Czy „Knightfall” jest tak wysoko oceniany tylko przez sentyment fanów wychowanych na komiksach TM-Semic? Oczywiście, że nie – udowodnił to już pierwszy tom, w którym twórcy dopiero przygotowywali nas do wydarzenia, które swego czasu wstrząsnęło nie tylko Batmanem, ale całym DC Comics. Jednak, jak by nie patrzeć, „Prolog” był tylko… no tak – prologiem. Te najbardziej znaczące momenty miały dopiero nadejść. Opowiada o nich „Upadek Mrocznego Rycerza”, drugi, ale prawdopodobnie najważniejszy album z monumentalnej pięciotomowej sagi o upadku i powrocie Nietoperza.
Bane przystępuje do realizacji swojego planu przejęcia Gotham. W tym celu uwalnia z Arkham obłąkanych kryminalistów – wszystko po to, żeby powoli nadkruszyć zdrowie psychiczne i fizyczne Batmana, a ostatecznie doprowadzić do jego upadku. Mroczny Rycerz musi zmierzyć się z zagrożeniem, z jakim nigdy wcześniej nie miał do czynienia. Jednak tym razem nawet wspięcie się na wyżyny umiejętności może okazać się niewystarczające, by zażegnać niebezpieczeństwo.
Czym jest „Upadek Mrocznego Rycerza”? To prawdziwe „crème de la crème” Batmanowych komiksów – i nie mówię tu tylko o latach dziewięćdziesiątych. Ten album wykracza poza czysty sentyment starego fana. Mamy do czynienia z historią, która jest świetnie rozpisana i w przemyślany sposób buduje napięcie. Rozpoczynamy od testowania granic Nietoperza, gdy Bane wprowadza w życie plan fizycznego wyniszczenia swojego wroga. Większość zeszytów, w których Mroczny Rycerz mierzy się z uwolnionymi z Arkham złoczyńcami, poznaliśmy już trzydzieści lat temu, gdy ta powieść ukazywała się w Polsce jako zeszytówki. Tym razem obraz został uzupełniony o kilka dodatkowych rozdziałów, na które wtedy zabrakło miejsca, a dziś można o nich powiedzieć, że doskonale pogłębiają obraz narastającego znużenia obrońcy Gotham.
Swoista droga krzyżowa, jaką w pierwszej połowie tego albumu przechodzi Batman, służy najsłynniejszej scenie tego komiksu. Mowa, rzecz jasna, o złamaniu kręgosłupa Batmanowi. Czy ten kadr nadal robi takie samo wrażenie jak lata temu? Na mnie zrobił, a stało się tak głównie dlatego, że to wszystko nie wzięło się z powietrza – twórcy logicznie doprowadzili do tego momentu, podbudowali go pod względem psychologicznym i sprawili, że na stałe wszedł do kanonu. Prawdziwy klasyk.
A jeśli już mowa o psychologii bohaterów, świetne wrażenie robi także druga część komiksu, w której stary Batman ustępuje miejsca nowemu. Scenarzyści wiarygodnie pokazują, że Jean Paul Valley diametralnie różni się od Bruce’a Wayne’a w materii stosowanych względem przestępców metod. Początkowo różnice są nieznaczne, ale pogłębiają się z każdym zeszytem. Widzimy narastającą brutalność dawnego Azraela, która powoli zaczyna zmieniać jego charakter. W tym miejscu warto docenić rolę Robina, który stara się być głosem rozsądku i tonować poczynania towarzysza, ale jest powoli odstawiany na boczny tor i miota się w bezsilności, a mimo to stara się pomagać. W tej części albumu nadal jest miejsce dla Wayne’a, który mimo kalectwa, chce być użyteczny, ale okoliczności zmuszają go do opuszczenia Gotham – to dobry ruch scenarzystów, bo z jednej strony zostawiają sporo miejsca na rozwiązanie kwestii nowego Batmana, z drugiej zaś dają czas Wayne’owi na oswojenie się z sytuacją i próbę powrotu do zdrowia i użyteczności – o tych rzeczach będzie opowiadać kolejny tom sagi.
Mocno chwalę drugą odsłonę „Knightfall”, ale czy jest to komiks idealny? Pewnie, że nie. Tempo akcji potrafi być nierówne – czasami jest wyjątkowo intensywnie, jednak niektóre zeszyty sprawiają wrażenie wypełniaczy. Spore zastrzeżenia mam zwłaszcza do jednego elementu w drugiej części albumu – chodzi mianowicie o tempo, w jakim nowy Batman dochodzi do odpowiedniej formy, żeby rzucić wyzwanie Bane’owi. Mając w pamięci, jak bardzo oryginalny Mroczny Rycerz męczył się z poczynaniami napakowanego venomem złoczyńcy, trudno nie odnieść wrażenia, że tutaj wszystko dzieje się za szybko i za łatwo, a końcowa konfrontacja mogła zostać o wiele lepiej podbudowana.
Ilustracje nadal nie są tym, co najmocniej trafia do współczesnego czytelnika, ale myślę, że warto dać im szansę, bo na znacznej przestrzeni albumu świetnie podbijają klimat zmęczenia i zaszczucia, jaki towarzyszy Nietoperzowi. Grafiki z pewnością łatwiej przełkną starsi fani, bo dla nich taki styl był oczywistością w momencie, kiedy zaczynali swoją przygodę z amerykańskim komiksem superbohaterskim, a czy przypadną do gustu reszcie czytelników? Trudno powiedzieć, warto mieć jednak na uwadze, że w latach dziewięćdziesiątych tak się po prostu rysowało superhero.
Druga odsłona „Knightfall” jest tytułem wyśmienitym. Znajdziemy w nim co prawda kilka słabszych elementów, ale na szczęście jest ich stosunkowo niewiele, a kiedy po lekturze odkładamy komiks na półkę, w pamięci zostają nam jego najlepsze fragmenty. A tych – nie ma co gadać – jest tu sporo i nie jest to tylko słynne „złamanie” Nietoperza. Przed nami kolejne trzy tomy „Knightfall” i jakkolwiek już raczej nie doskoczymy do tego poziomu, jaki twórcy zaprezentowali tutaj, to nadal czeka nas sporo przedniej zabawy.
Tytuł: Upadek Mrocznego Rycerza
Seria: Batman. Knightfall
Tom: 2
Scenariusz: Doug Moench, Chuck Dixon, Alan Grant
Rysunki: Graham Nolan, Jim Aparo, Norm Breyfogle i inni
Kolory: Adrienne Roy, Klaus Janson
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Batman Knightfall Vol. 1-2
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: kwiecień 2022
Liczba stron: 588
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-281-5418-6




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz