Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piekara Jacek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piekara Jacek. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 lipca 2023

Jacek Piekara "Płomień i Krzyż. Tom 4" - Recenzja

 

Seria powieści o Mordimerze Madderdinie i innych bogobojnych inkwizytorach wskoczyła na wyższy poziom, a Jacek Piekara nareszcie przestał odcinać kupony i znacząco rozbudował wymyślone przez siebie uniwersum, dając czytelnikom odpowiedzi na pytania dręczące ich latami. Co więcej, jego nowa książka jest fascynująca i poruszająca, na zawsze zmienia też obraz świata przedstawionego.

Powyższe zdania bardzo chciałbym kiedyś napisać przy okazji kolejnej powieści z „cyklu inkwizytorskiego”, jednak coraz bardziej wątpię, że to się kiedykolwiek wydarzy. Tak, tak, jak się słusznie domyślacie, „nowy Piekara nie tylko nie jest żadną rewolucją, ale jest też pozycją słabą.

W klasztorze Amszilas członkowie potężnego Wewnętrznego Kręgu Inkwizytorium snują plany na temat przyszłości świata. Decydenci Świętego Oficjum muszą wziąć pod uwagę wszystkie okoliczności, zbadać zależności i powiązania, a następnie podjąć decyzję, od której zależeć będzie przyszłość świata i to, w jaki sposób dokona się ewentualna zmiana jego oblicza. W centrum wydarzeń stoi Arnold Löwefell, dawny perski mag, obecnie wierny sługa uśpionego Jezusa Chrystusa.

Bardzo dobrym obrazem tego, w jaki sposób napisano czwartą odsłonę „Płomienia i krzyża”, jest jej pierwszy rozdział. Zajmuje on prawie połowę objętości powieści i w całości dotyczy dyskusji bohaterów o tym, co wydarzyło się w trylogii opisującej przygody Mordimera Madderdina na Rusi. O ile nie widzę niczego złego w idei spojrzenia na daną powieść z innej perspektywy, o tyle ma to sens jedynie wtedy, kiedy manewr poszerza obraz całości i odkrywa nieznane dotąd niuanse. Tutaj tego zwyczajnie nie ma – to po prostu wspominki na temat już przemielony, uzupełnione o ledwie kilka nowych, raczej nieistotnych informacji. Come on, panie Piekara! Nie tędy droga – można odcinać kupony ze zdecydowanie większym kunsztem i wdziękiem.

Opowiadania zawarte w pierwszych czterech tomach przygód inkwizytora Madderdina realizowały schemat rozwiązywania zagadki kryminalnej. Nie było w tym żadnej innowacji, ale Piekara prowadził te historie sprawnie, były one też, przynajmniej w znacznej mierze, zwyczajnie zajmujące. Czwarty „Płomień i krzyż” wygląda zupełnie inaczej. Akcja powieści w całości rozgrywa się w murach tajemniczego klasztoru Amszilas i opiera się jedynie na rozmowach między bohaterami. Nie uświadczymy tu żadnej akcji, żadnej intrygi, i prawie żadnej zagadki (na pewno nie kryminalnej). To zaś sprawia, że na karty książki wkrada się mocno wyczuwalna monotonia.

Nie miałbym większych zastrzeżeń, gdyby te wszystkie rozmowy prowadziły do czegoś ciekawego, tak się niestety nie dzieje. Mnóstwo dialogów to powtarzanie tych samych informacji, często dobrze znanych czytelnikowi od wielu tomów. Jacek Piekara mieli w kółko to samo, w kolejnych książkach zmieniając jedynie nieco scenerię i poszczególne składowe (zależy czy bohaterem jest Löwefell, czy Madderdin), ale nie wychodząc za bardzo z bezpiecznego rejonu, którym są quasi-filozoficzne dywagacje na tematy religijne i społeczne. Na poziomie siedemnastego tomu serii jest to męczące, tym bardziej, że to właśnie w najnowszych częściach cyklu to zjawisko osiąga swoje apogeum.

Autor stara się zachowywać pozory, że cała opowieść zmierza w jakimś ciekawym kierunku. W tym celu rzuca czytelnikowi pewną zagwozdkę na końcu tomu. Z oczywistych powodów nie powiem, o co dokładnie chodzi, ale pomysł na dalszy rozwój fabuły wydaje się ciekawy. Cóż jednak z tego, skoro ta ciekawostka jest jedyną interesującą składową czwartej części „Płomienia i krzyża”? Nie rekompensuje ona nijak – owszem, dobrze napisanych – ale jednak nudnych rozdziałów ją poprzedzających.

Kto wie, może ostatecznie jest jeszcze przed „cyklem inkwizytorskim” jakaś przyszłość, ale odnoszę wrażenie, że coraz mniejsze grono czytelników ma ochotę towarzyszyć autorowi w tej drodze i sprawdzić to na własne oczy. Może rzecz nie jest widoczna w wynikach sprzedaży (tego co prawda nie wiem, bo nie mam do nich wglądu, ale wnioskując po liczbie tomów całego cyklu, domniemywałbym, że nie jest tak źle), ale już opinie o kilku ostatnich tomach są z książki na książkę coraz gorsze. To coś znaczy. A jeśli w podejściu autora nie dojdzie do jakiejś zmiany, będzie tylko gorzej.

Autor: Jacek Piekara
Tytuł: Świat inkwizytorów. Płomień i krzyż. Tom 4
Wydawca: Fabryka Słów
Data wydania: czerwiec 2023
Liczba stron: ok. 382 (ebook)
ISBN: 978-83-7964-952-5

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 28. 06. 2023).

niedziela, 16 sierpnia 2020

Jacek Piekara "Ja, Inkwizytor. Przeklęte przeznaczenie" - Recenzja

Wraz z kolejnymi wydawanymi książkami w oczach wielu czytelników, „Cykl inkwizytorski” Jacka Piekary zyskał status swego rodzaju telenoweli. Zamiast rozwijać główną linię fabularną, autor skupił się w pewnym momencie na różnych odnogach serii. Nie wszystkim fanom było to w smak, ponieważ praktyka ta miała wyraźne znamiona odcinania kuponów od dobrego pomysłu. Patrząc jednak z drugiej strony – czemuż autor miałby porzucać cykl, który nadal cieszy się sporą popularnością, a w którym, mimo wszystko, jest jeszcze co nieco do opowiedzenia? Tym sposobem światło dzienne ujrzała między innymi „Ruska trylogia”, traktująca o perypetiach Mordimera Madderdina na dalekiej Rusi, i która wraz z „Mrocznym przeznaczeniem” dobiega właśnie końca.

Życie inkwizytora Madderdina wydaje się powoli stabilizować. W obliczu braku zainteresowania ze strony reprezentowanej przez siebie instytucji funkcjonariusz Świętego Officjum zadomawia się na dworze księżnej Ludmiły w Peczorze. Dobre rzeczy nie trwają jednak wiecznie, czarne chmury zaczynają się zbierać także nad Mordimerem. Od tego, czy zdoła skutecznie stawić czoło problemom, zależeć będzie życie zarówno jego samego, jak i jego ukochanej oraz wielu innych ludzi.

Kwestią sporną jest to, czy „Ruska trylogia” oferuje czytelnikowi jakieś ciekawe rozwiązania fabularne, które mogą w znaczący sposób wpłynąć na świat przedstawiony. Wydaje się raczej, że świeższym, a na pewno lepszym jakościowo podcyklem jest jednak „Płomień i Krzyż”. Przed lekturą omawianego tomu można było mieć pewne obawy, zwłaszcza w kontekście jakości poprzedniej części, „Przeklętych kobiet”, które okazały się chyba najbardziej niepotrzebną książką z tego uniwersum i ewidentnym wypełniaczem. Sam Piekara może oczywiście w kolejnych posłowiach twierdzić inaczej, ale przeciętny odbiorca widzi to w nieco innym świetle. „Przeklęte przeznaczenie” na szczęście wydaje się być krokiem do przodu, bo przynosi w końcu konkretne odpowiedzi (aczkolwiek wciąż tylko na pomniejsze pytania), a nie tylko sztuczne przeciąganie opowieści.

Można mówić, że to dlatego, że mamy do czynienia z ostatnim tomem cyklu pobocznego, ale w końcu zaczyna się coś dziać. Na kolejnych kartach opowieść nabiera widocznego rozpędu, co jest pozytywem, zwłaszcza zważywszy na dużą statyczność poprzedniego tomu. Pewne rozwiązania fabularne proponowane przez Piekarę okazały się naprawdę zaskakujące, a ten przymiotnik jest, przyznajmy szczerze, ostatnim, o jakim moglibyśmy pomyśleć, opisując późniejsze książki o inkwizytorze Madderdinie. Warto przy tym jednak pamiętać, że jakkolwiek optymistycznie by nie brzmiało to, co napisałem powyżej, to nadal jest to w zasadzie wyłącznie czysta rozrywka, raczej bez większych ambicji. W niczym jej to, rzecz jasna, nie ujmuje, warto jednak o takim stanie rzeczy pamiętać, zanim zaczniemy spodziewać się nie wiadomo czego.

Pozornie Piekara poświęca więcej uwagi magii i tajemnicom skrywanym przez ruskie wiedźmy. Dlaczego pozornie? Owszem, w omawianej powieści zawarte są sceny, które traktują o mrocznych, wiedźmich rytuałach, czy też starają się nam nieco przybliżyć enigmatyczne postaci członkiń „sabatu z mokradeł”, jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że wszystko zostało zarysowane bardzo powierzchownie. Właściwie za każdym razem jesteśmy raczeni ogólnikami, a autor odpuszcza nam szczegóły owych mrocznych rytuałów, zawieszając akcję w najciekawszych momentach, by w kolejnym akapicie przejść do prezentowania ich konsekwencji. Szkoda, bo jakkolwiek zdążyliśmy się do takiego obrazu przyzwyczaić, to jednak początkowe tomy miały w sobie zdecydowanie więcej brudu, którego w „Ruskiej trylogii” zauważalnie brakuje.

Jeśli idzie z kolei o kreację bohaterów i powiązania między postaciami, jest całkiem dobrze. Piekara trochę zbastował z opisem relacji Mordimera z Nataszą (ta zaczęła przeradzać się w niepokojąco słodki obraz), co wyszło zdecydowanie na korzyść. Autor ciekawie pokazał też powiązania na peczorskim dworze, odkurzając w tym celu kilka postaci wprowadzonych w poprzednich tomach. Pewnym mankamentem jest za to sposób, w jaki cała historia została zakończona. Nie wdając się w szczegóły, chodzi mi o efekt „diabła z pudełka”, który w kontekście opowieści obliczonej na trzy tomy jest jednak nieco rozczarowujący.

Zakończenie ruskiego etapu w życiu naszego ulubionego inkwizytora jest decyzją ze wszech miar słuszną – ciągnięcie tej fabuły dłużej mijałoby się z celem, a i tak podczas lektury można było momentami odnieść wrażenie, że Piekara przedłuża wszystko na siłę. Sam trzeci tom wydaje się najlepszy, warto jednak przy tym pamiętać, że dwa poprzednie stały raczej na przeciętnym poziomie, tylko momentami przynosząc więcej emocji. Dlatego bardzo dobrze, że kolejne książki z tego uniwersum (a nadejdą one dosyć szybko, o czym mówi sam autor w posłowiu) skupią się na innych zakątkach świata przedstawionego.

Autor: Jacek Piekara
Tytuł: Ja, inkwizytor. Przeklęte przeznaczenie
Wydawca: Fabryka Słów
Data wydania: lipiec 2020
Liczba stron: ok. 420 (ebook)
ISBN: 978-83-7964-598-5

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, obecnie dostępnym w sieci na profilu facebookowym. Tekst ukazał się 21. 07. 2020).

czwartek, 27 czerwca 2019

Jacek Piekara "Ja, Inkwizytor. Przeklęte krainy" - Recenzja

„Przeklęte krainy” to już trzynasta część inkwizytorskiego cyklu Jacka Piekary. Tak duża liczba tomów każe zastanowić się nad tym, czy seria nadal trzyma poziom i czy nie przekształciła się we własną parodię? Wśród fanów polskiej fantastyki zdania są w tej materii podzielone, ja jednak stoję na stanowisku, że głównie dzięki warsztatowej sprawności autora powieści i zbiory opowiadań o Mordimerze Madderdinie i innych inkwizytorach nadal da się czytać, choć daleko im do miana literatury wyższych lotów – o tym jednak, zdaje się, wie każdy, kto miał z nimi styczność. Najnowsza cegiełka muru wizji Piekary nie jest szczególnym krokiem do przodu, to raczej podróż po rejonach, które dobrze znamy.

W konsekwencji wydarzeń zaprezentowanych w trzecim tomie „Płomienia i krzyża” inkwizytor Mordimer Madderdin wylądował na dalekiej Rusi, gdzie ma przez jakiś czas służyć księżnej Peczory Ludmile jako osobisty strażnik. Niedawny atak czarnej magii wyłączył z gry tamtejszego wołcha, a jego miejsce zajmuje właśnie inkwizytor. Szybko okazuje się, że służba na dworze wiązać się będzie z licznymi niebezpieczeństwami. Ludmiła pragnie wytropić zagrażającą jej istotę, a by tego dokonać, sprzymierzy się z żyjącą na bagnach czarownicą. Chcąc nie chcąc, Madderdin będzie musiał, przynajmniej na jakiś czas, powstrzymać swoje inkwizytorskie odruchy każące mu spalić wiedźmę, i zacząć z nią współpracować.

„Przeklęte krainy” od innych książek ze świata inkwizytorów odróżnia duży nacisk na elementy magiczne. Powiecie, że zawsze były obecne w tym cyklu? Owszem, ale występowały bardziej na poboczu świata przedstawionego, rzadko wychodząc na wyraźny pierwszy plan. Tym razem jest zgoła inaczej. Umiejscowienie akcji na bagnach Peczory, gdzie wciąż żywe są legendy o zamieszkujących to odludzie potworach, pozwoliło na widoczną zmianę akcentów. Czy jednak taki zabieg był konieczny? Mam co do tego pewne wątpliwości. Świat, w którym porusza się nasz ulubiony inkwizytor, jest bowiem w znacznej mierze bliski naszemu, a w takim ujęciu, jakie widzimy tym razem, przypomina raczej jakieś uniwersum spod znaku dark fantasy. Mnie takie podejście nie do końca odpowiada, ale podejrzewam, że dla wielu czytelników nie będzie to jakiś szczególnie odczuwalny mankament.

We wstępie do swojej najnowszej powieści Jacek Piekara pisze, że przed lekturą tej książki nie jest konieczne poznanie innych części cyklu oraz że odnosi się to właściwie do wszystkich jego książek okołomadderdinowych. Powiem szczerze, że dość mocno dziwi mnie takie podejście. Podejrzewam, co autor miał tu na myśli (chodzi zapewne o uniwersalność świata przedstawionego), ale trochę strzelił sobie tą wypowiedzią w stopę. Kolejność nie jest ważna w wielotomowym cyklu? Wyobrażacie sobie czytanie „Malazańskiej Księgi Poległych” albo „Koła Czasu” nie po kolei? Takie postawienie sprawy to wyraźna sugestia, że chronologia nie jest istotna, bo w zasadzie za każdym razem dostajemy  to samo. Co prawda tak faktycznie jest, a ja zdawałem sobie z tego sprawę już po kilku przeczytanych tomach (zawsze twierdziłem, że książki z tego cyklu to lektura wielokrotnego użytku, bo łatwo wchodzą, lecz równie łatwo wypadają z głowy, dlatego przy kolejnych czytaniach można się nimi cieszyć na nowo), jednak takie słowa autora brzmią, przynajmniej jak dla mnie, odrobinę dziwnie.

Poprzednie dwa tomy cyklu inkwizytorskiego sprawiały bardzo odświeżające wrażenie, a to głównie z tego względu, że zabrakło w nich Mordimera Madderdina (względnie grał marginalną rolę). Lubię tę postać, ale było miło przez chwilę od niej odpocząć. W „Przeklętych krainach” to on jest jednak głównym bohaterem, a że wraca w glorii i chwale, przekonujemy się dość szybko, przy pierwszej z wielu wzmianek o skromności i czułym powonieniu (do tej drugiej cechy pije zresztą sam Piekara we wstępniaku – przyjmijmy więc, że jest to już stały, choć odrobinę męczący, punkt programu). Wracając jednak do samego Mordimera – tutaj nie jest on jeszcze licencjonowanym inkwizytorem biskupa Hez-Hezronu, a co za tym idzie, jego doświadczenie jest dalece mniejsze. To znak rozpoznawczy prequelowego podcyklu, którego omawiana książka jest częścią.

Jacek Piekara nie ujawnia na łamach tej powieści praktycznie żadnych nowych szczegółów na temat świata przedstawionego. Czytelnicy od dawna pałają wielką żądzą, by poznać więcej detali na temat wydarzeń, które stały się podwalinami uniwersum, a więc zejścia Jezusa z krzyża, wymordowania Jerozolimy oraz kontynuacji osi fabularnej zaprezentowanej w „Łowcach dusz”. Tymczasem nadal krążymy w zupełnie innych rejonach i choć czasami dostajemy jakieś okruchy wiedzy, jak w drugim i trzecim tomie „Płomienia i krzyża”, to dla wielu fanów jest ich za mało. Taki stan rzeczy zwyczajnie rozczarowuje. Małe odautorskie wzmianki o wielkich planach na przyszłość przestają powoli wystarczać – brakuje przekucia tych zapowiedzi w realne książki.

Jakkolwiek w powyższej recenzji trochę sobie na najnowszy tom flagowej serii Piekary pomarudziłem, to w gruncie rzeczy jest to całkiem przyjemna lektura. Czego jak czego, ale warsztatu nie można autorowi odmówić, zatem „Przeklęte krainy” czyta się szybko i naprawdę miło. A wtórność oraz operowanie w sprawdzonych i bezpiecznych rewirach? Cóż… Nie przeszkadza mi to jeszcze na tyle, by cykl porzucić, ale jeśli taki stan rzeczy będzie się utrzymywał na przestrzeni kilku kolejnych książek, to kto wie. Mam jednak nadzieję, że wysyłane przez autora sygnały o rozbudowie uniwersum są zgodne z jego faktycznymi planami pisarskimi na najbliższe lata i spojrzymy na ten, było nie było, bardzo ciekawy świat, z innej strony, co pozwoli serii uniknąć stagnacji.

Autor: Jacek Piekara
Tytuł: Ja inkwizytor. Przeklęte krainy
Wydawca: Fabryka Słów
Data wydania: czerwiec 2019
Liczba stron: ok. 440 (ebook)
ISBN: 978-83-7964-427-8

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal i na nim była pierwotnie publikowana - KLIK)

poniedziałek, 18 lutego 2019

Jacek Piekara "Płomień i Krzyż. Tom 3" - Recenzja

Jacek Piekara osiągnął ostatnimi czasy dość imponujące pisarskie tempo. 2018 rok to aż dwie nowe książki – zbiór opowiadań „Bestie i ludzie” i kolejna odsłona Cyklu Inkwizytorskiego, drugi tom „Płomienia i Krzyża”. O ile pierwsza z nich nie prezentowała najwyższego poziomu, o tyle druga mile mnie zaskoczyła. Nie wiem, być może na ten stan rzeczy złożyła się długa przerwa, jaka dzieliła tę część od poprzedniej, ale podczas lektury bawiłem się naprawdę przednio. W tym kontekście bardzo dobrą informacją było, że na trzeci tom nie będzie trzeba czekać długo, bo zaledwie cztery miesiące. Teraz, kiedy książka wylądowała już na księgarskich półkach, możemy skonfrontować oczekiwania z rzeczywistością.

W wyniku działań Arnolda Lowefella w Studni Dusz Wewnętrzny Kręg Inkwizytorium musi przedsięwziąć dość ryzykowną misję. Chodzi o wysłanie na daleką Ruś ekspedycji złożonej z kilkorga funkcjonariuszy Świętego Oficjum. Drużyna ma na celu zlokalizowanie i, jeśli będzie to możliwe, przewiezienie na teren klasztoru Amszilas jednego z mitycznych wampirów. Półtora tysiąca lat wcześniej potwór był świadkiem zstąpienia Jezusa z Krzyża i rzezi Jerozolimy, a więc podsiada bezcenną wiedzę. To jednak ledwie cel poboczny, bo inkwizytorzy podejrzewają, że krwiopijca wie, jak otworzyć potężną magiczną księgę Szachor Sefer, zaklętą w umyśle niejakiego Mordimera Madderdina.

Poprzedni tom tego podcyklu skupiał się w znacznej mierze na mających duże znaczenie dla fabuły kobietach. Poznawaliśmy je dzięki głównemu bohaterowi, Arnoldowi Lowefellowi, dawnemu perskiemu magowi, a obecnie praworządnemu inkwizytorowi. Ówczesna ekspozycja poszczególnych postaci przydaje się teraz, bowiem przedstawicielki płci pięknej ponownie odgrywają dość istotną rolę dla całości. Najbardziej intryguje Katrina, rezydentka klasztoru Amszilas, której przeszłość owiana jest mgłą tajemnicy. Kobieta wydaje się posiadać ogromną magiczną moc, co każe nam zadawać pytanie o to, kim ona właściwie jest?

Blurb z tyłu książki obiecuje nam ponowne spotkanie Mordimera Madderdina. Co ciekawe, jego nieobecność w poprzedniej części „Płomienia i Krzyża” okazała się niezwykle odświeżająca – obyło się dzięki temu bez powtarzanych przez bohatera banałów o czułym powonieniu czy nieustannych przemyśleń na temat kondycji ludzkości. W tomie numer trzy, mimo szumnych zapowiedzi, Madderdin nie dostaje zbyt wiele miejsca i wydaje się, że Piekara dodał go przede wszystkim właśnie ze względów promocyjnych. Bo jakkolwiek bohater wciąż jest istotny dla całej opowieści, tak w omawianej książce odgrywa wybitnie drugoplanowa rolę.

Nie oszukujmy się, za trzeci tom „Płomienia i Krzyża” wezmą się jedynie sympatycy całego cyklu (a tych, wydaje mi się, wciąż jest całkiem sporo), i dla nich najistotniejsze będzie to, czy Jacek Piekara odkrywa tu kolejne karty pomagające ujrzeć świat przedstawiony w nowym świetle i dowiedzieć się o nim więcej. Do tej pory, patrząc na książki o inkwizytorach, więcej w nich było pytań niż odpowiedzi, ale akurat w „Płomieniu i Krzyżu” autor stara się rozwiać przynajmniej część wątpliwości, jakie mogą męczyć długoletnich fanów serii. Dzieje się tak między innymi dzięki dokładniejszemu wyjaśnieniu czym zajmują się mnisi rezydujący w Amszilas i w jaki sposób próbują oddziaływać na otaczający ich świat. Autor próbuje także powiązać niektóre stwory z bestiariusza z wydarzeniami sprzed lat, co z kolei pozwala na lepsze zrozumienie pewnych rzeczy mających miejsce przy zstąpieniu Jezusa z Krzyża. Co prawda Piekara wciąż nie odkrywa wielu kart, ale cieszy, że w końcu zaczął trochę więcej wyjaśniać. Chyba sam w końcu uznał, że nie będzie już korzystał z jednego, mocno ogranego schematu. I chwała mu za to.

Kolejna odsłona inkwizytorskiego cyklu charakteryzuje się dość powolnym tempem akcji, co w pewnym momencie zaczyna nieco nużyć. Autorowi zdarza się za bardzo skupiać się na wspomnianych wcześniej tajemnicach i detalach świata przedstawionego, zapominając przy tym o odpowiednim rytmie opowieści. To sprawia z kolei, że znajdziemy tu sceny, które zwyczajnie się ciągną. Mowa tu zwłaszcza o fragmentach na Rusi – czy to na dworze tamtejszych możnych, czy nawet podczas konfrontacji z wampirem. Te pierwsze nie wnoszą zbyt wiele do fabuły i czuć, że to tylko przerywnik i wypełniacz, z kolei moment, o którym można na początku myśleć, że będzie kulminacyjnym, ostatecznie okazuje się wypadać gdzieś w połowie książki i razić zbytnią skrótowością.

Choć kolejna odsłona „Płomienia i Krzyża” ma swoje wady, to w znacznej mierze jest to utrzymanie interesującego kursu, jaki Jacek Piekara obrał w poprzednim tomie. Cieszy, że zdecydował się w końcu zacząć odpowiadać na powstałe w ciągu wielu lat trwania cyklu pytania. W innym wypadku seria mogła osiąść na mieliźnie, a tak wydaje się, że wpłynęła w dość ciekawe fabularne rejony. Mam nadzieję, że autor utrzyma wysoką formę w kolejnych tomach, i że nie będziemy musieli na nie zbyt długo czekać. Oby obecna literacka płodność Piekary trwała jak najdłużej, widać bowiem, że wciąż ma serce do wykreowanego przez siebie świata i chyba w końcu przestał odcinać od niego kupony oraz zaczął go faktycznie rozwijać.

Autor: Jacek Piekara
Tytuł: Płomień i Krzyż. Tom 3
Wydawca: Fabryka Słów
Data wydania: luty 2019
Liczba stron: 475
ISBN: 978-83-7964-393-6

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal i na nim była pierwotnie publikowana - KLIK)

niedziela, 8 lipca 2012

Jacek Piekara "Młot na Czarownice" - Recenzja



Cykl inkwizytorski Jacka Piekary to bez wątpienia jeden z najjaśniejszy punktów polskiej fantastyki. Mimo że posiada oczywiście swoje wady, to jednak połączenie nad wyraz sprawnego warsztatu autora z wciągającymi fabułami poszczególnych opowiadań, dało wymierne efekty. Taki stan rzeczy dostrzegają zwłaszcza czytelnicy, co widać przy premierze poszczególnych tomów, gdy książki zostają szybko znikają z półek. Także fakt, że Fabryka Słów wznawiała cykl bodajże pięciokrotnie, jest niewątpliwie znaczący i świadczy o ogromnej popularności tej serii. „Młot na Czarownice” to chronologicznie drugie spotkanie z niezłomnym inkwizytorem Mordimerem Madderdinem. Spotkanie, które powinno przynieść czytelnikowi sporo satysfakcji.

W tej odsłonie przygód inkwizytora uraczeni zostajemy zestawem pięciu opowiadań. Mordimerowi znowu przyjdzie stawić czoła odrażającej herezji, a na jego drodze staną tacy wrogowie jak młoda czarownica, mszcząca się za zabicie niewinnego człowieka, czy inkwizytorzy, którzy zboczyli ze ścieżki wiary i dali się przekabacić bluźnierczym tezom, głoszącym, że Jezus wcale nie zstąpił z krzyża, ale na nim zmarł. Madderdin będzie się także mógł na własne oczy przekonać, że wampiry naprawdę istnieją, a żar jego serca pozwoli uratować niewinne miasto przed zakusami krwiożerczego kanonika.

Tak jak w przypadku „Sługi Bożego”, tak i tutaj mamy do czynienia z tekstami niezwykle wciągającymi. Mimo pewnego schematu w zawiązywaniu akcji (co i rusz albo ktoś do Mordimera przychodzi i zleca mu jakąś pracę, albo nasz bohater dostaje rozkaz od biskupa Gersarda, albo w końcu trafia na ślad herezji przypadkowo, przejeżdżając przez daną miejscowość) opowiadania zawarte w omawianym zbiorze przynoszą czytającemu dużo radości. Dzieje się tak chociażby ze względu na nad wyraz interesującego protagonistę. Mordimer bowiem, prawie jak premier Tusk, to człowiek z zasadami, potrafiący jednak nieco nagiąć prawo, by najlepiej jak tylko potrafi rozwiązać dany problem. (Chociaż ta ostatnia cecha tyczy się już tylko naszego literackiego bohatera...) Przy tym wszystkim jednak, posiada on głęboką wiarę, i nigdy nie urąga jej dogmatom.

W tym miejscu wypada uczciwie przyznać, że koncentracja na jednym bohaterze spycha jednocześnie w cień pozostałych, którzy zazwyczaj są tylko tłem dla poczynań niezłomnego Madderdina. Taki stan rzeczy zostaje jednak nam zrekompensowany także fabułami poszczególnych opowiadań. Mimo wspomnianej schematyczności, praktycznie każdy tekst wciąga od początku do końca i sprawia, że czytelnik z zainteresowaniem oczekuje na rozwiązanie danej intrygi. Nie wszyscy pisarze posiedli taki dar czarowania słowem, jednak na szczęście Piekara go posiada, dzięki czemu mamy okazję na parę chwil nieskrępowanej niczym rozrywki.

To, co może irytować w opowiadaniach Piekary to fakt, że w praktycznie każdym tekście znajdziemy informacje, które już znamy. Autor prawie za każdym razem przypomina nam o bliźnie Kostucha i jego odrażającym wyglądzie, niezwykłych zdolnościach towarzyszących inkwizytorowi bliźniaków czy w końcu o przymiotach samego Madderdina. Raz za razem mamy okazję czytać, że jest on człowiekiem nie tylko skromnym i uczciwym, ale także cechuje go niezłomna wiara i umiejętność przyjęcia z pokorą wyroków losu. Z reguły wszystko to opisywane jest naprawdę zajmująco, ale za którymś razem te powtarzające się opisy mogą już czytelnika lekko zirytować. Taka jest jednak specyfika opowiadań „inkwizytorskich” i albo przyjmiemy to jako rzecz naturalną i będziemy cieszyć się fabułą, albo jest to jasny znak, że nie mamy czego szukać w kolejnych tomach.

Młot na Czarownice” mimo wspomnianych powyżej mankamentów, trzyma naprawdę wysoki poziom. Jest godną kontynuacją „Sługi Bożego” i walnie przyczynił się do spopularyzowania jednego z najciekawszych bohaterów polskiej fantastyki. Bo na pewno możemy tak powiedzieć o inkwizytorze Madderdinie, którego przygody nawet jeśli nie pochłoną Was bez reszty, to raczej na pewno nie pozostawią obojętnymi.

8/10

Autor: Jacek Piekara
Tytuł: Młot na Czarownice
Wydawca: Fabryka Słów
Data wydania: kwiecień 2012
Liczba stron: 366
ISBN: 978-83-7574-705-8

(Recenzja dostępna jest także w serwisie http://poprzecinku.pl/, konkretnie pod tym adresem - http://poprzecinku.pl/art/jacek-piekara-mlot-na-czarownice/15 )

wtorek, 29 maja 2012

Jacek Piekara "Ani Słowa Prawdy" - Recenzja



Miarą popularności „Ani Słowa Prawdy” niech będą proste fakty. Ten zbiór opowiadań miały dotychczas w swojej ofercie czołowe polskie wydawnictwa oferujące najlepsze fantastyczne książki, czyli Prószyński i Runa. W tym roku z kolei planowane jest wydanie w Fabryce Słów. Świadczyć to może tylko o tym, że teksty o Arivaldzie z Wybrzeża nieustannie cieszą się sporym zainteresowaniem czytelników. Czy są ku temu podstawy? O tym przeczytacie poniżej.

Arivald to mag dosyć specyficzny. Dlaczego? Bo magiem wcale nie jest. Przynajmniej początkowo. Księgę zaklęć, którą się posługuje, posiadł na drodze przywłaszczenia, gdy podróżujący z nim prawdziwy czarodziej, zmarł. Słusznie przypuszczając, że taki postępek nie za bardzo spodobałby się słynnemu Tajemnemu Bractwu – stowarzyszeniu magów, Arivald zaszywa się na Wybrzeżu, by tam, korzystając ze swoich skromnych póki co umiejętności, pomagać miejscowej ludności. Jednak spokojne życie nie jest przeznaczeniem naszego bohatera. Zostaje wezwany do Silmaniony, gdzie stając przed Tajemnym Bractwem, będzie się musiał sporo nagimnastykować, by ukryć swoją magiczną ignorancję. Z czasem oczywiście, podczas kolejnych przygód, jego wiedza pogłębia się, a Arivald zyskuje szacunek zarówno kolegów po fachu, jak i zwykłych ludzi.

Jedną z największych zalet pisarstwa Jacka Piekary jest niewątpliwie bardzo lekki styl. Świetnym tego przykładem jest chociażby omawiany zbiór. Prosty, zrozumiały dla każdego czytelnika język, sprawia, że ani się spostrzeżemy, a jesteśmy a to w połowie książki, a to właśnie ją skończyliśmy... Kolejne opowiadania pochłania się w tempie wręcz ekspresowym, nie mając jednak przy tym wrażenia konsumowania produktu, który za chwilę wyleci z pamięci. Większość zawartych w zbiorze tekstów jasno świeci blaskiem czystej i nieskrępowanej niczym przygody, doskonale sprawdzając się chociażby jako lektura na odstresowanie.

Na taki stan rzeczy wpływa między innymi postać Arivalda z Wybrzeża. Piekara wykreował bohatera, którego mimo faktu, że jest podszywaczem, naprawdę da się lubić. Między innymi dlatego, że posiada specyficzne, nieco złośliwe poczucie humoru, czego wyraz daje chociażby w dialogach, przy których czytaniu nieraz całkiem szeroko się uśmiechałem. Poza wartką akcją, humor zawarty w dialogach to jedna z najmocniejszych stron „Ani Słowa Prawdy”.

Ale jak już jesteśmy już przy bohaterach, to tutaj także możemy znaleźć największe minusy zbioru. Bo na dobrą sprawę, tylko i wyłącznie Arivald jest szerzej opisywaną postacią. Inne potraktowane są po macoszemu. Owszem, dowiadujemy się nieco o charakterach innych członków Bractwa, ale są to informacje dosyć pobieżne, które nie pomogą czytelnikowi bardziej polubić któregokolwiek z bohaterów drugoplanowych. Zresztą można znaleźć także pewne mankamenty w kreacji samego Arivalda. Nie do końca przypadła mi do gustu jego metamorfoza z podszywacza, do jednego z najbardziej cenionych na świecie magów. Przebiegła za szybko, wręcz niezauważalnie, brakowało jej poparcia konkretnymi przykładami i ukazania powolnej zmiany nastawienia innych magów.

Opowiadania nie trzymają niestety równego poziomu. Obok naprawdę solidnych i rozbudowanych, znajdziemy tu też popierdółki (bo tak je trzeba nazwać), wnoszące do całej historii tyle co nic. Mamy tu przy okazji możliwość prześledzenia jak na przestrzeni 11 lat zmieniał się nie tylko warsztat pisarski Piekary, ale także jego podejście do opisywanego świata. W początkowych opowiadaniach zamieszczonych w zbiorze, informacji o świecie, w którym dzieje się akcja, dostajemy tyle co nic, relacje i napięcia pomiędzy poszczególnymi państwami nie są w ogóle brane pod uwagę. Dopiero w dwóch ostatnich tekstach pojawiają się takie fakty, dzięki którym czytelnik będzie mógł lepiej rozeznać się w sytuacji.

„Ani Słowa Prawdy” to naprawdę niezła proza rozrywkowa, która wykreowała jednego z najbardziej interesujących i rozpoznawalnych w polskiej fantastyce bohatera. W zbiorze znajdują się różne pod względem jakości i konstrukcji teksty, ale dwa ostatnie opowiadania pozwalają żywić nadzieję, że Piekara jeszcze kiedyś wróci do tego świata, jeszcze bardziej go rozbudowując. Chociaż z drugiej strony nadzieja powoli umiera, gdyż od 7 lat nie było nam dane poznać kolejnych przygód sympatycznego samozwańczego maga. A dobrze by było, niech Piekara zostawi na chwilę inkwizytora Madderdina, poświęcając nieco uwagi drugiemu ze swoich flagowych bohaterów.

6/10

Autor: Jacek Piekara
Tytuł: Ani Słowa Prawdy
Wydawca: Runa
Data wydania: 2008
Liczba stron: 608
ISBN: 978-83-89595-44-7

(Recenzja dostępna jest także w serwisie http://poprzecinku.pl/, konkretnie pod tym adresem - http://poprzecinku.pl/art/jacek-piekara-ani-slowa-prawdy-recenzja/49 )