czwartek, 4 czerwca 2026

Robert Jordan "Smok odrodzony" - Recenzja

 

„Koło czasu” zacząłem czytać mniej więcej ćwierć wieku temu (mój Boże, jak to brzmi…), ale przez wszystkie te lata nie udało mi się dotrzeć nawet do połowy cyklu. Jakiś czas temu postanowiłem wreszcie nadrobić tę zaległość. Lektura nie posuwa się może w zawrotnym tempie, jednak konsekwentnie przemierzam kolejne tomy monumentalnej sagi Roberta Jordana. Tym razem przyszła pora na „Smoka odrodzonego” – książkę, którą wielu fanów wskazuje jako jedną z najlepszych odsłon całego cyklu. Czy rzeczywiście zasługuje ona na tak wysokie noty?

Rand al'Thor coraz mocniej zmaga się ze świadomością, że jest Smokiem Odrodzonym – kimś, kto według przepowiedni ma stoczyć ostateczną walkę z Czarnym. Nie potrafiąc pogodzić się ze swoim przeznaczeniem, Rand wyrusza samotnie w niebezpieczną podróż. Tymczasem jego przyjaciele próbują go odnaleźć, a Egwene, Elayne i Nynaeve podejmują się misji związanej z działalnością Czarnych Ajah. W cieniu tych wydarzeń coraz aktywniej działają Przeklęci, a nad światem zawisa widmo konfliktu, który może odmienić losy całych krain.

Pierwsze, co rzuca się w oczy po skończeniu lektury, to fakt, że Jordan zastosował bardzo podobną konstrukcję fabularną jak w „Wielkim polowaniu”. Bohaterowie przez znaczną część książki podążają bowiem własnymi ścieżkami i podróżują, by ostatecznie spotkać się w jednym miejscu podczas wielkiego finału. Cóż to – tak szybko autor zaczyna zjadać własny ogon? Jakkolwiek do tak daleko idących konkluzji bym się nie posunął, to nie da się ukryć, że wrażenie pewnej wtórności faktycznie się na tych kartach pojawia. Tym bardziej że niektóre elementy podróży oraz związane z nimi zwroty akcji sprawiają momentami wrażenie znajomych. Z drugiej strony Jordanowi wciąż udaje się utrzymać zainteresowanie losami poszczególnych bohaterów, dzięki czemu podobieństwa do poprzedniego tomu nie stają się jeszcze poważnym problemem. To raczej sygnał, że autor znalazł schemat, który na tym etapie cyklu uznaje za najskuteczniejszy.

Tempo akcji „Smoka odrodzonego” potrafi być nierówne. Przez dłuższy czas dzieje się stosunkowo niewiele i to we wszystkich wątkach, jakie śledzimy. To swego rodzaju rozstawianie fabularnych figur – samo w sobie jest to posunięcie jak najbardziej zrozumiałe, ale odnoszę nieodparte wrażenie, że Jordanowi idzie ono nieco zbyt mozolnie. Większa liczba scen podnoszących napięcie byłaby zdecydowanie wskazana. Fabuła toczy się w powolnym tempie, by przyspieszyć dopiero w końcówce, kiedy wręcz rusza z kopyta. Ta dysproporcja jest wyraźnie odczuwalna podczas lektury. Co prawda autor wykorzystuje ten czas na dalsze rozwijanie świata przedstawionego i relacji między bohaterami, jednak nie zawsze wystarcza to do podtrzymania pełnego zaangażowania czytelnika. W efekcie środkowa część powieści sprawia wrażenie bardziej etapu przejściowego, który po prostu trzeba „odbębnić”, niż samodzielnej, w pełni satysfakcjonującej części całej historii.

Robert Jordan nazwał tę powieść „Smok odrodzony”, jednak sam tytuł okazuje się dość przewrotny. Dlaczego? Sugeruje on bowiem, że Rand al’Thor będzie stał w centrum wydarzeń, stając się osią, wokół której koncentruje się akcja. Tymczasem Randa jest tu jak na lekarstwo. Na wczesnym etapie fabuły znika gdzieś w tle i prawie nie pojawia się ponownie aż do samej końcówki. Dziwne? Początkowo właśnie tak mi się wydawało. Z czasem doszedłem jednak do wniosku, że być może taki był zamysł autora. Jordan nie pokazuje nam bowiem Smoka Odrodzonego bezpośrednio, lecz prezentuje jego wpływ na otoczenie. Rand jest nieobecny fizycznie, ale jego cień unosi się niemal nad każdym rozdziałem. Bohaterowie rozmawiają o nim, próbują go odnaleźć, martwią się o niego lub obawiają się konsekwencji jego działań. W ten sposób Jordan podkreśla, jak bardzo zmieniła się pozycja chłopaka, który jeszcze niedawno był skromnym pasterzem z Dwu Rzek, a dziś stał się figurą o znaczeniu niemal mitycznym. Paradoksalnie więc nieobecność Randa okazuje się jednym z najlepszych sposobów na pokazanie, jak ważną postacią się stał.

A jak prezentują się pozostali bohaterowie? Ważniejszą rolę zaczynają odgrywać Mat i Perrin, u których nareszcie widać, że podobnie jak Rand, również są ta’veren, czyli osobami, wokół których los wytycza własne ścieżki, i które wpływają na bieg wydarzeń znacznie mocniej niż zwykli ludzie. Obaj nadal starają się pozostawać na uboczu – rozgłos to ostatnie, czego pragną – ale chcąc nie chcąc, zaczynają odgrywać coraz istotniejszą rolę w kształtowaniu losów świata. Szczególnie interesujące jest obserwowanie, jak każdy z nich na swój sposób próbuje uciec przed przeznaczeniem, jednocześnie nieświadomie coraz bardziej się w nie wikłając.

Na drugim biegunie znajdują się kobiece postaci. Wątek Egwene, Elayne i Nynaeve jest wprawdzie istotny dla rozwoju fabuły, ale same bohaterki stały się momentami wyjątkowo irytujące. Zwłaszcza ta ostatnia sprawia wrażenie wiecznie złej i obrażonej na cały świat, a jej głównym zajęciem wydaje się szarpanie za warkocz i „dowalanie” mężczyznom, których niemal bez wyjątku uważa za bandę niekompetentnych głupców. Rozumiem, że Jordan świadomie buduje napięcia między płciami jako jeden z elementów swojego świata, jednak tutaj momentami ociera się to już o przesadę, zwłaszcza że rzecz jest przedstawiona bardzo jednostronnie.

Ważne jest również to, że w „Smoku odrodzonym” nie tylko pojawiają się, ale zaczynają realnie działać naprawdę potężni gracze, w tym Przeklęci – najgroźniejsi słudzy głównego adwersarza całego cyklu. To zdecydowanie działa na korzyść powieści. Jordan skutecznie podnosi stawkę całej historii, pokazując, jak bardzo zmieniła się jej skala na przestrzeni zaledwie trzech tomów. Jeszcze niedawno bohaterowie walczyli głównie o własne przetrwanie, dziś natomiast stają się uczestnikami rozgrywki, której wynik może zadecydować o losach całego świata.

Trzecia odsłona „Koła czasu” to naprawdę dobra powieść, jednak w porównaniu z poprzednim tomem sprawia wrażenie nieco słabszej. Taka ocena wynika przede wszystkim z poczucia wtórności – podobnej konstrukcji fabuły oraz faktu, że przez znaczną część lektury akcja rozwija się dość monotonnie. Nie zmienia to jednak faktu, że nadal mamy do czynienia z bardzo angażującą literaturą fantasy, która potrafi wciągnąć czytelnika na długie godziny. Robert Jordan konsekwentnie rozwija swój świat, rozbudowuje mitologię cyklu i przygotowuje grunt pod jeszcze bardziej epickie wydarzenia. Nawet jeśli „Smok odrodzony” nie zachwycił mnie tak bardzo jak „Wielkie polowanie”, to i tak po zakończeniu lektury bez większego wahania stwierdzam, że będę czytał ten cykl dalej. A to chyba najlepszy dowód na to, że autor wciąż wie, jak utrzymać zainteresowanie czytelnika.

Autor: Robert Jordan
Tytuł: Smok odrodzony
Tytuł oryginału: The Dragon Reborn
Tłumaczenie: Katarzyna Karłowska
Wydawca: Zysk i S-ka
Data wydania: 2020
Liczba stron: ok. 1000
ISBN: 978-83-8116-956-1 (ebook)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz