środa, 5 sierpnia 2026

Bat-Man. Pierwszy rycerz - Recenzja

W ramach inicjatywy DC Black Label ukazują się komiksy przeznaczone dla dojrzałego czytelnika, których twórcy często kładą nacisk na mrok i atmosferę, poruszają też poważniejszą tematykę niż regularne serie trykociarskie. W jej ramach na księgarskich półkach pojawiło się już kilka bardzo udanych tytułów, które mają szansę wejść w przyszłości do gatunkowego kanonu. Potencjał na dołączenie do tego grona miał z pewnością „Bat-Man. Pierwszy rycerz”. Założenia tego albumu brzmią na papierze szalenie interesująco. Ale czy efekt końcowy okazuje się równie udany?

Gotham City, 1939 rok. W mieście dochodzi do kilku brutalnych morderstw, których ofiarą padają wysoko postawieni ludzie. Co więcej, w mrocznych zaułkach zaczyna działać tajemnicza, przypominająca nietoperza postać, walcząca z przestępczością i stosująca bardziej bezpośrednie środki niż związana przepisami policja. Bat-Man, bo tak określa go prasa, dopiero buduje swoją pozycję w mieście, a w toku sprawy staje oko w oko z zagrożeniem mogącym już na starcie zdefiniować jego karierę.

Przeniesienie przygód Batmana do okresu tuż przed drugą wojną światową jest nader interesującym punktem wyjścia dla fabuły. Takie nietypowe mariaże od lat pozostają zresztą znakiem rozpoznawczym komiksów spod szyldu Elseworlds, a do tego grona zalicza się także omawiany album. Zastosowany przez scenarzystę manewr dał możliwość odarcia Nietoperza z tego, co towarzyszy mu dzisiaj i mocno warunkuje jego poczynania, czyli z całego technologicznego zaplecza. Większy nacisk został położony na inne elementy – przede wszystkim na siłę mięśni i umysłu zamaskowanego bohatera. W teorii miało to nadać komiksowi bardziej realistycznego charakteru. I gdyby scenarzysta faktycznie do tego się ograniczył, byłoby w porządku.

Jurgens proponuje czytelnikowi opowieść utrzymaną w duchu ciężkiego, mrocznego kryminału. Czuć pulpowość, widać charakterystyczne dla noir rekwizyty i to akurat jest dobra wiadomość. Problem w tym, że rzeczone elementy pozostają wyłącznie gustownym dodatkiem i nie prowadzą do niczego szczególnie interesującego. Same w sobie robią dobre wrażenie, ale komiks to przede wszystkim fabuła, a ta jest niestety nieco przyciężkawa – kryminalna zagadka nieszczególnie angażuje, a co gorsza, w pewnym momencie pojawiają się elementy zahaczające o fantastykę, kompletnie gryzące się z przyziemnym charakterem śledztwa prowadzonego przez Bat-Mana.

Jeszcze większym problemem okazują się bohaterowie. O tytułowym „Pierwszym rycerzu” dowiadujemy się tyle, że jest bogatym samotnikiem z misją. Jego relacje z innymi postaciami nie są szczególnie dobrze zarysowane. Jurgens próbuje, tego nie można mu odmówić, ale efekty tych starań pozostawiają sporo do życzenia. Romans Wayne’a z pewną aktorką poprowadzono wyjątkowo topornie – kobieta pojawia się znikąd i bez żadnego wysiłku sprawia, że Bruce zdradza jej swoją tajemnicę. Zupełnie nie czuć ciężaru tego wyznania, a podbudowanie psychologiczne tego motywu jest żadne. To rozczarowujące. Podobnie mizernie przedstawia się relacja bohatera z Gordonem, która jest taka sama, jak zawsze, tylko bardziej sztampowa i stereotypowa.

O ile scenariusz rozczarowuje, o tyle ilustracje są elementem, do którego nie sposób się za bardzo przyczepić. Realistyczny styl świetnie pasuje do retrokryminału. Mike Perkins wizualizuje lata trzydzieste z całym ich brudem i niepokojem. Artyście doskonale wychodzi również operowanie światłem i cieniem, co nadaje albumowi wizualnego sznytu noir. Odrobinę cierpi na tym wszystkim dynamika, bo Perkins bardziej skupia się na klimacie, ale nie jest to zbyt duży zarzut, zważywszy na ogólną wysoką jakość tych grafik.

Obiecywałem sobie po „Pierwszym rycerzu” wiele, tymczasem efekt finalny okazał się rozczarowujący. To komiks przypominający efektowną, ale pustą wydmuszkę. Historia, oparta głównie na nostalgii, rozczarowuje w najważniejszej materii, czyli w konstrukcji intrygi. Ten retelling początków Nietoperza jest zbyt bezpieczny i czuć w nim zbyt duży dysonans między dobrym nakreśleniem tła politycznego a elementami jawnie pulpowymi. Czasem podobna mieszanka potrafi zadziałać znakomicie, niestety tym razem się nie udało.

Tytuł: Bat-Man. Pierwszy rycerz
Seria: DC Black Label
Scenariusz: Dan Jurgens
Rysunki: Mike Perkins
Kolory: Mike Spicer
Tłumaczenie: Paulina Walenia
Tytuł oryginału: The Bat-Man: First Knight
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: kwiecień 2026
Liczba stron: 160
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 216 x 276
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7344-6

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 27. 05. 2026).

czwartek, 30 lipca 2026

Steven Erikson "Malazańska Księga Poległych. Tom 2: Bramy Domu Umarłych" - Recenzja

 

Pierwszy tom „Malazańskiej Księgi Poległych” jest dla mnie powieścią wyjątkową. Czytałem ją kilka razy i zapewne jeszcze kiedyś do niej wrócę. Nigdy jednak nie doczytałem cyklu do końca, zatrzymałem się przed tomem szóstym. Jakiś czas temu postanowiłem nadrobić tę czytelniczą zaległość. Człowiek nie robi się przecież młodszy, a jeśli pewne rzeczy odkłada się w nieskończoność, można ostatecznie z nimi nie zdążyć. Wiedziony tą myślą sięgnąłem po „Bramy Domu Umarłych”. Choć czytałem już tę powieść wcześniej, ponowna lektura i tak dostarczyła mi ogromu wrażeń.

Imperium Malazańskie znalazło się na krawędzi wojny domowej. Osłabiona wydarzeniami w Darudżystanie potęga musi zmierzyć się z widmem buntu ogarniającego Siedem Miast. Rebelianci gromadzą siły na świętej pustyni Raraku, gdzie Sha'ik formuje armię mającą stanąć na czele od dawna zapowiadanego powstania przeciwko cesarzowej Laseen. W wir tych wydarzeń zostają wciągnięci zwykli ludzie, których losy niejednokrotnie okazują się równie istotne jak decyzje władców i dowódców. To właśnie od ich wyborów i poświęcenia może zależeć bieg historii całego imperium.

Drugi tom „Malazańskiej Księgi Poległych” to nadal ogromna liczba postaci i kilka odrębnych, ale równie ważnych wątków. Z tego względu wciąż nie sposób mówić o jednym głównym bohaterze. Nie stanowi to jednak żadnego problemu, ponieważ autor potrafi zainteresować niemal każdym bohaterem. Oczywiście jedne postaci przypadły mi do gustu bardziej, inne mniej, ale losy każdej z nich okazują się istotne dla pełnego zrozumienia tej opowieści. Co więcej, Erikson sprawia, że nawet bohaterowie początkowo wydający się drugoplanowi z czasem zyskują na znaczeniu i otrzymują momenty, które na długo zapadają w pamięć. Dzięki temu przeskakiwanie między kolejnymi wątkami nie wywołuje znużenia, a wręcz budzi ciekawość, co wydarzy się u pozostałych uczestników tej rozległej historii. 

Warto zwrócić szczególną uwagę na konstrukcję całej historii, ponieważ każdy z głównych wątków „Bram Domu Umarłych” znacząco się od siebie różni, prezentując odmienne rodzaje opowieści. Historia Felisin to opowieść o dojrzewaniu, nabieraniu doświadczenia oraz kształtowaniu charakteru i stopniowej przemianie pod wpływem ekstremalnie trudnych doświadczeń. Wątek Sznura Psów to rasowy dramat wojenny, który główny nacisk kładzie na obowiązek, braterstwo i heroizm, nawet w najtrudniejszych momentach. Podróż Kalama przypomina brutalną opowieść przygodową z elementami szpiegowskimi, natomiast sceny z udziałem Mappa i Icariuma tchną swego rodzaju smutkiem, melancholią i tajemnicą. Na tym tle najbardziej kameralne wrażenie sprawiają sceny z udziałem Skrzypka, Crocusa i Apsalar, skupiające się przede wszystkim na relacjach między bohaterami i samej podróży. Całość spaja przy tym wyraźnie wyczuwalny duch powieści drogi, obecny niemal w każdym z opisanych wątków.

Największe znaczenie dla całej powieści ma jednak wątek Sznura Psów. Steven Erikson w znakomity sposób ukazuje obezwładniający bezsens wojny, wzmacniając go motywami bezwzględnej polityki, zadawnionych urazów i zwykłej ludzkiej małostkowości. Od samego początku czytelnik doskonale wie, że misja Coltaine’a, której sednem jest próba uratowania wojennych uchodźców, praktycznie nie może skończyć się dobrze. Mimo to przez całą lekturę towarzyszy nam nadzieja, że bohaterowie w jakiś sposób znajdą ocalenie. Erikson z ogromnym wyczuciem buduje emocjonalny ciężar tej historii, przez co trudno pozostać obojętnym wobec losów uchodźców i chroniących ich żołnierzy.

„Bramy Domu Umarłych” znacząco rozwijają wykreowane przez Eriksona uniwersum, odsłaniając kolejne jego zakątki i tajemnice. Jeden z wątków przybliża zmiennokształtne istoty, które wykorzystując wojenną zawieruchę, próbują odnaleźć drogę do ascendencji. Przy okazji autor stopniowo odsłania kolejne elementy skomplikowanego systemu magicznego, pokazując, jak ogromny wpływ może wywierać magia zarówno na życie zwykłych ludzi, jak i na losy całych państw. Polityka również nie pozostawia złudzeń – Erikson ukazuje ją jako domenę bezwzględności, odwetu i cynicznej kalkulacji. Począwszy od motywowanej zemstą czystki szlachty, a skończywszy na pokazaniu, jak łatwo władza usprawiedliwia przemoc i zmienia ludzi w narzędzia własnych ambicji. Na uznanie zasługuje również sposób prowadzenia narracji. Erikson nie podaje czytelnikowi wszystkiego na tacy, zmuszając go do samodzielnego łączenia faktów, ale jednocześnie robi to na tyle umiejętnie, że z każdą kolejną stroną coraz lepiej rozumiemy zasady rządzące tym światem.

Druga część monumentalnej „Malazańskiej Księgi Poległych” to znakomita lektura – powieść angażująca, wielowątkowa, poruszająca uniwersalną tematykę, a przy tym zachwycająca kreacją świata przedstawionego. W opinii wielu czytelników jest lepsza niż „Ogrody Księżyca” i choć ja akurat do tej grupy się nie zaliczam, również doceniam jej niezaprzeczalną klasę. „Bramy Domu Umarłych” potrafią poruszyć oraz skłonić do refleksji, przypominając, że literatura fantasy potrafi z powodzeniem podejmować tematy równie ambitne i uniwersalne jak uznawana za bardziej prestiżową literatura głównego nurtu.

Autor: Steven Erikson
Tytuł: Bramy Domu Umarłych
Tytuł oryginału: Deadhouse Gates
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Wydawca: MAG
Data wydania: kwiecień 2021 (wznowienie)
Liczba stron: 816
ISBN: 978-83-6671-213-3

niedziela, 26 lipca 2026

DC kontra wampiry - Recenzja

 

Komiks superbohaterski plus horror to połączenie, które potrafi dać naprawdę interesujące efekty. Na przestrzeni lat twórcy wielokrotnie wykazywali się kreatywnością, oferując fanom tytuły potrafiące zaintrygować, jak choćby „Zagłada Gotham”, mariaż świata Batmana z mitami Cthulhu, czy niedawny „Batman. Pełnia”, w świetny, brudny sposób poruszający tematykę likantropii. Przed lekturą „DC kontra wampiry” miałem nadzieję, że album dołączy do grona tych, które z opowieści grozy czerpią to, co najlepsze.

Przedstawiciele Ligi Sprawiedliwości stają do walki z zagrożeniem, z jakim się jeszcze nie mierzyli. Do świata DC wkraczają bowiem… wampiry. Krwiopijcy – po zmianach w strukturach dowodzenia – rezygnują z kruchego porozumienia z ludzkością i wypowiadają jej wojnę. Celem jest osiągnięcie dominującej pozycji na świecie, nieograniczony dostęp do świeżej krwi, a przede wszystkim władza.

Wspomniałem we wstępie o komiksach superbohaterskich, które świetnie współgrają z horrorem. Niestety jest także druga strona medalu – to albumy, których twórcy jedynie powierzchownie korzystają z rekwizytów grozy i używają ich głównie jako pretekstu do akcji i rozwałki, tyle że w nieco innym niż zazwyczaj anturażu. Tak wyglądały niedawne „Nocne koszmary” i w zasadzie podobnie prezentuje się „DC kontra wampiry”. Liczyłem, że nazwisko Tyniona IV zagwarantuje wyjście poza schematy, ale Amerykanin (do spółki z Rosenbergiem) dostał najwidoczniej zlecenie na coś bardzo bliskiego regularnym trykociarskim seriom, dla niepoznaki ubrany w niecodzienne szatki.

„DC kontra wampiry” to historia spod szyldu Elseworlds, a więc idealny typ komiksu na twórcze eksperymenty. Tynion IV i Rosenberg podeszli do nich w taki sposób, że w toku fabuły nie bali się uśmiercić kilku istotnych dla Uniwersum DC bohaterów. Bo skoro rzecz dzieje się „gdzie indziej”, to w sumie czemu nie, prawda? Czy zabieg okazał się udany? W mojej opinii tak – wizja przemiany superbohaterów w wampiry pozwoliła zbudować atmosferę niepewności – nie wiedzą, kto został zainfekowany ani kto gra na dwa fronty, a to daje pole do ciekawych fabularnych zawijasów.

Jedną rzeczą jest potencjał, inną odpowiednie jego wykorzystanie. I na tym polu komiks wypada niestety gorzej. Fabuła rozwija się całkiem ciekawie gdzieś do połowy albumu, a później niepotrzebnie eskaluje. W pewnym momencie napięcie wyraźnie siada, także z tego względu, że pomysłu nie wystarczyło na cały album. Dwanaście zeszytów to za dużo. Dłużyzny stają się normą, a komiks porzuca paranoiczny ton cechujący jego pierwszą połowę i zamienia się w ciąg starć między przedstawicielami obozów wampirów i ludzi. To z kolei przypomina każdą inną superbohaterską bijatykę, tyle że tu zaprezentowano ją w innej scenerii.

Pod względem graficznym komiks stoi na średniej półce. Główny rysownik tej opowieści, Otto Schmidt, to pochodzący z Rosji artysta, który współpracuje z DC Comics już od jakiegoś czasu, ale nigdy nie zachwycał warsztatem. W przypadku „DC kontra wampiry” ten obraz się nie zmienia – ilustracje często są bardzo chaotyczne, chwilami wręcz nieczytelne (zwłaszcza detale) i odpychające, gdy przyjrzymy się niektórym twarzom. Wygląda to niestety przeciętnie. Trudno powiedzieć, czy to kwestia ograniczeń warsztatowych, czy może pośpiechu, ale rysunki ciągną ten tytuł w dół.

Najnowsza „horrorowa” propozycja DC nie jest albumem, który w nowatorski sposób czerpałby z tematyki grozy. To typowy współczesny rysunkowy blockbuster stawiający na akcję i jedynie akcentujący inne elementy, lecz niewykorzystujący w pełni ich potencjału. Jako rozrywkowy przerywnik od codzienności sprawdzi się nieźle, ale z pewnością nie dołączy do najlepszych komiksowych horrorów.

Tytuł: DC kontra wampiry
Scenariusz: James Tynion IV, Matthew Rosenberg
Rysunki: Otto Schmidt i inni
Kolory: Otto Schmidt i inni
Tłumaczenie: Magda Gamrot
Tytuł oryginału: DC vs. Vampires
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: kwiecień 2026
Liczba stron: 304
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-281-7345-3

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 22. 05. 2026).