sobota, 14 marca 2026

Thorgal. Tom 43: Zemsta Bogini Skaedhi - Recenzja

„Thorgal” to seria nie bez powodu uznawana za kultową. Czasy jej największej chwały to jednak na tę chwilę prehistoria, co więcej – poziom franczyzy od dłuższego czasu sukcesywnie spada. Stało się to zauważalne już wiele tomów temu – nawet kilka ostatnich albumów Van Hamme’a można uznać za przeciętne. Jeszcze bardziej rzuca się to w oczy od momentu zaangażowania nowych twórców. Choć kadencja Yves’a Sente była jeszcze całkiem przyzwoita, tego samego nie można niestety powiedzieć o Yannie. Francuz nie tylko nie ma takiego talentu, jak Van Hamme, ale nie potrafił nawet stworzyć czegoś, co zapadałoby w pamięć. Pisane przez niego historie są wtórne i choć bywają poprawne, to jeśli zdarza im się świecić, to tylko odbitym blaskiem. Żadna z nich nigdy nawet nie zbliżyła się do poziomu pierwszych dziewiętnastu tomów. Oto ósmy album Yanna jako scenarzysty głównej serii (a trzeba do tego jeszcze doliczyć wszystkie pisane przez niego spin offy) i chyba tylko najwięksi optymiści mogli liczyć na jakąś zmianę.

Thorgal wyrusza w pościg za Zorzą, ukochaną jego syna, Jolana. Dziewczyna niespodziewanie opuściła wioskę wikingów Północy i nikt nie zna jej dalszych zamiarów. Tymczasem na zamku Aniela, drugiego z synów Aegirssona, trwają naukowe dysputy mające na celu zgłębienie właściwości tajemniczego kamienia. Obie sprawy mają więcej punktów stycznych, niż można by przypuszczać, a Thorgal po raz kolejny trafia w sam środek niebezpiecznej kabały.

W zasadzie nie ma sensu dawkować napięcia – „Zemsta Bogini Skaedhi” nie jest żadnym łabędzim śpiewem Yanna, ale to, że Francuz nie będzie już współtworzył kolejnych komiksów ze świata „Thorgala” (taka wieść gruchnęła w listopadzie), jest naprawdę dobrą wiadomością. Album dobitnie pokazuje, że 71-letniemu scenarzyście brakuje pomysłów i wyczucia tempa opowieści, ale przede wszystkim brakuje mu dobrego zrozumienia postaci, które niby prowadzi od wielu lat, ale których nigdy prawdziwie nie poznał. Czterdziesty trzeci tom sagi owszem, zaskakuje, ale jedynie na niekorzyść. Podstawową wadą jest straszna nijakość scenariusza. Fabuła praktycznie stoi w miejscu. Na przestrzeni czterdziestu ośmiu stron bohaterowie snują się po zamku jarla Aniela, rozmawiają, spiskują, ale wynika z tego naprawdę niewiele. Co więcej, zdarzają się tu sceny kompletnie od czapy – wątki potrafią zaistnieć, aby po chwili urwać się i już nie powrócić. Całość jest zaskakująco niepoukładana, co rozczarowuje w przypadku scenarzysty o takim stażu.

Kiepskie wrażenie sprawiają też bohaterowie tego fanfika komiksu. Pod względem charakterologicznym postaci są kreślone naprawdę bardzo grubą kreską. Aniel (który, przypomnijmy, jest jarlem), to nie tylko nieopierzony młokos, ale ktoś na tyle naiwny, że niemal każdy może nim manipulować, jeśli tylko użyje odpowiednich argumentów. Kriss de Valnor to z kolei tępa furiatka, choć tu akurat zaskoczenia nie ma – Yann portretował ją w ten sposób już wcześniej. Kolejna istotną bohaterka, oblubienica Jolana, na znacznej przestrzeni albumu jedynie irytuje swoimi fochami, choć tu akurat muszę Yannowi oddać, że wyjaśnia ten stan rzeczy pod koniec tomu. Jeśli chodzi o antagonistów, są niewyraźni i nie mają charyzmy, a jeśli zestawimy ich z takimi postaciami jak Życzliwi czy Saxegaard, wypadną jeszcze bardziej blado. A jak ma się sprawa z Thorgalem i jego najbliższymi? Jolan i Aaricia to tym razem jedynie statyści, a nasz czarnowłosy wiking także nie ratuje sytuacji. Miota się po arenie wydarzeń, ale na dobrą sprawę nie ma żadnej mocy sprawczej. Właściwie mogłoby go tu nie być i przebieg historii nie uległby zmianie. Gdzie się podział bohater, który rzucał wyzwanie bogom i sprzeciwiał się przeznaczeniu? Zapewne „jest gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie…”. Oby wrócił w tomach wolnych już od Yanna Le Pennetiera.

W recenzji poprzedniego tomu chwaliłem rysunki Freda Vignaux, ale tym razem już tak bardzo mi nie podeszły. To generalnie niezłe grafiki, ale problemem jest ich nierówność. Niektóre kadry są zwyczajnie ładne i dobrze rozplanowane, po czym Vignaux serwuje nam coś dużo mniej dopracowanego. Już wcześniej zdarzało się, że bohaterowie wyglądali nieco dziwnie, a na kartach najnowszego „Thorgala” jest to niestety widoczne częściej – twarze potrafią się „rozjechać”, są pozbawione detali. Na deser dostajemy szkaradną okładkę, w mojej opinii najsłabszą w całej serii, prezentującą, przynajmniej na pierwszy rzut oka, potyczkę bohaterów z ognistymi szparagami.

Najnowszy tom „Thorgala” to opowieść, która tylko uwypukla to, jak dobre było kilkanaście początkowych tomów serii. To także kolejne przypomnienie, że eksploatowanie sentymentu fanów powinno mieć swoje granice. Bo jeśli cykl, który zajmuje szczególne miejsce w sercach wielu komiksiarzy ma nadal wyglądać „na odpierdol”, to chyba lepiej by było zakończyć wreszcie tę podróż. Obawiam się, że do tego jednak daleko (kolejne tomy tej serii oraz „Sagi” są już w drodze), więc pozostaje nam cieszyć się małymi rzeczami, a jedną z nich jest niewątpliwie to, że mieliśmy do czynienia z jednym z ostatnich (jeśli nie ostatnim) albumów pisanym przez Yanna. To zawsze jakieś światełko w tunelu.

Tytuł: Zemsta bogini Skaedhi
Seria: Thorgal
Tom: 43
Scenariusz: Yann Le Pennetier
Rysunki: Frédéric Vignaux
Tłumaczenie: Wojciech Birek
Tytuł oryginału: Thorgal, vol. 42, La vengeance de la déesse Skaedhi
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Le Lombard
Data wydania: listopad 2025
Liczba stron: 48
Oprawa: miękka
Format: 215 x 290
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7221-0

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 30. 12. 2025).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz