładkim, całkiem ładnym językiem i czyta się ją szybko (temu sprzyja zresztą także nie za duża objętość). „Zacisze” nie trafi do mojej prywatnej czołówki polskiego horroru, ale sprawi za to, że zawieszę oko na nazwisku Krzywik, bo ma ono potencjał. 

Autor: Tomasz Krzywik
Tytuł: Zacisze
Wydawca: Phantom Books Horror
Data wydania: czerwiec 2019
Liczba stron: ok. 153 (ebook)
ISBN: 978-83-66135-11-6

poniedziałek, 7 września 2020

Jakub Bielawski "Słupnik" - Recenzja

Początek września 2020 roku to przeddzień premiery drugiej powieści Jakuba Bielawskiego. Jego pierwszą próbą w dłuższej formie była zeszłoroczna „Ćma”, która zebrała w większości naprawdę dobre recenzje. Jednak jeszcze zanim zawitała ona na księgarskie półki, w tym samym roku mieliśmy okazję przeczytać zbiór opowiadań zatytułowany „Słupnik”. W moim przypadku było to pierwsze spotkanie z prozą Bielawskiego, a teraz, będąc już po lekturze, wiem jedno – na pewno nadrobię zaległości. 

Zbiory opowiadań nader często niosą ze sobą wiele bardzo różnych pomysłów. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, gdy mamy do czynienia z książkowym debiutem. I nie ma w tym absolutnie niczego dziwnego – autor chce nam od razu dać wszystko, co ma najlepszego. W przypadku „Słupnika”, sposób Bielawskiego jest trochę inny. On nie szarżuje, nie rzuca od razu całości swoich pomysłów, zamiast przesytu proponując koncept pozornie skromniejszy, ale głęboko przemyślany, który ostatecznie zapewnia czytelnikowi ogrom wrażeń bardzo dalekich od standardowej, popularnej grozy.

To o czym mówię, widać od pierwszych do ostatnich kart tego zbioru. Nad wszystkimi opowiadaniami unosi się posępna atmosfera, która potrafi wzbudzić niepokój, a w literaturze grozy, paradoksalnie, nie jest to wcale tak często spotykana rzecz. Bielawskiemu, w swojej koncepcji świata przedstawionego, bardzo blisko jest do Howarda Phillipsa Lovecrafta (podejrzewam zresztą że małe nawiązania podczas lektury nie były przypadkowe). I choć posługuje się nieco innym rodzajem strachów, prozę młodego pisarza wypełnia ta sama atmosfera. Niepewność i bezradność ludzkości wobec kontaktu z nieznanym wręcz poraża. Tak jak u Cienia z Providence wiele rzeczy było plugawych i nienazwanych, tak u Bielawskiego potworności są czarne, oleiste i lepkie. Poza tym, co warto zaznaczyć, jest to terror, którego nie da się zwyczajnie opisać – jego się doświadcza. A gdy już ma się z tym przerażająco obcym czymś styczność, nie ma absolutnie żadnej nadziei na szczęśliwe zakończenie. To uczucie towarzyszy bohaterom, ale wraz z rozbudowaniem świata przedstawionego udziela się także odbiorcom. 

Wyżej było o nastroju, teraz o formie. Kolejne teksty dość często zasadzają się na podobnych założeniach (przynajmniej do pewnego momentu). Chodzi na przykład o miejsce akcji – zarówno Wrocław, jak i małomiasteczkowy rejon w okolicy Gór Sowich przedstawione są jako lokacje dotknięte rozkładem. Entropia widoczna jest nie tylko na pierwszy rzut oka – ona wniknęła głębiej – obecna jest w duszach ludzi, sprawiając, że toczą swoje życia bez entuzjazmu, bardziej egzystując, niż faktycznie żyjąc. Część z nich (w kilku przypadkach kolejny element wspólny – starsi ludzie) doświadcza ponadto kontaktu z niewidoczną na co dzień ciemnością. Skryta za zasłoną powoli przenika do naszego świata, znacząc go dekompozycją i powoli, acz nieustannie zmieniając. Nowa rzeczywistość jest z kolei obecna w trzech opowiadaniach zamykających zbiór, a jej obraz, choć przerażający, jest zarazem osobliwie fascynujący. To miejsce pełne wspomnianej wcześniej obmierzłej oleistej ciemności, od której nie ma ucieczki. 

Co do bohaterów kolejnych opowiadań – na dobrą sprawę wszyscy są nosicielami tragedii. Dla żadnego z nich nie ma najmniejszych szans na lepsze jutro. Choć nadal walczą, ich starania skazane są na porażkę. Konfrontacja z nieuniknionym jest bolesna, nie sposób też od tego starcia uciec, prędzej czy później, czeka ono każdego człowieka. Naznaczenie fatalizmem jest zresztą cechą charakterystyczną całego „Słupnika” – ani przez moment nie jest to optymistyczna lektura, na żadnej karcie czytelnik nie znajdzie nawet słowa ukojenia. Warto o tym pamiętać, zanim w ogóle zagłębimy się w ten ponury, koszmarny świat. 

Debiut Jakuba Bielawskiego trafił w moje ręce w sumie dość przypadkowo. Przeglądanie oferty polskich wydawców horroru, zawieszenie oka na tytule, szybki look na blurba i decyzja. Wyszło wręcz fenomenalnie, bo ostatecznie „Słupnik” okazał się jedną z najlepszych rzeczy z gatunku szeroko pojętej grozy, jaką miałem ostatnimi czasy okazję czytać. I tak jak wcześniej nazwisko autora dryfowało na granicy mojego zainteresowania, tak teraz pan Bielawski dołącza do grona tych pisarzy, których kolejne książki będą przeze mnie mocno oczekiwane. 

Autor: Jakub Bielawski
Tytuł: Słupnik
Wydawca: Phantom Books Horror
Data wydania: styczeń 2019
Liczba stron: ok. 204 (ebook)
ISBN: 978-83-66135-03-1

wtorek, 1 września 2020

Szybki Szot #1 - Remigiusz Mróz "Czarna Madonna", Przemysław Piotrowski "Piętno"

To moja pierwsza książka Mroza i w sumie nie wiem, czy będą kolejne.
"Czarną Madonnę" czyta się dość szybko, tego nie można jej odmówić. Styl autora jest sprawny, pisze nieskomplikowanym językiem, konstruuje ładne i w większości gładkie zdania. To na plus.

Problemem tej powieści jest jednak to, że w żadnym momencie nie angażuje czytelnika emocjonalnie. Po książce zahaczającej o tematykę demonów i opętania spodziewałbym się jednak większej dozy emocji, tymczasem fabuła wydaje się być wyjątkowo wydumana i stojąca bardzo daleko od codzienności - to ostatnie nie zawsze będzie zarzutem, w tym przypadku jednak jest, wszak główny bohater i osoby z jego otoczenia to normalni ludzie, tymczasem w ich perypetie bardzo ciężko uwierzyć. Postacie są po prostu niewiarygodnie nakreślone, protagonista jawi się jako spec od wszystkiego, z kolei o innych wiadomo zbyt mało, by mogli zainteresować.

"Czarna Madonna" jest dziwnym miksem horroru religijnego i sensacji pokroju prozy Dana Browna. Jednak nie sprawdza się jako powieść grozy (ani nie straszy, ani specjalnie nie intryguje, a sceny gatunkowe rozczarowują), ani jako akcyjniak z teoriami konspiracyjnymi w tle (fabuła jest zbyt absurdalna, naciągana i niewiarygodna). Książkę ratuje to, że szybko się ją czyta, co po lekturze daje wrażenie, że czas na nią poświęcony nie był jednak stracony. Ale czy aby na pewno? (4/10)


***


Angażujący i emocjonujący kryminał. Na plus fakt, że Piotrowski stosuje dość mocne opisy, które często zbliżają tę powieść w rejony mrocznego thrillera. Dla mnie jest to nowa rzecz w polskich książkach kryminalnych (a wciąż jestem w tych rejonach świeżym czytelnikiem). Podobał mi się także wykreowany nastrój - dojmujący i dość pesymistyczny, czemu sprzyja pokazanie ludzkiego brudu, towarzyszącego niektórym scenom i bohaterom. To robi wrażenie, bo opisane jest niezwykle sugestywnie.

Autor dba o tempo akcji, dba o tajemnice, dba o postaci - te elementy są w znacznej mierze dopracowane i czuć, że Piotrowski włożył w powstawanie tej książki wiele wysiłku. Nie obyło się jednak bez małych zgrzytów. Dla mnie jest to sama końcówka, która stanowi na dobrą sprawę zapowiedź kolejnego tomu. To było niepotrzebne. Druga rzecz jest taka, że nie znoszę zabiegu w stylu "X nie wiedział jeszcze, że za chwilę będzie znacznie gorzej". To zaburza przyjemność z lektury, bo zwyczajnie uprzedza fakty. Rozumiem, że ma to budować napięcie, ale jak dla mnie nie działa teraz i nie działało nigdy wcześniej (no chyba, że autor stosuje manewr raz na książkę, a nie znacznie częściej, jak w tym przypadku).

Patrząc całościowo, "Piętno" jest powieścią solidną i na tyle interesującą, że z pewnością sprawdzę formę Piotrowskiego w kolejnej części tego cyklu. (7/10)