środa, 23 października 2019

Jessica Jones. Tom 2: Sekrety Marii Hill - Recenzja

Być może nie wszystko czego dotknie się Brian Michael Bendis zamienia się w złoto, ale jest to twórca, który wielokrotnie udowadniał już swoją klasę. Dlatego kiedy bierze się za jakiś projekt szansa na to, że będzie on godny uwagi, jest jednak większa niż w przypadku innych scenarzystów. W przypadku „Jessiki Jones” taki scenariusz wydawał się tym bardziej prawdopodobny, że poprzednia seria Bendisa traktująca o tej postaci była wprost rewelacyjna. I choć przysłowie mówi, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, to patrząc na rzecz z innej strony, można zapytać: któż ma nam dostarczyć intrygujący produkt, jak nie twórca, który zna już danego bohatera od podszewki?

Agencja detektywistyczna Alias znowu działa pełną parą, a Jessica Jones ponownie gotowa jest podjąć się tej żmudnej i niebezpiecznej pracy. Bardzo szybko trafia się jej wyjątkowo niebezpieczna sprawa. Do drzwi agencji puka była szefowa agencji SHIELD, której życie znalazło się w ogromnym niebezpieczeństwie. Ktoś chce ją zamordować, a zadaniem Jessiki ma być dowiedzenie się, któż taki jest zleceniodawcą. Sprawa okazuje się o wiele bardziej skomplikowana, niż można by się spodziewać. Na domiar złego bohaterka musi sobie poradzić także z bałaganem w życiu prywatnym, bo jej niedawne działania znacząco pogorszyły jej sytuację rodzinną. Teraz pewne sprawy trzeba naprostować, a to wcale nie będzie łatwe.

Nie dosyć, że główna bohaterka cyklu jest prywatnym detektywem, to tym razem jej klientką zostaje agentka specjalna. Czyli czego możemy się spodziewać po fabule? Namnożenia sekretów i zagadek. Taki obrót spraw zostaje nam zresztą zasugerowany już na samym wstępie, wszak tytuł albumu brzmi „Sekrety Marii Hill”. I faktycznie, gdy na scenie pojawia się była naczelniczka SHIELD, cała intryga staje się z miejsca bardzo mocno niejednoznaczna. Jak przystało na doświadczonego twórcę, Bendis stopniuje napięcie, zostawiając nas przez znaczną część lektury z większą liczbą pytań niż odpowiedzi – te drugie pojawiają się właściwie dopiero w momencie, gdy intryga zostaje rozwiązana. Powiem tylko, że zakończenie okazuje się zgoła nieoczekiwane, naprawdę satysfakcjonujące i nieszablonowe – niewiele osób będzie w stanie domyślić się, w jakie rejony popchnie fabułę autor.

„Alias” nigdy nie stał tylko zagadką kryminalną, zawsze chodziło tam o wiele więcej. Seria wyróżniała się przede wszystkim doskonałym tłem społeczno-obyczajowym, co pozwalało na lepsze zrozumienie protagonistów i pokazanie, że mimo posiadania pewnych mocy, głównymi bohaterami wciąż są ludzie z krwi i kości. Bardzo mnie cieszy fakt, że Brian Bendis nie zatracił tej konkretnej cechy swojego pisarstwa, bo nowy cykl o pani Jones w każdej mierze dorównuje pod tym względem znakomitemu „Aliasowi”. Warstwa obyczajowa jest wiarygodna i potwierdza, że stanowi największą wartość nowej „Jessiki Jones”. I nie ma znaczenia, że tytuł nie ukazuje się już w ramach imprintu „MAX” – okazuje się, że Bendis wcale nie potrzebuje wyższej kategorii wiekowej, by opowiedzieć to, co chce w sposób przejmujący i solidny.

Żeby nie było, że tylko chwalę, muszę uczciwie przyznać, jest w „Sekretach Marii Hill” element, który prezentuje się nieco gorzej od pozostałych. Mowa o scenach bardziej dynamicznych. Są one rozpisane po prostu tak sobie, a ich dramaturgia pozostawia nieco do życzenia lub kończą się zaskakująco szybko, pozostawiając po sobie uczucie niedosytu. Jasne, w tytułach z Jessiką Jones w roli głównej nigdy nie chodziło o tę czysto superbohaterską stronę, ale jednak te dość rzadkie momenty, gdy wychodzi ona na pierwszy plan, mogłyby być nieco bardziej emocjonujące. Zaważywszy jednak na mnóstwo dobra, jakiego dostarcza Bendis na wspomnianych w poprzednich akapitach polach, jest to mankament, na który można w ostateczności przymknąć oko.

Praca stałej „jessikowej” ekipy robi równie dobre wrażenie jak dotąd. Podejście rysownika Michaela Gaydosa i kolorysty Matta Hollingswortha nie zmieniło się ani o jotę – ilustracje nadal trzymają wysoki poziom, prezentując ciemniejszą i bardziej przybrudzoną stronę Nowego Jorku. Pewnym novum są za to fragmenty dwóch zeszytów, w których Gaydos, ilustrując  historię uzupełniającą, zastosował nieco inną stylistykę. Mowa o bardzo cartoonowym stylu, który miał chyba na celu wyróżnienie owego fragmentu, co ostatecznie udało się osiągnąć.

Już pierwszy tom nowej „Jessiki Jones” przynosił czytelnikom, którzy pokochali „Alias” wrażenie powrotu do domu. Mogliśmy w nim znaleźć wszystko, dzięki czemu seria Bendisa i Gaydosa była tak dobra i tak bardzo wyróżniała się na tle innej okołosuperbohaterszczyzny. „Sekrety Marii Hill” tylko to znakomite wrażenie ugruntowują, potwierdzając, że jest to tytuł, na którym warto zawiesić oko. A gdy do tego wszystkiego dodamy fakt, że w kolejnym tomie (jak sam jego tytuł wskazuje, więc nie krzyczeć, że spoiler!) powrócić ma Killgrave, przyszłość serii rysuje się w naprawdę jasnych barwach.

Tytuł: Sekrety Marii Hill
Seria: Jessica Jones
Tom: 2
Scenariusz: Brian Michael Bendis
Rysunki: Michael Gaydos
Kolory: Matt Hollingsworth
Tłumaczenie: Marek Starosta
Tytuł oryginału: Jessica Jones Vol. 2: The Secrets Of Maria Hill
Wydawnictwo: Mucha Comics
Wydawca oryginału: Marvel
Data wydania: sierpień 2019
Liczba stron: 144
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Wydanie: I
ISBN: 978-83-65938-48-0

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal i na nim była pierwotnie publikowana - KLIK)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza