środa, 30 września 2026

Ira Levin "Żony ze Stepford" - Recenzja

 

Wznowienia klasycznych powieści to świetna sprawa, bo dzięki nim nowe pokolenia dostają możliwość zapoznania się z książkami, które weszły do kanonu literatury. Jeśli chodzi o pisarstwo Iry Levina, jego najsłynniejszym dziełem jest oczywiście „Dziecko Rosemary”, ale „Żony ze Stepford” nie stoją daleko w tyle. Odświeżenie tej pozycji to znakomity ruch, także ze względu na poruszaną tematykę, która dziś wydaje się wyjątkowo aktualna.

Joanna Eberhart wraz z mężem i dziećmi wprowadza się do małego miasteczka Stepford. Miejsce wydaje się wręcz wyjęte z amerykańskiego snu – jest spokojne, malownicze i schludne. Szybko okazuje się jednak, że ten obraz ma w sobie nutkę fałszu. Tutejsze kobiety to prawdziwe, nierzeczywiste wręcz ideały. Czy za tą fasadą perfekcji kryje się coś mroczniejszego? Joanna będzie musiała się tego dowiedzieć, jeśli chce zachować zdrowe zmysły.

Kim są kobiety w oczach mężczyzn? Czy powinny dostosowywać się do oczekiwań swoich partnerów? To jedna z istotniejszych kwestii poruszanych na kartach „Żon ze Stepford”. Levin podchodzi do tego zagadnienia w sposób przewrotny. Nie mówi niczego wprost, ale pokazuje wykrzywiony obraz rzeczywistości, w którym panowie za zamkniętymi drzwiami Stowarzyszenia Mężczyzn snują podłe, przebiegłe plany. Nietrudno się domyślić, jaka jest ich istota, zwłaszcza jeśli spojrzymy na obraz „idealnego” Stepford, w którym kobiety dbają o dom i o swoich mężów, nie wykazując przy tym żadnych innych ambicji.

Na kartach „Żon ze Stepford” Levin sugeruje, że jest to obraz, jaki chce widzieć w swoich domach większość głów rodzin – żony jako ładne, posłuszne laleczki, które nie tylko utrzymają porządek, ale i bez marudzenia zaspokoją wszystkie potrzeby seksualne swoich partnerów. Czy to prawda? Czy właśnie tak większość mężczyzn postrzega kobiety? Mimo że powieść na pewno trafiła w swoje czasy (bo w latach siedemdziesiątych XX wieku kwestia równouprawnienia kobiet nadal była niezwykle istotna i było o co walczyć), to wydaje się, że jest to wizja, która jednak za bardzo generalizuje. Na pewno efektowniej jest sprzedawać patologiczny obraz jako główną cechę charakteryzującą daną grupę, ale warto pamiętać, że świat po prostu nigdy nie wygląda aż tak czarno-biało.

„Żony ze Stepford” czyta się bardzo szybko. Levin prowadzi fabułę od punktu A do punktu B, nie zbaczając nigdzie po drodze. Taki zabieg dynamizuje tę statyczną w gruncie rzeczy opowieść i pomaga w utrzymaniu uwagi czytelnika. Pod względem konstrukcyjnym powieść wydaje się podobna do starszego o pięć lat „Dziecka Rosemary”. Jesteśmy świadkami rosnącego powoli niepokoju bohaterki i czujemy coraz bardziej zagęszczającą się atmosferę. Powstaje pytanie, czy coś jest nie tak z otaczającym panią Eberhart światem, czy może to ona powoli traci zdrowe zmysły? W bardzo podobnych okolicznościach żyła Rosemary Woodhouse. Mimo to nie sposób mówić o wtórności, bo zabieg po prostu działa – buduje napięcie, atmosferę i poczucie zagrożenia, a są to elementy niezwykle istotne w tej opowieści.

Kilka słów należy się jakości nowego wydania tej klasycznej powieści. Po wzięciu książki do ręki uwagę zwraca przede wszystkim starannie wykonana, stylowa okładka. Jest minimalistyczna, ale zapada w pamięć. Czy zdradza zbyt wiele? Być może, choć wydaje mi się, że i tak większość z czytelników doskonale wie, co znajdzie w środku. Książka mogłaby się co prawda obyć bez Kingowskiej polecajki, ale już trudno – widocznie część osób chętniej po nią sięgnie, jeśli zarekomenduje ją literacka osobistość tak wielkiego kalibru. W środku znajdziemy z kolei czcionkę sensownej wielkości (to plus zwłaszcza dla czytelników po czterdziestce, do których się zresztą zaliczam) i dobrze ustawione interlinie, co sprawia, że czyta się ją bez zmęczenia oczu. Wrażeniu schludności sprzyjają także twarda oprawa, niezbyt duży format oraz lekko chropowata okładka – książka bardzo dobrze leży w dłoni. Tylko tak wydane tytuły mają szansę odciągnąć mnie na dłużej od czytnika e-booków.

Prawie pięćdziesiąt pięć lat po premierze „Żony ze Stepford” nadal mają sporą siłę rażenia. Powieść Iry Levina nie tylko nie trąci myszką, ale nadal prowokuje do dyskusji o konflikcie płci i cenie niezależności. Choć ubrana w szaty literatury rozrywkowej, ma sporo do zaoferowania i jest warta kolejnych wydań, bo także dzisiaj pozostaje po prostu na czasie.

Autor: Ira Levin
Tytuł: Żony ze Stepford
Tytuł oryginału: The Stepford Wives
Tłumaczenie: Janusz Ochab
Wydawca: Albatros
Data wydania: maj 2026
Liczba stron: 192
ISBN: 978-83-8361-798-5

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 18. 05. 2026).

czwartek, 24 września 2026

Liga Sprawiedliwości bez granic. Tom 1: Ku Infernu - Recenzja

 

Stało się. DC All In oficjalnie ruszyło w Polsce, a my dostaliśmy odświeżone spojrzenie na superbohaterów ze stajni DC Comics. Teraz już nic nie będzie takie samo, a opowieści o zamaskowanych herosach wchodzą na nowy, wyższy poziom. No dobrze – żarty na bok. Wszelkiej maści restarty i nowe początki nie są przecież w tym gatunku niczym nowym, więc i ten nie okazał się żadną rewolucją. Najważniejsze jest to, czy twórcy mają dobry pomysł na to, by do kolejnych tytułów przyciągnąć czytelników, którzy nurt superhero znają od podszewki. Mają? Sprawdźmy!

Najwięksi superbohaterowie na Ziemi postanawiają zmienić formułę najbardziej znanej drużyny chroniącej Ziemię. Chcą stworzyć formację, która szybko i sprawnie będzie reagować na każde możliwe zagrożenie. W tym celu do współpracy w nowej Lidze Sprawiedliwości zostali zaproszeni bohaterowie, którzy na co dzień operują w zdecydowanie innych warunkach. Nowa, poszerzona Liga staje naprzeciwko przestępców nieznanego pochodzenia. Grupa znana jako Inferno sieje postrach na całym świecie, zmuszając superbohaterów do działania.

Nowa Liga Sprawiedliwości powstała w wyniku wydarzeń opisanych w zakończonym niedawno evencie „Władza absolutna”. Od klasycznej wersji drużyny różni się tym, że należy do niej znacznie więcej osób. Uzasadnienie takiego zabiegu jest proste – chodzi o to, żeby trudniej było „złapać" herosów rozproszonych po świecie i aby mogli szybciej oraz sprawniej reagować na zagrożenia, których jest multum. Ma to sens? Ma. Ale ten medal posiada też drugą stronę. Nagromadzenie bohaterów może szybko zmęczyć i stworzyć wrażenie przesytu. Przez większą część albumu Markowi Waidowi udaje się jednak tego problemu uniknąć, a to przede wszystkim dlatego, że umiejętnie skacze od jednego wątku do drugiego, nieustannie utrzymując wysokie tempo akcji oraz uwagę czytelnika.

Bohaterów faktycznie jest dużo, a co za tym idzie – nie każdy ma szansę na to, żeby w tej opowieści zaistnieć. Nieco zawiedzeni mogą być fani żelaznych członków Ligi Sprawiedliwości – ani Batmana, ani Wonder Woman, ani w końcu Supermana nie ma tu za wiele. Owszem, każde z nich potrafi mieć istotny wpływ na wydarzenia, ale nic nie kręci się bezpośrednio dookoła nich. W moich oczach jest to jednak bardzo odświeżający zabieg, bo daje on pole manewru tym, którzy zazwyczaj stoją w cieniu. I wydaje się, że właśnie takie są założenia całej inicjatywy „Bez granic". Ten manewr podnosi wartość innych bohaterów, bo nie ma już „rezerwowych”, a Liga nie ma zamkniętego składu. To świetnie oddaje ideę jedności, jaką superbohaterowie chcą szerzyć.

Zagrożenie, z jakim mierzą się tym razem bohaterowie, może nieco rozczarowywać. Tajemnicza grupa złoczyńców zwana Infernem to antagoniści wybitnie funkcjonalni. Nie dorównują charyzmą nie tylko Darkseidowi czy Brainiacowi. Nie stoją nawet w drugim szeregu komiksowych czarnych charakterów. Tak to przynajmniej wygląda na tę chwilę, bo może się jeszcze okazać, że scenarzysta ma jakiegoś asa w rękawie, a Inferno pokaże prawdziwe, bardziej złowieszcze oblicze. Na to po cichu liczę. Lepiej niż ta tajemnicza organizacja wypada za to szerszy plan fabularny – wątki wydają się wybiegać poza aktualne wydarzenia, co i rusz natrafiamy na kolejne tajemnice i sugestie. Wszystko to tworzy wrażenie, że w kolejnych tomach czeka na nas znacznie więcej fabularnych niespodzianek, które jeszcze bardziej podniosą stawkę.

Rysunki Dana Mory prezentują się naprawdę dobrze. Pochodzący z Kostaryki artysta często bywa ostatnio angażowany do dużych projektów DC Comics i powoli wyrasta na jednego z najciekawszych grafików wydawnictwa. Nic w tym dziwnego, bo tworzone przez niego ilustracje są po prostu efektowne i dopracowane. Cechuje je spora dynamika i efektowność, a co istotne – artysta nie zapomina też o detalach. Czasami zdarza mu się odrobinę przeładować plansze postaciami, ale w komiksie tego typu jest to rzecz właściwie nie do uniknięcia.

Pierwszy tom „Ligi Sprawiedliwości bez granic” ma być przede wszystkim rozrywkową opowieścią, umiejętnie rozkładającą akcenty na nowej mapie Uniwersum DC. I jako taka sprawdza się naprawdę dobrze. To album, który spokojnie można porównać do letniego blockbusterowego widowiska – ma jasno określoną stawkę, potrafi być emocjonujący, w odpowiednich momentach umiejętnie zawiesza akcję, płynnie skacze też między istotnymi wątkami. Mark Waid doskonale wie, co chce pokazać – w jego interpretacji Liga Sprawiedliwości ma ambicję ponownego znalezienia się w samym środku Uniwersum DC, chce stać się jego centralną, kluczową częścią. Jej sercem. Ten twórczy entuzjazm jest tu doskonale wyczuwalny, a „Ku infernu" stanowi udane otwarcie nowego rozdziału w DC Comics.

Tytuł: Ku infernu
Seria: Liga Sprawiedliwości bez granic
Scenariusz: Mark Waid
Rysunki: Dan Mora
Kolory: Tamra Bonvillain
Tłumaczenie: Marek Starosta
Tytuł oryginału: Justice League Unlimited. Vol 1: Into the Inferno
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: czerwiec 2026
Liczba stron: 132
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 167 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7352-1

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 23. 07. 2026).

wtorek, 22 września 2026

Superman. Tom 1: Superwoman - Recenzja

 

W komiksach superbohaterskich zmiana jest właściwie jedyną stałą. Nie powinno to dziwić – mowa przecież o jednej z najbardziej dochodowych gałęzi współczesnej popkultury. Ale strona biznesowa to nie wszystko. Fani kochają zamaskowanych herosów, utożsamiają się z nimi i chcą poznawać ich kolejne przygody. Dlatego twórcy nie boją się eksperymentować z bohaterami, obsadzając ich w rolach, których wcześniej nikt by się po nich nie spodziewał. Komiksem tego typu jest „Superwoman”, w którym strój z charakterystycznym „S” na piersi zakłada… Lois Lane.

Po wydarzeniach, jakie miały miejsce we „Władzy absolutnej”, Lois Lane zyskuje supermoce. Czy okażą się trwałe, czy też są jedynie tymczasowe? Tego na razie nie wiadomo, jednak Lois postanawia wykorzystać swoje nowe zdolności do pomagania innym. Okazja do ich przetestowania pojawia się szybciej, niż można było przypuszczać. W Metropolis dochodzi do serii niebezpiecznych incydentów, a na scenę wkraczają tajemniczy Time Trapper oraz największy wróg Supermana – Doomsday.

Jedną z niespodzianek „Superwoman” jest powrót Doomsdaya. Czy ta potężna postać to dobry wybór na antagonistę komiksu stanowiącego otwarcie nowego etapu przygód Supermana i jego towarzyszy? O dziwo – tak! Jego obecność to jeden z najciekawszych elementów tej historii, a to z tego względu, że Doomsday przechodzi jedną z największych przemian w swoich dziejach. Przez lata funkcjonował on głównie jako uosobienie czystej destrukcji, a nie szczególnie złożony przeciwnik. Ale Williamson zmienia jego postrzeganie. To nie jest już wyłącznie bezmyślny tytan niszczący wszystko na swojej drodze – on staje się osią znacznie większej historii, która dotyczy czasu, przestrzeni oraz grzechów przeszłości i przyszłości. Autor nie odebrał mu przy tym brutalności, ale nadał nowy, bardziej nieprzewidywalny wymiar, dzięki czemu Doomsday po raz pierwszy od wielu lat staje się naprawdę interesującą postacią. To jedna z najlepszych decyzji scenariuszowych w całym albumie.

Równie interesująco wypada motyw Lois Lane jako Superwoman. Obdarzenie tej postaci mocami było ryzykowne. Zawsze odgrywała ważną rolę, ale nie stała w centrum wydarzeń w ten najbardziej bezpośredni sposób. Pomysł łatwo mógł zamienić się w tani chwyt marketingowy, ale na szczęście twórcy wiedzieli, co robią. Najważniejsze jest to, że scenarzysta nie idzie po linii najmniejszego oporu i nie robi z Superwoman kobiecej wersji Supermana. Supermoce nie zmieniają jej osobowości, jedynie otwierają przed nią nowe możliwości działania, a Lois nadal pozostaje przede wszystkim błyskotliwą dziennikarką i redaktorką, rozwiązującą problemy dzięki inteligencji oraz doświadczeniu. Te cechy definiują ją zarówno jako Lois Lane, jak i Superwoman. Równie ważne jest to, że Superman nie schodzi tu na drugi plan. To wciąż historia Supermana, ale tym razem równie ważna okazuje się relacja między Kentami. Opiera się ona na wzajemnym szacunku i partnerstwie, dzięki czemu Superwoman jest w tej interpretacji naturalnym rozwinięciem postaci Lois, a nie próbą zastąpienia dotychczasowego obrońcy Metropolis.

„Superwoman” ma sporo zalet, ale nie jest pozbawiona wad. Pewnym problemem, zwłaszcza dla nowych czytelników, może być dość wysoki próg wejścia. Numeracja przy tym albumie jest jedynie umowna. Ta „jedynka” na grzbiecie nie znaczy zbyt wiele. Aby dobrze zrozumieć, o co tu właściwie chodzi i dlaczego bohaterowie znaleźli się właśnie w takim położeniu, warto przynajmniej trochę orientować się w tym, co działo się w poprzednich albumach. Im dalej w lekturę, tym więcej odniesień do wcześniejszych wydarzeń. Wiele można wywnioskować z kontekstu, ale z pewnością nie wszystko. Jeśli chcecie mieć lepszy obraz, warto sięgnąć po kilka starszych albumów, chociażby po wydaną niedawno „Władzę absolutną”. Wyzwaniem dla niektórych czytelników może być też stopień skomplikowania fabuły. Tak to jednak bywa w przypadku opowieści związanych z podróżami w czasie, a tu dochodzi do tego jeszcze motyw przeznaczenia i całej rozbudowanej mitologii Uniwersum DC. Materiału do przyswojenia jest więc całkiem sporo.

Na pochwałę zasługuje oprawa wizualna. Dan Mora po raz kolejny udowadnia, że należy do ścisłej czołówki rysowników DC, serwując rysunki niezwykle przejrzyste i dobrze skomponowane. Jego kadry są nie tylko niezwykle czytelne, ale także pełne energii i świetnie oddają emocje bohaterów. Doskonale sprawdzają się w dynamiczniejszych fragmentach (a tych jest tu sporo) – widać to na przykład w scenach z udziałem Doomsdaya. Co równie ważne, Mora odnajduje się też w spokojniejszych momentach. Mimika bohaterów i subtelna mowa ciała sprawiają, że relacja Clarka i Lois wypada bardzo naturalnie. Artysta doskonale oddaje też charakter samego Metropolis, które jest pełne światła, kolorów i futurystycznego rozmachu, co idealnie współgra z tonem całej historii.

Kolejny (lub „pierwszy”) album „Supermana” to naprawdę dobra lektura. Ba, być może nawet jeden z najlepszych superbohaterskich komiksów ostatnich miesięcy. Jedno jest pewne: tak dobrze przy poznawaniu nowych przygód Kal-Ela i jego towarzyszy nie bawiłem się już dawno. W tej opowieści czuć świeżość (świetne interpretacje znanych postaci i motywów), przygodę (akcja angażuje), a przede wszystkim czuć rosnącą stawkę. Z każdym kolejnym zeszytem wydarzenia nabierają coraz większego rozmachu, a Williamson umiejętnie dokłada następne elementy fabularnej układanki. To wszystko składa się na angażującą całość, którą śmiało mogę polecić wszystkim fanom trykotów, a zwłaszcza tym, którym szczególnie bliski jest Człowiek ze Stali. Jeśli właśnie tak ma wyglądać nowy etap przygód Supermana, to Joshua Williamson obrał obiecujący kierunek.

Tytuł: Superwoman
Seria: Superman
Tom: 1
Scenariusz: Joshua Williamson
Rysunki: Dan Mora i inni
Kolory: Alejandro Sanchez, Rex Lokus
Tłumaczenie: Jakub Syty
Tytuł oryginału: Superman Vol. 4: Rise of the Superwoman
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: lipiec 2026
Liczba stron: 180
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 167 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7354-5

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 13. 08. 2026).