wtorek, 13 stycznia 2026

Robert Jordan "Koło Czasu. Tom 2: Wielkie polowanie" - Recenzja

Cykl „Koło czasu” należy bez wątpienia do najbardziej rozpoznawalnych serii fantasy. To czternaście obszernych tomów i tysiące stron lektury, które nie bez powodu pokochali fani na całym świecie. Barwni bohaterowie, dobrze zarysowane relacje między nimi, działająca na wyobraźnię magia, polityka i wspaniałe lokacje – to wszystko sprawia, że mamy do czynienia z zasłużonym klasykiem fantastyki. Choć saga miała na późniejszym etapie pewne problemy, jej drugi tom, „Wielkie polowanie”, pozostaje świetną lekturą.

Po starciu pod Okiem Świata Rand i jego towarzysze udają się do Fal Dara, gdzie muszą przemyśleć swoją strategię. Ich dalsze kroki zostają jednak zdeterminowane w momencie, kiedy z miasta skradziony zostaje legendarny artefakt, Róg Valere, który ma poprowadzić legiony zmarłych przed wiekami bohaterów w Ostatniej Bitwie z Czarnym. Grupa poszukiwawcza rusza śladem Sprzymierzeńców Ciemności, dowodzonych przez Padana Faina – człowieka, który próbuje zerwać pęta nałożone na niego przez Ba’alzamona. Losy wszystkich stron konfliktu splotą się w nieoczekiwanym miejscu w obliczu nowego, potężnego zagrożenia.

„Wielkie polowanie” zauważalnie różni się od „Oka świata”. To nadal jest przygodowa fantasy z widocznym momentami lekko młodzieżowym sznytem (uspokajam – naprawdę lekko – to nie jest young adults), ale seria wyraźnie nabiera powagi. Co jednak najistotniejsze – Jordan ewidentnie przestaje czerpać tak dużo z Tolkiena, jak robił to w pierwszym tomie. To naprawdę świetna wiadomość, bo własna tożsamość okazuje się jednym z czynników, które windują „Wielkie polowanie” ponad status zgrabnie napisanej powieści inspirowanej cudzymi wzorcami i stawiają je wyżej od książki otwierającej tę wspaniałą podróż.

Robert Jordan rozwinął świat przedstawiony i bohaterów w bardzo ciekawym kierunku. Już poprzedni tom przyniósł czytelnikom bardzo wyraźne tropy co do tego, kim może być dla świata Rand al’Thor. Tutaj Jordan idzie dalej w tym kierunku i właśnie na Randzie najbardziej koncentruje uwagę. Nasz bohater zaczyna dojrzewać do myśli, że może w istocie jest Smokiem Odrodzonym – kimś, kto ma poprowadzić ludzkość do decydującej bitwy z odwiecznym adwersarzem, i kto według proroctw ma spowodować kolejne pęknięcie świata. Trudne odkrywanie własnego przeznaczenia jest świetnie nakreślone – Rand ma masę wątpliwości, zachowuje też pokorę względem wyroków losu. On nie chce być wybrańcem, ale okoliczności nieustannie pchają go w tym kierunku, co powoli, acz nieubłaganie, kruszy mur jego oporu. Autor daje nam pod rozwagę myśl, że właśnie ktoś taki najlepiej nadaje się do podobnie podniosłej roli – postać pełna pokory, która nie tylko nie łaknie władzy nad innymi ludźmi, ale chętnie oddałaby wszystkie bogactwa za to, by móc żyć spokojnie ze swoją rodziną gdzieś na krańcu świata.

Na kartach „Wielkiego polowania” pojawia się jednak znacznie więcej interesujących bohaterów. Tym razem mniejszą rolę odgrywa Moiraine Sedai, której przybycie do Pola Emonda wprawiło rzeczy w ruch. Początkowo taki stan rzeczy może dziwić, lecz gdy nasza uwaga skupia się na innych postaciach, łatwo przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Bo Robert Jordan nieustannie rozwija innych bohaterów. Wielu z nich ulega swego rodzaju przemianie, dojrzewa. Można to powiedzieć chociażby o Perrinie, który godzi się powoli z myślą, że posiada nader niecodzienne zdolności i zaczyna uczyć się, jak z nich korzystać w taki sposób, by nie narazić się na ostracyzm ze strony innych ludzi. Dobre wrażenie robią też postaci kobiece, ze szczególnym wskazaniem na Egwene. Bohaterka przekonuje się na własnej skórze, że nie warto być zbyt łatwowierną, bo osoby o rzekomo dobrych intencjach mogą mieć ukryte motywacje. Bohaterowie przestają być przesadnie czarno-biali, co jeszcze bardziej pozwala czytelnikowi przejąć się ich losami.

Robert Jordan nie zapomina o świecie, w którym toczy się akcja „Wielkiego polowania” i konsekwentnie rozbudowuje jego obraz. Tym razem jednym z najciekawszych elementów okazuje się powracająca zza oceanu Aryth armia potomków Artura Jastrzębie Skrzydło. Niezwykle interesująco prezentują się przede wszystkim ich umiejętności „radzenia sobie” z kobietami posiadającymi predyspozycje do przenoszenia Jedynej Mocy. Ten wątek pojawia się w dalszej części powieści i z tego względu wolałbym uniknąć szczegółów, ale w niczym nie zaszkodzi powiedzieć, że Jordan wykreował zagrożenie, którego potencjał wydaje się nieograniczony i może mieć istotny wpływ na losy świata. Czy tak się rzeczywiście stanie, pokażą kolejne tomy.

Sposób pisania Roberta Jordana jest charakterystyczny i jeśli gdzieś upatrywałbym jakichś mankamentów, to właśnie na tym polu. Autor lubi opisy – czasami poświęca sporo miejsca nakreśleniu tego, jak dany bohater jest ubrany, albo w jakim miejscu się znalazł. Na szczęście nie jest to doprowadzone do przesady, choć momentami widać, że jeśli autor nie chwyci swojej weny na smycz (jak Seanchanie swoje damane), to kolejne części cyklu mogą cierpieć na syndrom przegadania. Autorowi nigdzie się nie spieszy, co widać zwłaszcza w środkowej części powieści. Początek i zakończenie są bardzo dynamiczne, jednak w „Wielkim polowaniu” znajdziemy też fragmenty naprawdę powolne. W moim odczuciu nie jest to poważna wada – rozbudowuje obraz świata przedstawionego – ale dla niektórych czytelników rzecz może być odczuwalna i irytująca.

Druga część „Koła czasu” to bardzo dobra powieść, w moim odczuciu stojąca wyżej aniżeli i tak już bardzo solidne „Oko świata”. Dzięki ograniczeniu zbyt widocznych inspiracji Tolkienem i pogłębieniu rysu psychologicznego bohaterów, snuta przez Roberta Jordana opowieść stała się jeszcze bardziej angażująca i stanowi ogromną zachętę do dalszego poznawania tego monumentalnego cyklu.

Autor: Robert Jordan
Tytuł: Wielkie polowanie
Tytuł oryginału: The Great Hunt
Tłumaczenie: Katarzyna Karłowska
Wydawca: Zysk i S-ka
Data wydania: październik 2025
Liczba stron: 884
ISBN: 978-83-8335-740-9

piątek, 9 stycznia 2026

Anthony Ryan "Trylogia Kruczy Cień. Tom 1: Pieśń krwi" - Recenzja

 

Wcale nie jest tak łatwo napisać dobrą powieść fantasy. Fabuł osadzonych w wymyślonych światach jest ogromna ilość, podobnie jak opisywanych w nich przeróżnych systemów magii, więc powiedzenie czegoś nowego w tym gatunku graniczy wręcz z niemożliwością. Podejrzewam, że jest jeszcze trudniej, kiedy jest się debiutantem, bez wyrobionego nazwiska. A kimś takim był Anthony Ryan, kiedy pisał „Pieśń krwi”. W moje ręce trafiło drugie polskie wydanie tej powieści. Pomyślałem sobie, że jeśli po książkę sięga kolejny wydawca, musi to znaczyć, że jest w niej coś więcej niż gatunkowa odtwórczość. Czy faktycznie?

Vaelin Al Sorna zostaje podrzucony przez ojca pod bramę Szóstego Zakonu. Tam ma się szkolić na wojownika Wiary – niezłomnego rycerza, którego zadaniem będzie wykonywanie misji służących zarówno Wierze, jak i Królestwu. Młodzieniec rozpoczyna mordercze szkolenie, walcząc jednocześnie z uczuciem rozczarowania decyzją ojca. Bo co może kierować człowiekiem, żeby porzucił własne dziecko w obcym miejscu? Vaelin z każdym rokiem nabiera doświadczenia, a po zakończeniu szkolenia wyrusza w końcu w świat, w którym czekają go niebezpieczeństwa, o których istnieniu nie miał dotąd pojęcia.

Przez bardzo długi czas „Pieśń krwi” jest standardowo skonstruowaną powieścią fantasy. Autor korzysta ze schematu, zakładającego opis szkolenia bohatera i nabywania przez niego doświadczenia. I generalnie trudno jest uczynić z tego faktu zarzut. Vaelin po prostu musiał nabrać doświadczenia – jego charakter musiał wyewoluować, a on sam dojrzeć. Tę podróż Anthony Ryan kreśli rzetelnie. Początkowo nieco raziło mnie, że bohater jest nad wyraz poważny i wcale nie wydaje się dziesięciolatkiem (w takim wieku go poznajemy), ale potem przypomniało mi się,  że jest to ktoś porzucony przez rodzica w obcym miejscu. Prawdopodobnie sam bym w takiej sytuacji zatracił dziecięcą niewinność. 

Z każdą kolejną stroną Al Sorna nabiera charakteru i się rozwija – to bohater zasadniczo pozytywny, ale niepozbawiony mrocznych stron. Wraz z rozwojem fabuły coraz lepiej poznaje sam siebie, swoje ograniczenia i silne strony. Nie ma tu niczego nowatorskiego, ale Ryan porusza się na polu kreacji charakterologicznej bardzo rzetelnie. Na kartach „Pieśni krwi” jest miejsce także dla wielu postaci drugoplanowych, które wcale nie stanowią jedynie wypełnienia tej powieści – każdy ma swoją rolę do odegrania i stanowi istotny element całości.

Anthony Ryan umiejętnie ukrywa niektóre cechy bohaterów i fabularne szczegóły, by w odpowiedniej chwili wyciągnąć na wierzch elementy, których się nie spodziewaliśmy, a które wzbogacają obraz świata przedstawionego i wzmagają zainteresowanie odbiorcy. Dzieje się tak szczególnie w końcowej fazie opowieści, a wraz z tym idzie coś, co uznaję za wadę tej książki – wcześniej zdarzały się momenty, w których „Pieśń krwi” była nieco zbyt monotonna. Ryan nie zawsze potrafił dobrze wyczuć, w jakim tempie prowadzić tę opowieść, żeby pozostała ekscytująca. Nie jest to wielka wada, choć da się ją zauważyć; mam jednak nadzieję, że ta cecha zniknie w kolejnych tomach „Kruczego cienia”

Przez większą część „Pieśń krwi” pozostaje fantasy z gatunku tych bardzo przyziemnych. Pierwsze skrzypce odgrywają tu szkolenie bohatera, polityka i zbrojne konflikty. Magia? Jest, ale raczej przewija się w tle, nie jest też tak wprost nazywana. Dopiero później ten element świata przedstawionego dochodzi do głosu, choć wydaje się, że raczej stanowi zapowiedź kierunku, w jakim Ryan pójdzie w dwóch kolejnych tomach. Ta zmiana kierunku jawi się jako naprawdę ekscytująca – autor dobrze podbudowuje ją fabularnie, dzięki czemu z jeszcze większym zainteresowaniem śledzimy rozwój opowieści.

Nie zawsze czytało mi się „Pieśń krwi” tak samo dobrze. Były w tej lekturze momenty, kiedy mówiłem sobie, że na tym tomie kończę i nie będę czytał dalej, ale później Ryan włączał wyższe obroty i ostatecznie sprawił, że po przeczytaniu całości po prostu chcę się dowiedzieć, jak wszystko potoczy się dalej. To powieść, która początkowo jest dość leniwa i miewa problemy ze złapaniem właściwego tempa, a także nie jest szczególnie odkrywcza, ale w ostatecznym rozrachunku okazuje się jednak naprawdę interesująca i warta uwagi.

Autor: Anthony Ryan
Tytuł: Pieśń krwi
Tytuł oryginału: Blood Song
Tłumaczenie: Marcin Kiszela
Wydawca: Fabryka Słów
Data wydania: czerwiec 2024 (drugie polskie wydanie)
Liczba stron: 768
ISBN: 978-83-8375-023-1


wtorek, 6 stycznia 2026

Wiedźmin. Tom 9: Corvo Bianco - Recenzja

Dla mnie komiksowy „Wiedźmin” zaczął być prawdziwie angażujący w momencie premiery albumu oznaczonego „piątką”, czyli wtedy, kiedy stery cyklu przejął Bartosz Sztybor. Jak dotąd jego scenariusze nie tylko nie zawodzą, ale wyróżniają się mocno na plus, stanowiąc uzasadnioną rozbudowę franczyzy, której początek dały wspaniałe książki Andrzeja Sapkowskiego. Seria dobiła już do dziewięciu zbiorczych tomów, a jej najnowsza odsłona, zatytułowana „Corvo Bianco”, wylądowała właśnie na księgarnianych półkach.

Geralt pragnie spokoju. Ma dosyć nieustannej przemocy, kolejnych misji i zabijania, dlatego osiedla się na prowincji, na ziemi, którą otrzymał jako nagrodę za jedno z wcześniejszych zleceń. Białowłosy chce poświęcić się winiarstwu i po prostu żyć. Świat zewnętrzny nie ma jednak zamiaru o nim zapomnieć – Geralt, chcąc zachować prawa do swojej posiadłości, zostaje wplątany w kabałę, której cel wydaje się wyjątkowo niejasny.

Sztybor w dotychczasowych tomach „Wiedźmina” podchodził do postaci Geralta z nieco innej strony, niż przywykliśmy. Określiłbym te albumy jako coś w rodzaju „komiksu moralnego niepokoju”, tymczasem najnowszy, choć te echa nadal w nim delikatnie wybrzmiewają, stanowi raczej zwrot ku przygodzie. To klasyczne podejście, w którym widoczne są tak charakterystyczne dla serii motywy jak próba zdjęcia klątwy, niejednoznaczne moralnie wybory czy dynamiczna przygoda. Pod tym względem album wygląda zatem bardzo swojsko i to może się podobać.

Misja, jakiej podejmuje się Geralt, wymaga współpracy z osobami, z którymi normalnie raczej nie wszedłby w komitywę. W trakcie jej realizacji potrzebne są kompromisy – Sztybor dobrze zarysowuje linie podziału, dzięki czemu wzmacnia charakter opowieści. Co więcej, każda z postaci ma o co walczyć, a stawka jest w tego typu komiksie czymś, co nadaje mu ciężaru. Ten element wypada zatem pozytywnie, podobnie jak sam punkt wyjścia opowieści. Geralt łaknący osiadłego, spokojnego życia? Wygląda to naprawdę ciekawie i życzyłbym wiedźminowi, żeby jego pragnienia się spełniły, ale o czym wtedy pisałby Sztybor?

Jakkolwiek poszczególne elementy fabularnej układanki są naprawdę dobrze złożone, to nie sposób nie wspomnieć o konstrukcji całej historii. Otóż wydaje się dziwnie znajoma i oparta na motywach, z których scenarzysta korzystał już wcześniej. Chodzi mi o to, że Geralt staje przed koniecznością wypełnienia misji, o której warunkach zostaje poinformowany, jednak w trakcie realizacji zadania okazuje się, że wszystko jest bardziej skomplikowane, niż mogło się wydawać, a przed wiedźminem zatajono istotne fakty, mogące mieć kolosalne znaczenie dla powodzenia przedsięwzięcia. Tak było wcześniej i tak jest tym razem, co na tym etapie serii staje się niestety zauważalne.

Strona wizualna prezentuje się bardzo przyzwoicie. Jest dynamicznie i efektownie, w dodatku w kilku momentach nieco zaskoczyło mnie to, że rysownik potrafi być dość dosadny w materii prezentowania przemocy. Całość jest wyrazista i utrzymana w nasyconych barwach, co ewidentnie może się podobać. Bardzo ładnie prezentuje się też galeria okładek zamieszczona na końcu albumu. To częsty widok w wydaniach zbiorczych, ale lubię zwracać na niego uwagę, bo zazwyczaj to po prostu uczta dla oczu. Tak jak tym razem.

W porównaniu do poprzednich albumów „Wiedźmina” pisanych przez Bartosza Sztybora „Corvo Bianco” wydaje się być nieco słabszy. Co prawda tym razem nieco inaczej rozłożono akcenty fabularne, ale poza tym nie ma tu niczego, czego nie poznaliśmy już wcześniej. To wciąż angażująca lektura – Sztybor jest zbyt dużym fachurą, by na tym polu polec – jednak opowieść nie porywa już tak mocno, jak wcześniej. Fani, rzecz jasna, docenią i postawią na półce, ale dla reszty raczej nie będzie to lektura obowiązkowa.

Tytuł: Corvo Bianco
Seria: Wiedźmin
Tom: 9
Scenariusz: Bartosz Sztybor
Rysunki: Corrado Mastantuono
Kolory: Mateo Vattani
Tytuł oryginału: The Witcher Volume 9: Corvo Bianco
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Dark Horse Books
Data wydania: październik 2025
Liczba stron: 136
Oprawa: twarda
Format: 170 x 260
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-6936-4

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 01. 12. 2025).