wtorek, 6 stycznia 2026

Wiedźmin. Tom 9: Corvo Bianco - Recenzja

Dla mnie komiksowy „Wiedźmin” zaczął być prawdziwie angażujący w momencie premiery albumu oznaczonego „piątką”, czyli wtedy, kiedy stery cyklu przejął Bartosz Sztybor. Jak dotąd jego scenariusze nie tylko nie zawodzą, ale wyróżniają się mocno na plus, stanowiąc uzasadnioną rozbudowę franczyzy, której początek dały wspaniałe książki Andrzeja Sapkowskiego. Seria dobiła już do dziewięciu zbiorczych tomów, a jej najnowsza odsłona, zatytułowana „Corvo Bianco”, wylądowała właśnie na księgarnianych półkach.

Geralt pragnie spokoju. Ma dosyć nieustannej przemocy, kolejnych misji i zabijania, dlatego osiedla się na prowincji, na ziemi, którą otrzymał jako nagrodę za jedno z wcześniejszych zleceń. Białowłosy chce poświęcić się winiarstwu i po prostu żyć. Świat zewnętrzny nie ma jednak zamiaru o nim zapomnieć – Geralt, chcąc zachować prawa do swojej posiadłości, zostaje wplątany w kabałę, której cel wydaje się wyjątkowo niejasny.

Sztybor w dotychczasowych tomach „Wiedźmina” podchodził do postaci Geralta z nieco innej strony, niż przywykliśmy. Określiłbym te albumy jako coś w rodzaju „komiksu moralnego niepokoju”, tymczasem najnowszy, choć te echa nadal w nim delikatnie wybrzmiewają, stanowi raczej zwrot ku przygodzie. To klasyczne podejście, w którym widoczne są tak charakterystyczne dla serii motywy jak próba zdjęcia klątwy, niejednoznaczne moralnie wybory czy dynamiczna przygoda. Pod tym względem album wygląda zatem bardzo swojsko i to może się podobać.

Misja, jakiej podejmuje się Geralt, wymaga współpracy z osobami, z którymi normalnie raczej nie wszedłby w komitywę. W trakcie jej realizacji potrzebne są kompromisy – Sztybor dobrze zarysowuje linie podziału, dzięki czemu wzmacnia charakter opowieści. Co więcej, każda z postaci ma o co walczyć, a stawka jest w tego typu komiksie czymś, co nadaje mu ciężaru. Ten element wypada zatem pozytywnie, podobnie jak sam punkt wyjścia opowieści. Geralt łaknący osiadłego, spokojnego życia? Wygląda to naprawdę ciekawie i życzyłbym wiedźminowi, żeby jego pragnienia się spełniły, ale o czym wtedy pisałby Sztybor?

Jakkolwiek poszczególne elementy fabularnej układanki są naprawdę dobrze złożone, to nie sposób nie wspomnieć o konstrukcji całej historii. Otóż wydaje się dziwnie znajoma i oparta na motywach, z których scenarzysta korzystał już wcześniej. Chodzi mi o to, że Geralt staje przed koniecznością wypełnienia misji, o której warunkach zostaje poinformowany, jednak w trakcie realizacji zadania okazuje się, że wszystko jest bardziej skomplikowane, niż mogło się wydawać, a przed wiedźminem zatajono istotne fakty, mogące mieć kolosalne znaczenie dla powodzenia przedsięwzięcia. Tak było wcześniej i tak jest tym razem, co na tym etapie serii staje się niestety zauważalne.

Strona wizualna prezentuje się bardzo przyzwoicie. Jest dynamicznie i efektownie, w dodatku w kilku momentach nieco zaskoczyło mnie to, że rysownik potrafi być dość dosadny w materii prezentowania przemocy. Całość jest wyrazista i utrzymana w nasyconych barwach, co ewidentnie może się podobać. Bardzo ładnie prezentuje się też galeria okładek zamieszczona na końcu albumu. To częsty widok w wydaniach zbiorczych, ale lubię zwracać na niego uwagę, bo zazwyczaj to po prostu uczta dla oczu. Tak jak tym razem.

W porównaniu do poprzednich albumów „Wiedźmina” pisanych przez Bartosza Sztybora „Corvo Bianco” wydaje się być nieco słabszy. Co prawda tym razem nieco inaczej rozłożono akcenty fabularne, ale poza tym nie ma tu niczego, czego nie poznaliśmy już wcześniej. To wciąż angażująca lektura – Sztybor jest zbyt dużym fachurą, by na tym polu polec – jednak opowieść nie porywa już tak mocno, jak wcześniej. Fani, rzecz jasna, docenią i postawią na półce, ale dla reszty raczej nie będzie to lektura obowiązkowa.

Tytuł: Corvo Bianco
Seria: Wiedźmin
Tom: 9
Scenariusz: Bartosz Sztybor
Rysunki: Corrado Mastantuono
Kolory: Mateo Vattani
Tytuł oryginału: The Witcher Volume 9: Corvo Bianco
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Dark Horse Books
Data wydania: październik 2025
Liczba stron: 136
Oprawa: twarda
Format: 170 x 260
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-6936-4

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 01. 12. 2025).

piątek, 19 grudnia 2025

Batman Arkham. Pingwin - Recenzja

 

Pingwin bez wątpienia należy do najbardziej charakterystycznych przeciwników Batmana. Jego niepozorna fizjonomia sprawia, że wielu ludzi go lekceważy, ale w istocie jest to ktoś niezwykle inteligentny, kto swój rozum wykorzystuje w niecnych celach. Na przestrzeni lat mocno zaszedł za skórę stróżom prawa w Gotham City, a w oczach czytelników stał się jednym z najciekawszych złoczyńców. Twórcy komiksów zebranych w „Batman Arkham. Pingwin” podchodzą do tej postaci kompleksowo, prezentując opowieści, które starają się zdefiniować jego istotę i charakter.

„Batman Arkham. Pingwin” to album składający się z ośmiu opowieści, których centralną postacią jest Oswald Cobblepot, znany szerzej jako Pingwin. Na ich kartach zobaczymy początki jego przestępczej kariery i dowiemy się, jak z biegiem lat zmieniał się odbiór jego postaci, a także będziemy mieli okazję przekonać się, czym współczesne postrzeganie Pingwina różni się od dawnego.

Początek tego albumu trudno odbierać inaczej niż jako ciekawostkę. Dwa pierwsze opowiadania przenoszą nas w lata czterdzieste i sześćdziesiąte XX wieku, pokazując, jak wtedy pisało się komiksy. Z perspektywy dzisiejszego fana gatunku to spojrzenie wydaje się naiwne, pełne uproszczeń i pozbawione ambicji powiedzenia czegokolwiek istotnego. To ramotki, które dla wielu okażą się urocze, ale nie przetrwały próby czasu i w żadnym elemencie nie mogą konkurować ze współczesnym komiksem.

Kolejne historie mają już nieco poważniejszy wydźwięk, choć nadal posiadają ewidentny sznyt retro. To opowieści z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, a wtedy w komiksie królowało mocno bezpośrednie podejście – było sensacyjnie, z pewnym społecznym zacięciem, ale zasadniczo – nadal prosto. Mimo to można już dostrzec ewolucję postaci Pingwina, który staje się coraz dojrzalszy i kierują nim ciekawsze motywacje. To już nie tylko sypiący kuriozalnymi ornitologicznymi nawiązaniami freak, ale ktoś, kogo w ten sposób ukształtowały okoliczności. Ta część albumu może szczególnie zainteresować nieco starszych fanów Nietoperza – mamy tu teksty pasujące klimatem do tego, co ponad trzydzieści lat temu wydawał TM-Semic (jedna z tych historii została zresztą opublikowana w 1991 roku). W tym kontekście jest to zatem całkiem przyjemna, sentymentalna przejażdżka.

Najlepiej prezentują się jednak najmłodsze segmenty albumu. „Noc Pingwina” to opowieść autorstwa Paula Diniego, znanego przede wszystkim z niezapomnianego serialu animowanego o Batmanie. Znajdziemy w niej spojrzenie na Pingwina, który stara się działać legalnie, ale musi przy okazji mierzyć się z własną przeszłością i z nieustającymi ciągotami do zbrodni. To interesujący obraz, bo rzetelnie pokazuje osobę rozdartą między dwiema stronami swojej osobowości. Najlepsze jednak zostawiono na koniec. Jason Aaron na kartach „Kto się śmieje ostatni” dokonuje dogłębnej analizy motywacji naszego antagonisty. Spoglądamy w jego przeszłość i widzimy, jakie wydarzenia napędziły dręczącą go paranoję, co podsyciło w nim chorobliwą wręcz mściwość i dlaczego nie potrafi porzucić swoich mrocznych, destrukcyjnych zachowań i dać szansy kiełkującemu uczuciu. Ten komiks to błyskotliwe spojrzenie na istotę Pingwina i jedna z najlepszych rzeczy, jakie spotkały tę postać.

Omawiany album stanowi szeroki przegląd różnych graficznych stylów. Zaczynamy od archaicznej prostoty lat czterdziestych i sześćdziesiątych, by płynnie przejść do klasycznych klimatów dwóch ostatnich dekad XX wieku. We wszystkich tych opowieściach doskonale widać, że takie ilustracje należą już do przeszłości – ogląda się je zaskakująco przyjemnie, głównie dzięki świadomości tego faktu. Im bliżej końca albumu, tym bardziej nowoczesne stają się prace artystów, co, nie ukrywam, jest dobrą wiadomością – warstwa graficzna musi korelować ze scenariuszem, a tutaj właśnie w tym momencie jest do tego najbliżej.

„Batman Arkham. Pingwin” to modelowy przykład komiksowej antologii – jakość wchodzących w jej skład krótkich opowieści jest bardzo zróżnicowana, a kluczem do satysfakcji z lektury będzie odpowiednie podejście i właściwa kalibracja oczekiwań. Najważniejszy jest tu walor poznawczy – okazja do prześledzenia ewolucji postaci Pingwina nie zdarza się często, a obraz rozpięty od absurdalnego i komediowego wręcz wizerunku, przez postać osobliwego złoczyńcy, aż po mafioza i psychopatę robi wrażenie i daje obraz tego, jak Cobblepot był postrzegany przez twórców DC Comics na przestrzeni dekad.

Tytuł: Batman Arkham. Pingwin
Scenariusz: różni autorzy
Rysunki i kolory: różni artyści
Tłumaczenie: Marek Starosta
Tytuł oryginału: Batman Arkham: Penguin
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: wrzesień 2025
Liczba stron: 240
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Wydanie: I
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-281-7307-1

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 27. 10. 2025).

poniedziałek, 24 listopada 2025

Tam było ciało - Recenzja

 

Właściwie każdą recenzję komiksu Eda Brubakera i Seana Phillipsa można zaczynać w podobny sposób – wspominając o ich niezwykle owocnej, wieloletniej współpracy, o wyjątkowo jakościowych albumach, które są ich wspólnym dziełem, a w końcu o niekończących się fabularnych pomysłach, nieustannie robiących pozytywne wrażenie. Kiedy spogląda się na te peany pochwalne, do głowy przychodzi myśl, że to niemożliwe, żeby tak długo utrzymywali wysoki poziom. Ale tak właśnie jest, a „Tam było ciało” tego stanu rzeczy nie zmienia. Choć to opowieść inna, niż można by się spodziewać.

Mieszkańcy amerykańskiego miasteczka prowadzą proste, na pozór pozbawione zaskoczeń życie – do czasu, aż ich losy splatają się w zgoła nieoczekiwanym miejscu. Pewnego dnia spokój sennej miejscowości zostaje zakłócony, a skrywane namiętności zaczynają coraz mocniej wpływać na życie ludzi. Dochodzi do na tyle niefortunnego zbiegu wydarzeń, że pewna osoba traci życie, a zagadka jej śmierci łączy się ze skrywanymi małymi sekretami.

„Tam było ciało” obiecuje czytelnikowi historię kryminalną o zabójstwie w prowincjonalnym miasteczku. Tego można się było spodziewać po blurbie z tyłu okładki, ale szybko okazuje się, że zupełnie nie o to tu chodzi. Zagadka nie tylko schodzi na dalszy plan – jest właściwie zupełnie nieistotna! Na każdego innego autora można by się za taki manewr obrazić, ale nie na Eda Brubakera – Amerykanin oferuje bowiem coś, co w pełni rekompensuje tę zasłonę dymną. Jest to obyczajowość najwyższej próby.

Tak, „Tam było ciało” to w gruncie rzeczy opowieść skupiona na bohaterach i relacjach między nimi – to właśnie ten element został najmocniej zaakcentowany. Zważywszy, że z każdym kolejnym tytułem Brubaker coraz lepiej pisze o ludziach i ich uczuciach, można było spodziewać się świetnie nakreślonej warstwy psychologicznej. I rzeczywiście – opowieść aż kipi od emocji, zwłaszcza tych, których na co dzień nie pokazujemy. Pierwsze skrzypce grają ukryte namiętności oraz pragnienia i potrzeby, które drążą człowieka głęboko w środku, o których trudno jest rozmawiać. Brubaker pokazuje ludzi zagubionych w rutynowych relacjach, niedocenianych, a także tych, którzy mimo problemów z komunikacją poszukują swojego kawałka szczęścia. Nie ma tu jednego głównego bohatera – każda postać jest istotna. Każda jest człowiekiem, którego historię chcemy poznać.

Na znacznej przestrzeni albumu opowieść obraca się wokół miłości. Brubaker mówi między innymi o tym, jak dojmujące może być pragnienie bycia pożądanym w sytuacji tkwienia w związku, w którym emocje dawno wygasły. Widzimy też, jak łatwo relacja między dwojgiem ludzi może stać się toksyczna i destrukcyjna, a także jak łatwo dać się ponieść chwili, nie zważając na konsekwencje. Brubaker pokazuje dojrzałe uczucie, ale pochyla się także nad miłością młodzieńczą – niepewną własnej wartości i często błądzącą w ciemności.

Graficznie nie ma w tym komiksie praktycznie żadnych niespodzianek. Ilustracje stoją na bardzo wysokim poziomie, ale nie zaskoczą tych, którzy mają już „na rozkładzie” inne prace Seana Phillipsa. Uściślając – rysunki są realistyczne i przyziemne, a to świetnie współgra z obyczajowym charakterem opowieści. Warto też zwrócić uwagę na świetną robotę kolorysty – sceny dotyczące różnych bohaterów mają różne barwy, dzięki czemu nabierają indywidualnego rysu. To ciekawe doświadczenie, które naprawdę może się spodobać.

„Tam było ciało” to z jednej strony typowy komiks Brubakera i Phillipsa, bo twórcy kładą spory nacisk na ciężar emocjonalny i dramatyczny, tak jak robili to już wiele razy. Z drugiej jednak jest to album zupełnie inny niż wcześniejsza twórczość obu panów. Dostaliśmy coś nowego i zaskakującego – klasyczny kryminał, który wcale nie jest kryminałem. Czy każdemu przypadnie do gustu? Nie jestem tego pewien – dla mnie jednak to bardzo angażująca, momentami wręcz poruszająca opowieść.

Tytuł: Tam było ciało
Scenariusz: Ed Brubaker
Rysunki: Sean Phillips
Kolory: Jacob Phillips
Tłumaczenie: Maria Lengren
Tytuł oryginału: Where The Body Was
Wydawnictwo: Mucha Comics
Wydawca oryginału: Image Comics
Data wydania: październik 2025
Liczba stron: 144
Oprawa: twarda
Format: 180 x 275
Wydanie: I
ISBN: 978-83-67571-61-6

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 29. 10. 2025).