piątek, 18 grudnia 2015

Star Wars Legendy: W Cieniu Yavina - Recenzja

Wydawana od kilku miesięcy przez Egmont seria Star Wars Legendy to cykl, który zbiera pod jednym szyldem najlepsze komiksowe tytuły gwiezdnowojenne, wydane na przestrzeni lat przez wydawnictwo Dark Horse Comics (obecnie prawa powróciły do Marvela). Do tej pory polski czytelnik (za wyjątkiem Cieni Imperium) otrzymywał tytuły stosunkowo świeże. Tak jest i tym razem, wydanie oryginalne W Cieniu Yavina na sklepowych półkach pojawiło się w 2013 roku, a tematyka, którą podejmuje, przenosi akcję do arcyciekawego okresu krótko po Nowej Nadziei, gdy losy Rebelii wisiały na włosku. 

Po zniszczeniu pierwszej Gwiazdy Śmierci, Sojusz Rebeliantów poszukuje dogodnej lokalizacji, by założyć nową bazę. Yavin 4 jest już spalony, a kolejne potencjalne światy są jeden po drugim odrzucane. Sprawy nie ułatwia fakt, że kolejne kroki walczących z Imperium bojowników, mogą być sabotowane przez szpiega działającego wewnątrz Sojuszu, siły imperialne są bowiem zawsze o jeden krok szybsze. Przypadek? W takich, mało dogodnych warunkach, Leia, Luke i reszta znanych bohaterów, muszą wyjątkowo mocno lawirować, by znaleźć odpowiednie rozwiązanie i ocalić życia swoje i innych żołnierzy Rebelii. 

Chwile po Nowej Nadziei stanowią dosyć atrakcyjny okres dla twórców poruszających się w ramach Expanded Universe. Wraz z kolejnymi latami jego trwania zakres kolejnych historii wydaje się być mocno ograniczony, a każda luka jest dobra, by wcisnąć w nią kolejną fabułę. Puste przestrzenie między filmami z jednej strony dawały twórcom ciekawe możliwości, z drugiej były jednak ciężkie do wypełnienia – bohaterowie muszą być poprowadzeni w taki sposób, by nie zniekształcić ich legendy, trzeba też uważać, by wydarzenia pasowały do tych najważniejszych. Twórcy W Cieniu Yavina starali się nie wprowadzać zbyt wielu zmian w życie legendarnych postaci. Wszyscy są tacy, jakimi ich znamy – Luke jest dzielny i pełen młodzieńczej brawury, Han wplątuje się w ryzykowne sprawy, a Leia stara się być głosem rozsądku, który czasami daje się jednak porwać emocjom. Klasyka. 

W Cieniu Yavina to kilka przeplatających się wątków. Mamy tu np. sceny czysto batalistyczne. W tych fragmentach prym wiodą Leia, Wedge i Luke. Kosmiczne bitwy, ucieczki, strzelaniny w przestrzeni. Wszystko jest na swoim miejscu. Wątek Hana to rzecz początkowo bardziej kameralna. Przemytnik zostaje wysłany z misją na Coruscant, tam jednak, jak to zazwyczaj bywa, nic nie idzie tak, jak miało, a Solo i Chewbacca muszą wywalczyć sobie przetrwanie. Jest też motyw imperialny – śledzić możemy losy sfrustrowanego Vadera, który po klęsce w bitwie pod Yavinem, popadł w lekką niełaskę Imperatora. Obserwowanie, w jaki sposób Sith radzi sobie ze stresem, jest wyjątkowo intrygujące. Splatanie kolejnych wątków wychodzi Brianowi Woodowi naprawdę dobrze, wszystko łączy się w całkiem zgrabną całość, a poszczególne elementy układanki powoli wskakują na swoje miejsce. 


Warstwa graficzna W Cieniu Yavina pozostawia po sobie dosyć dobre wrażenie. Rysunki są dynamiczne, zwłaszcza w momentach, gdy pokazana jest akcja w przestrzeni kosmicznej. Bitwy pomiędzy myśliwcami Imperium i Rebelii przedstawione są w efektowny sposób, najczęściej w małych kadrach, od czasu do czasu przeplatając to ilustracjami na całą planszę. Carlos D’Anda zna się na rzeczy, umiejętnie dawkuje napięcie, a do jego pracy, zwłaszcza pod względem układu kadrów, nie można mieć zastrzeżeń. Pewien problem pojawia się jedynie w przypadku rysowania znanych postaci. Bohaterowie, niestety, nie przypominają siebie. Najbardziej to widać na przykładzie Hana Solo. Rekwizyty postaci są odpowiednie, ale wszystko się rozmywa, gdy widzimy twarz. To nie jest Han, a inny, młody mężczyzna. Podobnie rzecz ma się w przypadku pozostałych, są do siebie podobni jedynie dosyć oględnie, lecz gdy widzimy ich w bliższym planie, wrażenie jest już nieco gorsze. Poza tym konkretnym elementem, warstwa graficzna jest jednak mocną stroną W cieniu Yavina.

Jako swego rodzaju dodatek, na końcu albumu możemy znaleźć krótką opowieść, traktującą o próbie zamachu na Dartha Vadera. Klimatem nieco odstaje od dania głównego – to krótka i dynamiczna, pełna akcji fabuła, obrazująca, że nawet idealnie opracowany plan może nie wystarczyć, gdy twoim przeciwnikiem jest lord Sithów. Nie znajdziemy tu niczego skomplikowanego, brak tu miejsca na jakiekolwiek pytania czy głębię charakterów, autorzy stawiają na akcję i, jako taka, fabułka Briana Wooda sprawdza się dobrze. 

W Cieniu Yavina jest albumem poprawnym – tyle na pewno można o nim powiedzieć. Jednak czy jest to tytuł zasługujący na upamiętnienie w serii zbierającej najlepsze komiksy spod szyldu Star Wars wydane przez Dark Horse Comics? Co do tego można mieć akurat pewne wątpliwości. Brak tu efektu „wow”, to nie jest klasyka wielkiego kalibru i prawdopodobnie nigdy takową nie zostanie. Jednak jako czytadło, W Cieniu Yavina sprawdza się naprawdę nieźle. Fanom Star Wars to wystarczy, jednak czy innym również? 

6/10

Autorzy: Brian Wood (scenariusz), Carlos D’Anda, Ryan Odagawa (rysunki)
Tytuł: Star Wars – W Cieniu Yavina
Tytuł oryginału: Star Wars – In the Shadow of Yavin
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Wydawca: Egmont
Data wydania: listopad 2015
Liczba stron: 152
ISBN: 978-83-281-1055-7

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem http://szortal.com i na nim była pierwotnie publikowana - KLIK)

8 komentarzy:

  1. O, może się skuszę, jak gdzieś znajdę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdziwy pocisk czeka nas jednak w styczniu - MROCZNE IMPERIUM!!! :)

      Usuń
  2. Nigdy nie przepadałam za fantastyką, a Gwiezdne Wojny to na pewno nie moja bajka. Ale też nikogo z sympatyków nie krytykuje, bo to sprawa indywidualna.Kwestia gustu, a o gustach się nie dyskutuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak mówią, choć z drugiej strony, o czym innym dyskutować, jak nie o właśnie subiektywnych wrażeniach...? :)

      Usuń
    2. Masz rację. Ja nigdy nie robię uników, jeżeli chodzi o subiektywne wrażenia. Każdy z nas jest inny i ma prawo do odmienności.

      Usuń
    3. Pewnie!
      A co do SW - dasz im kiedyś jeszcze szansę, czy ten brak chemii jest jednak zbyt oczywisty?

      Usuń
  3. Brak chemii do SW był oczywisty od zawsze. Za to ogromna chemia łączy mnie z Władcą Pierścieni.Co poradzić? Ten typ, tak ma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I niech tak ma dalej! ;)
      Ja za to chemię czuję do obu tytułów, ale większą jednak do SW. A obecny czas to dla fana prawdziwa uczta... :)

      Usuń