piątek, 17 lipca 2026

DC Absolute Noir - Recenzja

 

Inicjatywa „Absolute” to uruchomiona przez DC Comics w 2024 roku nowa linia komiksów tworząca alternatywne Uniwersum DC. Jej główne założenia są proste i odpowiadają na pytanie: „Co by było, gdyby zabrać bohaterom ich największe atuty i zobaczyć, czy to nadal byłyby te same postaci?”. Nie jest to klasyczny reboot, bo główne Uniwersum DC nadal istnieje – „Absolute” to odrębna rzeczywistość, umiejscowiona gdzieś obok. Na dobrą sprawę nihil novi, prawda? Wszak elseworldów i alternatywnych wersji w DC Comics masa. Ale diabeł tkwi w szczegółach, a te sugerują, że tym razem możemy dostać coś ciekawego.

Uniwersum Absolute to nowe spojrzenie na superbohaterów. W tym świecie są pozbawieni potężnego finansowego wsparcia i muszą walczyć o przetrwanie w znacznie bardziej niebezpiecznych okolicznościach. Tutaj Bruce Wayne nie jest miliarderem, Diana wychowywała się w Piekle, a Kal-El to wyrzutek walczący z klasowymi nierównościami oraz korporacyjnym wyzyskiem.

Mam spore wątpliwości co do tego, czy „DC Absolute Noir” dobrze sprawdza się jako osobny, pełnowartościowy komiks, bo właśnie jako taki jest sprzedawany. Jego zawartość to wszak pierwsze zeszyty trzech różnych serii, a żaden z tych otwieraczy nie jest one-shotem. Śmiało można zatem powiedzieć, że mamy do czynienia z albumem pełniącym rolę swego rodzaju trailera do uniwersum „Absolute”. Tylko czy to zagrało? Celem było danie czytelnikom przedsmaku nowej linii wydawniczej, ale polscy fani superhero raczej nie potrzebowali takiej zachęty – „Absolute” już od jakiegoś czasu zbiera za granicą naprawdę dobre recenzje i wielu czytelników i tak czeka na polski przekład.

Abstrahując od zasadności wydania albumu w takiej formie, same założenia „Absolute” wydają się naprawdę interesujące. To uniwersum ma nie tyle odświeżyć wizerunki znanych bohaterów (zarówno herosów, jak i złoczyńców), ile kompletnie ich przemodelować. Twórcy z pełną świadomością zmieniają fundamenty fabularne, modyfikują świat przedstawiony oraz same postaci, by zbudować wszystko od nowa. I tak na przykład Batman nie jest dziedzicem fortuny, ale kimś, kto walczy z systemem i przestępczością „od dołu”. Jest bardziej agresywny i brutalny niż kanoniczna wersja. Pierwszy zeszyt sugeruje ponadto, że w cyklu poświęconym Nietoperzowi większą rolę odegra społeczny kontekst Gotham. Kierunek wydaje się ciekawy, ale czy Snyder dowiezie? W przeszłości pokazywał, że potrafi świetnie zacząć, by później rozmyć nawet najbardziej fascynujące założenia. Innymi słowy – zobaczymy, gdy ukażą się pierwsze albumy zbiorcze.

A pozostałe dwie serie? Też zaczynają się ciekawie. „Wonder Woman” zmienia pochodzenie Diany. W tej wersji księżniczka Amazonek wychowuje się w piekle, a my będziemy mieli okazję przekonać się, czy dorastając w takich okolicznościach, można stać się wielką bohaterką. Z kolei nowa wersja „Supermana” skupia się bardziej na temacie wykluczenia społecznego, nierówności i walki bohatera o zwykłych ludzi, dla których nie jest symbolem nadziei, ale towarzyszem. Nie oglądamy tu prawie wszechmocnego boga. Twórcy skupiają się raczej na zbudowaniu więzi Kal-Ela z wyzyskiwanymi robotnikami i nakreśleniu mocnego tła społecznego. Cierpi na tym akcja, bo z trzech zaprezentowanych tu zeszytów, „Superman” rozwija się najwolniej. Ale nadal ma sporą siłę rażenia.

Jakkolwiek warto czekać na pełne tomy trzech zapowiedzianych tu serii, to główna różnica jest oczywiście taka, że omawiany album ma czarno-białe ilustracje. Czy taki manewr miał sens? W wielu miejscach taka konwencja nadaje tym historiom klimatu, jednak patrząc na komiks całościowo, wydaje się, że te prace lepiej prezentowałyby się w kolorze, bo w takiej formie, w jakiej je dostaliśmy, potrafią zbyt mocno się zlewać. W kilku miejscach miałem problemy z dostrzeżeniem szczegółów. A tych bywa tu naprawdę sporo. Ich mnogość może jednak być zaletą – w dobie częstego współcześnie cyfrowego kolorowania plansz wersja noir pozwala zobaczyć, ile roboty wykonuje sam rysownik.

O tym, czy pozostałe rozdziały wszystkich trzech zaprezentowanych w albumie serii będą prezentowały się okazale, dowiemy się już latem, kiedy ukażą się pełne tomy tych wersji „Batmana”, „Wonder Woman” i „Supermana”. Na tę chwilę wydaje się, że każda z nich ma potencjał na to, by zaoferować czytelnikowi coś świeżego i nieszablonowego. Mam nadzieję, że tak się właśnie stanie i że Uniwersum Absolute nie ugrzęźnie gdzieś na trykociarskich mieliznach. Bądźmy dobrej myśli.

Tytuł: DC Absolute Noir
Scenariusz: Scott Snyder, Kelly Thompson, Jason Aaron
Rysunki: Nick Dragotta, Hayden Sherman, Rafa Sandoval
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz, Paulina Walenia, Marek Starosta
Tytuł oryginału: DC Absolute
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: maj 2026
Liczba stron: 128
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 180 x 275 mm
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7348-4

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 24. 06. 2026).

czwartek, 16 lipca 2026

Dom Slaughterów. Tom 6: Lazur - Recenzja

Funkcja spin-offa jakiegoś cyklu wydaje się być nieco niewdzięczna. Dlaczego? Z jednej strony tego typu tytuły powinny rozszerzać dane uniwersum, z drugiej zaś muszą bronić się jako samodzielne historie. „Dom Slaughterów” od początku funkcjonuje właśnie w tej dość niewygodnej przestrzeni pomiędzy dodatkiem a pełnoprawną opowieścią. Seria próbuje zagospodarować to, co w „Coś zabija dzieciaki” pozostawało gdzieś w tle. Szósty tom, „Lazur”, to jej ostatnia odsłona.

Nolan, na co dzień pracujący w centrum informatycznym Domu, musi przerwać swoją rutynę z uwagi na pojawienie się monstrum uwolnionego z totemu Szkarłatnej Maski, Edwina Slaughtera. Incydentalne z pozoru zdarzenie przeradza się w śledztwo prowadzące bohatera do odkrycia spisku mogącego zagrozić fundamentom całej organizacji. W miarę rozwoju wydarzeń Nolan lawiruje między lojalnością wobec Zakonu a własnymi wątpliwościami, szukając wsparcia wśród nieoczywistych sojuszników i próbując powstrzymać nadciągające niebezpieczeństwo, zanim sytuacja wymknie się spod kontroli.

Szósty tom „Domu Slaughterów” próbuje rozbudowywać świat przedstawiony. Autor (a raczej „osoba autorska”, jak widnieje w notkach odnośnie do twórców) stara się zajrzeć głębiej w struktury Zakonu, przedstawić jego hierarchię oraz mechanizmy działania. Nie są to jednak informacje podane wprost – dominują niedopowiedzenia i sugestie. Czy to dobry wybór? Dla niektórych czytelników na pewno, bo taki manewr buduje tajemnicę wokół Zakonu św. Jerzego i podległych mu domów, ale dla innych (w tym także dla mnie) będzie to tylko źródłem frustracji. Ostatecznie lore i tak pozostaje największą siłą serii i głównym powodem, dla którego warto sięgać po kolejne tomy, także po ten.

Największym atutem pozostają bohaterowie, przede wszystkim Edwin. Przyciąga uwagę swoją niejednoznacznością moralną i wewnętrznymi konfliktami. Relacje między bohaterami często są napięte i oparte na niedopowiedzeniach oraz wzajemnej nieufności, co dobrze wpisuje się w charakter serii. Mimo to potencjał postaci nie zawsze jest w pełni wykorzystywany, choć to właśnie one stanowią główny punkt zaczepienia dla czytelnika w tej dość hermetycznej historii.

Sama opowieść miejscami bywa zagmatwana. Kolejne sceny nie zawsze łączą się w klarowną całość, a brak wyraźnych punktów orientacyjnych utrudnia zrozumienie przebiegu wydarzeń. Finał tomu, a zarazem całej serii, nie generuje żadnego efektu wow – zamiast satysfakcjonującego domknięcia wątków dostajemy raczej kolejne pytania i niedopowiedzenia. Mniej czepliwi czytelnicy powiedzą, że jest to element stylu serii, ale ja widzę to raczej jako poważną barierę w dobrym odbiorze tej historii. Trzeba też powiedzieć, że mamy tu nadmiar dialogów i ogólną rozwlekłość narracji. Komiks poświęca zbyt dużo miejsca rozmowom, które nie zawsze wnoszą nowe informacje ani nie popychają fabuły do przodu. W efekcie tempo wyraźnie siada, a lektura może nużyć.

Strona wizualna komiksu całkiem nieźle współgra z klimatem całej serii. Sposób przedstawienia postaci jest zgodny z estetyką, do jakiej przyzwyczajono nas zarówno na kartach „Domu Slaughterów”, jak i „Coś zabija dzieciaki”. Swoje robią zwłaszcza charakterystyczne maski, które nadal przyciągają uwagę i budują tożsamość świata. Największym atutem warstwy graficznej jest klimat i kolorystyka, skutecznie budujące nastrój i wyróżniające serię na tle innych komiksowych horrorów.

Mimo interesującego świata przedstawionego i potencjalnie mocnych tematów zamknięcie „Domu Slaughterów” nie ma specjalnego ładunku emocjonalnego. Wydarzenia, które powinny wybrzmieć dobitniej, przechodzą bez większego echa, a stawka opowieści wydaje się niewystarczająco odczuwalna. W rezultacie tom jest poprawny, ale mało angażujący i nikomu raczej nie zostanie w pamięci na dłużej.

Seria: Dom Slaughterów
Tytuł: Lazur
Tom: 6
Scenariusz: Sam Johns
Rysunki: Letizia Cadonici
Kolory: Francesco Segala
Tłumaczenie: Paweł Bulski
Tytuł oryginału: House of Slaughter Vol. 6 – Azure
Wydawnictwo: Non Stop Comics
Wydawca oryginału: Boom Comics
Data wydania: marzec 2026
Liczba stron: 144
Oprawa: miękka
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-6854-196-0

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 07. 05. 2026).

środa, 15 lipca 2026

Walter M. Miller Jr. "Kantyczka dla Leibowitza" - Recenzja

 

Postapokalipsa od lat jest zwierciadłem zbiorowych lęków – zmieniają się tylko ich źródła. Dawniej był to strach przed nuklearną zagładą, dziś dochodzą do niego obawy związane z kryzysem klimatycznym, niekontrolowanym rozwojem technologii czy rozpadem porządku społecznego. Niezależnie od epoki gatunek nie tyle opowiada o końcu świata, ile o konsekwencjach ludzkich decyzji i złudzeniu, że „tym razem będzie inaczej”. Na tym tle „Kantyczka dla Leibowitza” jawi się jako dzieło wyjątkowe – nie tylko dlatego, że powstało w cieniu zimnowojennej paranoi, ale przede wszystkim dlatego, że wykracza poza doraźny komentarz do swojej epoki.

Akcja rozgrywa się na przestrzeni stuleci po nuklearnej zagładzie, która cofnęła ludzkość do poziomu barbarzyństwa i doprowadziła do odrzucenia dawnej wiedzy. Pierwszy segment skupia się na losie braci z Zakonu Leibowitza, którzy w postapokaliptycznej rzeczywistości mozolnie kopiują i przechowują szczątki przedwojennej nauki, traktując je niemal jak relikwie, mimo że często nie rozumieją ich znaczenia. W drugiej odsłonie, gdy cywilizacja zaczyna się odradzać, zgromadzona przez zakon wiedza staje się fundamentem nowego renesansu, a uczeni i władcy ponownie odkrywają potęgę nauki, nie zawsze jednak wyciągają właściwe wnioski z przeszłości. Finał przenosi nas do świata, który osiągnął zaawansowanie technologiczne porównywalne z dawną cywilizacją, po czym ponownie stanął w obliczu konfliktów i widma samozagłady. Zakon stara się ocalić to, co może przetrwać kolejną katastrofę.

Najciekawiej wypada sposób, w jaki Walter M. Miller Jr. konstruuje wizję historii jako procesu cyklicznego. Kolejne części powieści układają się w powtarzalny schemat: odradzanie się cywilizacji po katastrofie, stopniowy rozwój wiedzy i technologii aż po moment, w którym ludzkość znów sięga po narzędzia prowadzące do samozniszczenia. To coś więcej niż efektowna rama konstrukcyjna – to wyraźna teza, w myśl której postęp techniczny nie idzie w parze z rozwojem moralnym. Miller z rozmysłem podważa optymistyczną wiarę w nieustanny rozwój, sugerując, że człowiek pozostaje w gruncie rzeczy taki sam, niezależnie od epoki. Co jednak istotne, nie prowadzi to do całkowitego nihilizmu, ponieważ w tle tej diagnozy pojawia się przekonanie, że pewne wartości są w stanie przetrwać nawet największe załamania.

Na osobną wzmiankę zasługuje motyw napięcia między elitami intelektualnymi a resztą społeczeństwa, brzmiący zaskakująco aktualnie. Miller pokazuje świat, w którym pamięć o dawnych katastrofach prowadzi do nieufności wobec osiągnięć nauki i tych, którzy je przechowują. Wiedza staje się w nim czymś podejrzanym, a jej strażnicy funkcjonują na marginesie. Choć w powieści rzecz przybiera skrajną formę, to łatwo dostrzec tu echo współczesnych zjawisk. Widać to chociażby w rosnącej podejrzliwości wobec ekspertów, sporach wokół autorytetu nauki czy widocznym zwłaszcza w czasie pandemii koronawirusa ruchu antyszczepionkowców. Miller nie jest łopatologiczny, ale sugeruje, że zerwanie więzi między wiedzą a społeczeństwem ma poważne konsekwencje, bo bez zaufania zwykłego człowieka, najbardziej wartościowe osiągnięcia mogą zostać odrzucone lub wypaczone.

Równie ważny jest motyw przechowywania i przekazywania wiedzy, która w świecie po katastrofie urasta do rangi kluczowej. Miller pokazuje zakon jako strażnika fragmentów dawnej cywilizacji – często niezrozumiałych, ale mimo to chronionych przed zapomnieniem. To jednak nie tylko opowieść o fizycznym ocalaniu wiedzy, lecz także o jej kruchości i podatności na zniekształcenia. W tym kontekście szczególnie interesująco wybrzmiewa współczesne odczytanie powieści: dziś problemem nie jest już wyłącznie utrata wiedzy, lecz jej nadmiar, rozproszenie i podatność na manipulację. Samo istnienie nie gwarantuje jej zrozumienia ani właściwego wykorzystania. Ostatecznie książka stawia niewygodne pytanie o to, czy cywilizacja potrafi naprawdę uczyć się na własnych doświadczeniach, skoro nawet zachowana wiedza z czasem może zostać zdeformowana.

„Kantyczka dla Leibowitza” to opowieść, którą trudno zignorować – nie tylko jako klasykę gatunku, ale przede wszystkim jako wciąż żywy komentarz do rzeczywistości. Walter M. Miller Jr. stworzył dzieło, które wyraźnie wyrasta z lęków swojej epoki, ale zaskakująco dobrze znosi próbę czasu i pozostaje aktualne także w kolejnych dekadach. To jeden z tych tytułów, które nie zawsze czyta się łatwo, ale rekompensuje to wagą poruszanych tematów i zdolnością do prowokowania refleksji. To książka, która się nie starzeje, ale niepokojąco przystaje do zmieniającego się świata. Być może właśnie dlatego wciąż zasługuje na miano klasyki, do której warto wracać nie z obowiązku, lecz z potrzeby zrozumienia tego, co dzieje się wokół nas.

Autor: Walter M. Smith Jr.
Tytuł: Kantyczka dla Leibowitza
Tytuł oryginału: A Canticle for Leibowitz
Tłumaczenie: Adam Szymanowski
Wydawca: Rebis
Data wydania: kwiecień 2026
Liczba stron: 424
ISBN: 978-83-8338-440-5

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 08. 05. 2026).