Fakt, że DC Black Label nie wykazuje żadnych oznak kryzysu i prawie osiem lat po starcie mocno trzyma się na nogach, jest niezwykle budujący. Rynek zdecydowanie potrzebuje komiksów z DC utrzymanych w poważniejszym tonie i przeznaczonych dla dojrzalszego czytelnika. Imprint od lat udowadnia, że jest miejscem dla odważniejszych, bardziej autorskich projektów, pozwalającym twórcom eksperymentować z formą, gatunkiem i wizerunkiem znanych bohaterów. Kolejnym tytułem wydanym w ramach tej linii jest „Miasto szaleństwa” Christiana Warda – komiks, który już od pierwszych zapowiedzi wzbudzał spore zainteresowanie fanów. Twórcy obiecywali mroczną, horrorową interpretację Batmana. Sprawdźmy, czy efekt końcowy rzeczywiście okazał się tak intrygujący, jak sugerowały zapowiedzi.
Pod Gotham City znajduje się inna wersja miasta. Dolne Gotham to miejsce rodem z najgorszych koszmarów, które żywi się strachem mieszkańców powierzchni. Od dawna dostęp do niego pozostawał zamknięty, ale wydarzyło się coś, co ponownie otworzyło bramę między obiema rzeczywistościami. Wraz z nią na ulice Gotham przedostaje się zło, z jakim Batman nie miał dotąd do czynienia. Mroczny Rycerz będzie musiał zmierzyć się nie tylko z przerażającymi istotami i tajemnicami skrywanymi przez Dolne Gotham, ale również z pytaniami o naturę samego miasta oraz granice własnej wytrzymałości psychicznej.
Wielu czytelników i recenzentów zwróci zapewne największą uwagę na wizualną stronę tego albumu. Grafiki mogą być najpiękniejsze, lecz jeśli nie do końca gra scenariusz, nie uratują całego komiksu. I trochę tak to wygląda z „Miastem szaleństwa”. Wydaje się, że podstawowym problemem tej historii jest to, że autor po prostu chciał odrobinę za dużo. Ward porusza zbyt wiele tematów – od psychologicznego portretu Batmana, przez horror i elementy kosmicznej grozy, aż po rozbudowę mitologii Gotham – przez co żaden z nich nie wybrzmiewa z odpowiednią siłą. Zamiast skupić się na kilku najmocniejszych pomysłach i odpowiednio je rozwinąć, scenarzysta nieustannie dorzuca wątki. W efekcie kolejne motywy są nakreślone sprawnie, ale sprawiają wrażenie jedynie rzemieślniczo poprawnych i raczej nie pozostaną w pamięci na dłużej.
Nadmiar pomysłów nie oznacza jednak, że poszczególne detale tej opowieści nie są warte uwagi. Fani horroru (sam nim zresztą jestem) docenią z pewnością fakt, że atmosfera grozy wręcz wylewa się z kolejnych scen i kadrów. Niekoniecznie chodzi jednak o potwory czy brutalne sceny, lecz przede wszystkim o sposób budowania napięcia. Czytelnik przez większość czasu nie ma pewności, co jest prawdziwe, a co jedynie wytworem chorego umysłu lub wpływu tajemniczych sił. To właśnie atmosfera jest jedną z najmocniejszych stron tego albumu. Warto też zwrócić uwagę na inspiracje twórczością H.P. Lovecrafta. W komiksie pojawia się motyw pradawnego zła, niepojętych istot oraz miejsc, których istnienie podważa logikę świata. Jednocześnie horror ma tu wymiar psychologiczny, bo Batman musi mierzyć się nie tylko z fizycznym zagrożeniem, ale również z własnym strachem i ograniczeniami.
Horrorowe i oniryczne elementy są zatem mocną stroną „Miasta szaleństwa”, ale dostrzegłem niestety problemy z nierównym tempem opowieści. W pierwszym rozdziale scenarzysta pieczołowicie rozstawia fabularne pionki na planszy, ale im bliżej końca, tym za bardzo przyspiesza. Tej historii przydałyby się dwa rozdziały więcej, wtedy Ward uniknąłby tego pośpiechu. Dla niektórych czytelników mankamentem może być też sposób narracji, który potrafi być bardzo abstrakcyjny. Rozumiem, że taki był zamysł autora, zwłaszcza że w wielu miejscach nawiązuje on do „Azylu Arkham", jednak można odnieść wrażenie, że enigmatyczność i dziwność zbyt często przeważa nad klarownością fabuły.
Wspomniałem już o jakości warstwy graficznej i wydaje mi się, że niewiele recenzji „Miasta szaleństwa” oceni ją inaczej – ilustracje Warda są naprawdę piękne. W wielu momentach album zamienia się w wizualne widowisko zachwycające stylem. Autor postawił na malarski sznyt, dzięki czemu obraz Gotham jest żywy, pulsujący niepokojem i emocjami, momentami hipnotyzujący, a jednocześnie fascynująco odpychający. Kolejne plansze i kadry zostały doskonale przemyślane, przez co po zakończeniu lektury danej strony aż chce się do nich wrócić i jeszcze raz przyjrzeć się detalom oraz delektować się ich niezaprzeczalną jakością.
Zapowiadało się wybornie, ale ostatecznie „Miasto szaleństwa” więcej obiecuje, niż ma do zaoferowania. To komiks świetny wizualnie, który potrafi zachwycić nastrojem grozy skąpanym w oniryzmie, ale sęk w tym, że sama opowieść nie jest na tyle angażująca, żeby można było mówić o tytule, który ma szansę zostać zapamiętany na dłużej. Christian Ward udowadnia, że jako artysta dysponuje ogromnym talentem i wyjątkową wyobraźnią, jednak jako scenarzysta nie potrafił w pełni wykorzystać potencjału własnych pomysłów. Nie zrozummy się jednak źle – to nie jest zły komiks. Wręcz przeciwnie, miłośnicy nieoczywistych, horrorowych interpretacji Batmana znajdą tu sporo powodów do zadowolenia. Po prostu miałem chrapkę na o wiele więcej.
Tytuł: Batman. Miasto szaleństwa
Seria: DC Black Label
Scenariusz, rysunki i kolory: Christian Ward
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Batman. City of Madness
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: lipiec 2026
Liczba stron: 175
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 216 x 285
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7353-8
(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 11. 08. 2026).











