niedziela, 26 lipca 2026

DC kontra wampiry - Recenzja

 

Komiks superbohaterski plus horror to połączenie, które potrafi dać naprawdę interesujące efekty. Na przestrzeni lat twórcy wielokrotnie wykazywali się kreatywnością, oferując fanom tytuły potrafiące zaintrygować, jak choćby „Zagłada Gotham”, mariaż świata Batmana z mitami Cthulhu, czy niedawny „Batman. Pełnia”, w świetny, brudny sposób poruszający tematykę likantropii. Przed lekturą „DC kontra wampiry” miałem nadzieję, że album dołączy do grona tych, które z opowieści grozy czerpią to, co najlepsze.

Przedstawiciele Ligi Sprawiedliwości stają do walki z zagrożeniem, z jakim się jeszcze nie mierzyli. Do świata DC wkraczają bowiem… wampiry. Krwiopijcy – po zmianach w strukturach dowodzenia – rezygnują z kruchego porozumienia z ludzkością i wypowiadają jej wojnę. Celem jest osiągnięcie dominującej pozycji na świecie, nieograniczony dostęp do świeżej krwi, a przede wszystkim władza.

Wspomniałem we wstępie o komiksach superbohaterskich, które świetnie współgrają z horrorem. Niestety jest także druga strona medalu – to albumy, których twórcy jedynie powierzchownie korzystają z rekwizytów grozy i używają ich głównie jako pretekstu do akcji i rozwałki, tyle że w nieco innym niż zazwyczaj anturażu. Tak wyglądały niedawne „Nocne koszmary” i w zasadzie podobnie prezentuje się „DC kontra wampiry”. Liczyłem, że nazwisko Tyniona IV zagwarantuje wyjście poza schematy, ale Amerykanin (do spółki z Rosenbergiem) dostał najwidoczniej zlecenie na coś bardzo bliskiego regularnym trykociarskim seriom, dla niepoznaki ubrany w niecodzienne szatki.

„DC kontra wampiry” to historia spod szyldu Elseworlds, a więc idealny typ komiksu na twórcze eksperymenty. Tynion IV i Rosenberg podeszli do nich w taki sposób, że w toku fabuły nie bali się uśmiercić kilku istotnych dla Uniwersum DC bohaterów. Bo skoro rzecz dzieje się „gdzie indziej”, to w sumie czemu nie, prawda? Czy zabieg okazał się udany? W mojej opinii tak – wizja przemiany superbohaterów w wampiry pozwoliła zbudować atmosferę niepewności – nie wiedzą, kto został zainfekowany ani kto gra na dwa fronty, a to daje pole do ciekawych fabularnych zawijasów.

Jedną rzeczą jest potencjał, inną odpowiednie jego wykorzystanie. I na tym polu komiks wypada niestety gorzej. Fabuła rozwija się całkiem ciekawie gdzieś do połowy albumu, a później niepotrzebnie eskaluje. W pewnym momencie napięcie wyraźnie siada, także z tego względu, że pomysłu nie wystarczyło na cały album. Dwanaście zeszytów to za dużo. Dłużyzny stają się normą, a komiks porzuca paranoiczny ton cechujący jego pierwszą połowę i zamienia się w ciąg starć między przedstawicielami obozów wampirów i ludzi. To z kolei przypomina każdą inną superbohaterską bijatykę, tyle że tu zaprezentowano ją w innej scenerii.

Pod względem graficznym komiks stoi na średniej półce. Główny rysownik tej opowieści, Otto Schmidt, to pochodzący z Rosji artysta, który współpracuje z DC Comics już od jakiegoś czasu, ale nigdy nie zachwycał warsztatem. W przypadku „DC kontra wampiry” ten obraz się nie zmienia – ilustracje często są bardzo chaotyczne, chwilami wręcz nieczytelne (zwłaszcza detale) i odpychające, gdy przyjrzymy się niektórym twarzom. Wygląda to niestety przeciętnie. Trudno powiedzieć, czy to kwestia ograniczeń warsztatowych, czy może pośpiechu, ale rysunki ciągną ten tytuł w dół.

Najnowsza „horrorowa” propozycja DC nie jest albumem, który w nowatorski sposób czerpałby z tematyki grozy. To typowy współczesny rysunkowy blockbuster stawiający na akcję i jedynie akcentujący inne elementy, lecz niewykorzystujący w pełni ich potencjału. Jako rozrywkowy przerywnik od codzienności sprawdzi się nieźle, ale z pewnością nie dołączy do najlepszych komiksowych horrorów.

Tytuł: DC kontra wampiry
Scenariusz: James Tynion IV, Matthew Rosenberg
Rysunki: Otto Schmidt i inni
Kolory: Otto Schmidt i inni
Tłumaczenie: Magda Gamrot
Tytuł oryginału: DC vs. Vampires
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: kwiecień 2026
Liczba stron: 304
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-281-7345-3

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 22. 05. 2026).

piątek, 24 lipca 2026

Mity Kościanego Sadu. Tom 2: Dziesięć tysięcy czarnych piór - Recenzja

 

Pierwszy tom „Mitów Kościanego Sadu" zostawił mnie po części zaintrygowanym, ale przede wszystkim rozczarowanym. Był to komiks irytująco niedopowiedziany, obiecujący więcej, niż ostatecznie dowoził. W terminologii muzycznej określiłbym go jako demo – coś z potencjałem, nad czym trzeba jeszcze popracować. Lemire wydał go jednak w formie, w jakiej go wydał, a mnie zostało tylko jedno – mieć nadzieję, że drugi tom będzie lepszy. I jakkolwiek nie był to mój czytelniczy priorytet, to postanowiłem jednak sprawdzić, czy „Dziesięć tysięcy czarnych piór”, w odróżnieniu od poprzednika, posiada angażującą fabułę.

Trish i Jackie to najlepsze przyjaciółki. Łączy je między innymi miłość do gier rpg. Podróżowanie przez fantastyczne światy to ich sposób na spędzanie wolnego czasu. Pewnego dnia jednak prawdziwy świat, ten, w którym dziewczyny żyją, wchodzi w kurs kolizyjny z czymś o wiele mroczniejszym. Co jest fikcją, a co rzeczywistością?

Zacznę od tego, że nadal mamy do czynienia z komiksem, który opiera się przede wszystkim na dziwności. Tym razem nie jest ona jednak tak chaotyczna jak poprzednio. Lemire okiełznał swoje wizje i nie uświadczymy już tak abstrakcyjnych odlotów, jak w „jedynce". Lubię weird, ale tylko wtedy, gdy do czegoś prowadzi. Tutaj, zamknięty w bardziej zrozumiałej formie fabularnej, w końcu przybiera angażujący kształt. Opowieść jest usystematyzowana i znacznie bardziej konwencjonalna w swojej strukturze niż „Przejście". Dla mnie jest to bez dwóch zdań zaleta, bo nadal jest tu wiele do własnej interpretacji, ale komiks po prostu lepiej (sprawniej) się czyta.

Lemire puszcza oko do czytelników, gdy w toku fabuły nawiązuje do innych dzieł popkultury. Bohaterki tej historii to czystej wody geeki – lubią fantastykę, są „piwniczakami”, mają problemy z relacjami z innymi ludźmi i z pełną akceptacją rzeczywistości. To sympatyczna odskocznia od ciężkiego wydźwięku tej historii. Autor ciekawie zarysowuje relację między bohaterkami, która jest pełna czystego uczucia, jednak kipi od podskórnych emocji. Wejście w psychikę Trish (to ona stoi na pierwszym planie) jest przekonujące, zwłaszcza dla czytelników, którzy potrafią rozumieć targające nią emocje.

Na kartach „Dziesięciu tysięcy czarnych piór" przenikają się dwa światy – nasz i ten zrodzony z wyobraźni, inspirowany fantastyką. Główna bohaterka lepiej czuje się w tym drugim, bo w nim, mimo obecności stworów rodem z koszmarów, wie co robić. Tam nie ma innych ludzi, którzy walczą o uwagę jej koleżanki i nikt nie odbierze na stałe jej zainteresowania. Dla Trish jest to ważne, bo Jackie powoli staje się całym jej światem. Lemire sugeruje, że koleżeńska relacja może stawać się toksyczna, ponieważ jedna ze stron nie pozwala jej w naturalny sposób ewoluować. Relacje z okresu młodości są specyficzne – rzadko kiedy można je bezboleśnie przenieść w dorosłość. Pogodzenie się z takim stanem rzeczy jest często fundamentem przejścia do kolejnego etapu życia, tymczasem Trish taki stan rzeczy neguje, a to wpływa nie tylko na nią samą.

Warto też wspomnieć, że tym razem osobliwość różnych elementów fabuły wyraźnie służy pokazaniu przemiany (bądź jej braku) głównej bohaterki. Uwięziona we własnym wyobrażeniu relacji, dopowiadając sobie rzeczy, których nie ma, czyni swojej psychice więcej szkody, niż mogłaby doznać po zwyczajnej, nawet trudnej rozmowie. Ona jednak mogłaby trwale zniszczyć iluzję, w której spragniona prawdziwego, głębokiego uczucia Trish chce żyć. Nikt nie chce pogrzebać swoich celów i wyobrażeń ani boleśnie zderzyć się z rzeczywistością. Stąd zachowanie bohaterki jest w znacznym stopniu zrozumiałe.

Andrea Sorrentino rysuje tak, jak lubię. To niby te same zabawy z formą, kadrem i kształtem co w poprzednim tomie czy na kartach m.in. „Gideon Falls”, ale włoski artysta każdorazowo przyciąga moją uwagę. Za każdym razem, mimo pewnych podobieństw, jest inaczej. Te kadry hipnotyzują i zachwycają. Wspomniana gra kształtem i dziwność połączona z realizmem sprawiają, że oprawy graficznej nie sposób nie uznać za fenomenalną. Uwielbiam taki styl, a na kartach „Dziesięciu tysięcy czarnych piór” prezentuje się on tak samo dobrze, jak zazwyczaj.

Druga odsłona „Mitów Kościanego Sadu" jest komiksem znacząco bardziej angażującym niż pierwszy tom. Tej opowieści zdecydowanie przysłużyło się zamknięcie jej w bardziej konwencjonalnych, choć nadal intrygujących ramach. Weird także jest obecny, ale tym razem nie sprawia wrażenia sztuki dla sztuki. To naprawdę udany album.

Tytuł: Mity Kościanego Sadu. Dziesięć tysięcy czarnych piór
Scenariusz: Jeff Lemire
Rysunki: Andrea Sorrentino
Kolory: David Stewart
Tłumaczenie: Maria Lengren
Tytuł oryginału: Bone Orchard Mythos: Ten Thousand Black Feathers
Wydawnictwo: Mucha Comics
Wydawca oryginału: Image Comics
Data wydania: grudzień 2025
Liczba stron: 168
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 180 x 275
Wydanie: I
ISBN: 978-83-67571-62-3

środa, 22 lipca 2026

Władza absolutna. Tom 3: Finałowe starcie - Recenzja

 

Pierwsze dwa tomy „Władzy absolutnej” były o wiele lepsze, niż się spodziewałem. W dobie bezdusznych, tworzonych od szablonu eventów te komiksy jawiły się jako opowieść z wyraźnie wyczuwalną stawką. Na polu czystej rozrywki wypadały ponadprzeciętnie. Dlatego miałem nadzieję, że zamknięcie tej historii okaże się równie dobre. Czy twórcy po raz kolejny stanęli na wysokości zadania?

Amanda Waller jest bardzo blisko zdobycia władzy nad światem. Wmówiła społeczeństwu, że superbohaterowie stanowią ogromne zagrożenie, a ich samych pozbawiła mocy i wielu uwięziła w swojej tajnej placówce na Gamorze. Ruch oporu przygotowuje się jednak do walki o uwolnienie towarzyszy. Czy ostatni, desperacki kontratak przyniesie bohaterom zwycięstwo?

Komiks superhero nie od dziś boryka się z pewnymi problemami. Jednym z nich jest zbyt duża bombastyczność, szczególnie widoczna w momencie, gdy duża opowieść zmierza do finału. Nieważne, jak nastrojowo było wcześniej, zakończenie to często niewiele więcej niż zwykłe mordobicie. Tak było niedawno z „Gothamskim nokturnem” i historia niestety powtarza się także w przypadku „Władzy absolutnej”. Scenarzyści poszli tym razem po linii najmniejszego oporu, dając nam zbiór zeszytów, których wspólnym mianownikiem jest akcja. Sęk w tym, że nie angażuje ona tak, jak powinna. Dzieje się tak w znacznej mierze z powodu nierównego poziomu poszczególnych tie-inów. Część zeszytów wygląda tak, jakby twórcy chcieli na siłę połączyć poszczególne cykle z głównym eventem – takie niedopasowanie jest łatwo wyczuwalne i skutkuje jedynie tym, że czytelnik musi przebrnąć przez większą liczbę stron, by dotrzeć do najważniejszych wydarzeń.

Po lekturze tego tomu bardzo wyraźne staje się to, że problemem całego crossoveru jest fakt, że nie narusza on status quo w stopniu, którego można było oczekiwać po skali wydarzeń – te ostatecznie nie sprawiają wrażenia szczególnie istotnych. Owszem, pewnie zmiany się pojawiają (nie będę pisał o detalach z uwagi na potencjalne spoilery), ale z pewnością są one odwracalne. To zdecydowanie zmniejsza ich ciężar gatunkowy. Można zatem spokojnie powiedzieć, że zagrożenie, z jakim zmagali się bohaterowie na łamach „Władzy absolutnej”, było tymczasowe, a nie rewolucyjne. Jasne, nie spodziewałem się tutaj niczego takiego kalibru jak np. śmierć Alfreda, ale kampania promocyjna obiecywała jednak więcej.

Wspominałem wcześniej, że sporo tu nawalanki, ale warto mieć na uwadze, że nie cały album wygląda w ten sposób. Świetne wrażenie sprawia otwierająca całość trzyzeszytówka „Absolute Power. Origins”. To swego rodzaju studium charakteru i motywacji Amandy Waller i muszę przyznać, że tę część komiksu czyta się wybornie. Dlaczego? Chodzi tu przede wszystkim o lepsze nakreślenie pobudek głównej antagonistki. Scenarzysta próbuje odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Waller stała się kimś, kto jest zdolny podjąć walkę na tak wielką skalę, byle tylko wyeliminować z gry superbohaterów? Waller zostaje tu w pewien sposób porównana do Batmana – również mierzy się ze stratą, z tym że u niej jest ona katalizatorem zmian innego typu niż te, które wprowadził w życie Bruce Wayne. Autor w ciekawy sposób pokazuje wpływ utraty bliskich na psychikę Waller, jej rosnącą potrzebę kontroli wydarzeń – to wszystko pomaga zrozumieć motywację tej postaci, choć wcale nie usprawiedliwia jej metod.

Wracając jeszcze na chwilę do głównego eventu – największym rozczarowaniem tego albumu jest dla mnie to, że finał nie wybrzmiewa w odpowiedni sposób. Wszystko jest zbyt łatwe, zbyt szybkie i zbyt zachowawcze względem skali nie tylko wcześniejszych zapowiedzi, ale i dwóch pierwszych tomów tej opowieści. Z kolei samo ostateczne starcie sprawia nieodparte wrażenie, jakby całą historię wciśnięto na siłę w jeden lekko rozbudowany zeszyt, a fabularne twisty (Arrow!) są zbyt oczywiste, by faktycznie mogły zaskakiwać. Jeśli zatem koniec wieńczy dzieło, to nie jest zbyt kolorowo.

Ilustracje ponownie stanowią najbardziej zróżnicowany element albumu. Jakkolwiek obecność jedenastu artystów sprawiła, że można zapomnieć o wizualnym ujednoliceniu, to niekoniecznie jest to zła wiadomość. Większość plastyków spisała się bowiem całkiem dobrze – rysunki są nowoczesne, dynamicznie skadrowane i efektowne. Czasami szczegółów jest zbyt wiele (wtedy kolejne kadry zlewają się w wielkie, kolorowe jedno), ale na znacznej przestrzeni albumu ilustracje nie przeszkadzają w lekturze. Szkoda tylko, że na końcu  nie dostaliśmy nieco więcej dodatków – te kilka alternatywnych okładek to jednak trochę za mało.

Patrząc na „Władzę absolutną” całościowo, można powiedzieć, że jest to dobry event, który mocno rozmywa się w ostatnim tomie. Wydarzyło się tu za mało (choć takie stwierdzenie zakrawa na lekki paradoks, zważywszy na to, że w kolejnych zeszytach dzieje się całkiem sporo), żeby zachwiać posadami Uniwersum DC, którego fundamenty ostatecznie pozostały nienaruszone. Wygląda to zatem tak, że otrzymaliśmy po prostu następny crossover, który nie będzie szczególnie wspominany, ale który nie przynosi twórcom ujmy. Ot, dość przyzwoity, trykociarski produkt.

Seria: Władza absolutna
Tom: 3
Scenariusz: Mark Waid i inni
Rysunki: Dan Mora i inni
Kolory: różni artyści
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Absolute Power Tome 3
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: maj 2026
Liczba stron: 300
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Wydanie: I
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-281-7343-9

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 26. 06. 2026).