czwartek, 7 maja 2026

Władza absolutna. Tom 1: Pozbawieni mocy - Recenzja

 

DC Comics od lat działa według dobrze znanego rytmu. Raz na jakiś czas nadciąga kolejny „wielki” event, który ma wstrząsnąć uniwersum i na nowo poukładać status quo. Problem w tym, że ta regularność zdaje się momentami działać przeciwko samej idei wyjątkowości – fanom komiksu superhero trudno za każdym razem reagować ekscytacją, gdy podobne zapowiedzi pojawiają się z niemal zegarmistrzowską precyzją. „Władza absolutna” już na starcie musi zatem zmierzyć się z kredytem nieufności części odbiorców. Zanim czytelnik potraktuje tę historię poważnie, twórcy muszą udowodnić, że za kolejną marketingową etykietą kryje się coś więcej niż tylko następny obowiązkowy, rozbuchany przystanek na mapie Uniwersum DC, straszący swoją skalą i ostatecznością.

Po latach działania w głębokim cieniu Amanda Waller podejmuje otwartą walkę z superbohaterami. Wspierana przez Failsafe’a i Królową Brainiaca twórczyni Suicide Squad wciela w życie plan, który doprowadza do rzeczy niewyobrażalnej – herosi zostają pozbawieni nadprzyrodzonych mocy. W połączeniu z rozlewającą się w mediach narracją mówiącą o rzekomych zbrodniach dotychczasowych obrońców ludzkości tworzy to tygiel, w którym przeciwko wydrenowanym superbohaterom stają nie tylko podwładni Waller, ale także zwykli obywatele.

„Władza absolutna” w swojej kompletnej, albumowej formie zaczyna działać dopiero wtedy, gdy zbierze się wszystkie jej elementy w całość. Zestawienie głównej miniserii z licznymi tie-inami okazuje się dobrym wyborem, bo dopiero wtedy historia zyskuje na klarowności, a motywacje postaci i mechanizmy stojące za opisywanym w komiksie globalnym konfliktem stają się czytelne. Dobrze, że Egmont wydał tę serię właśnie tak, na podstawie edycji zbierającej wszystkie potrzebne zeszyty w jednym (docelowo trzech) tomie. Jednocześnie taka konstrukcja ma określone konsekwencje. Podczas lektury zdarza się, że narracja traci jednolity rytm, a komiks zaczyna przypominać patchwork zszyty z zeszytów różnych serii. Na szczęście tych momentów jest tu stosunkowo mało, dzięki czemu opowieść zachowuje jednolitość.

Zeszyty głównego eventu to jedno, ale do najlepszego odbioru historii niezbędne są tie-iny. Najważniejszym z nich wydaje się czteroczęściowa miniseria „Suicide Squad: Dream Team”, która jest istotnym komponentem całego albumu, i to nie tylko w sensie uzupełnienia, ale wręcz fundamentu. To właśnie tutaj czytelnik dostaje wgląd w operacyjne zaplecze działań Amandy Waller – jej plan, metody, podległych ludzi i skalę przygotowań. Dzięki temu antagonistka przestaje być jedynie abstrakcyjnym zagrożeniem, które steruje wydarzeniami gdzieś z cienia, a zaczyna funkcjonować jako konkretny strateg, który dobrze wie, co chce osiągnąć i jakimi środkami się w tym celu posłuży.

Większa liczba zeszytów przekłada się po prostu na większą liczbę scen poświęconych różnym bohaterom. W rezultacie więcej postaci dostaje okazję, by zaznaczyć swoją obecność i odegrać istotną rolę w wydarzeniach. Jak nietrudno się domyślić, w pierwszej odsłonie „Władzy absolutnej” ważnym elementem jest reakcja tych bohaterów na manewry Waller skutkujące odebraniem herosom mocy. Wygląda to na znaczące podniesienie stawki całego eventu, zwłaszcza że scenarzyści przedstawiają rzecz jako nieodwracalną. Reklama to jednak jedno, już widzę, jak wszyscy fani szyderczo śmieją się z idei, że w komiksie superbohaterskim czegoś nie da się odwrócić. No ale może się mylę – zobaczymy, co przyniosą dwa kolejne tomy.

Na znacznej przestrzeni albumu ilustracje trzymają przynajmniej przyzwoity poziom, trudno jednak mówić o ich jednolitości. Nic w tym dziwnego – całość tworzą zeszyty z kilku różnych serii, rysowane przez różnych artystów. I to podczas lektury widać. Jakkolwiek zmiany stylu potrafią być odczuwalne, to dla fanów superhero taka sytuacja to nie pierwszyzna, bowiem ten manewr pojawia się w różnego rodzaju eventach z dużą regularnością. Z doświadczenia powiem tylko: najlepiej po prostu cieszyć się tymi najlepszymi graficznie rozdziałami i zaakceptować te, w których jest nieco słabiej. Trudno wtedy o znaczące rozczarowanie.

Po lekturze pierwszego z trzech tomów „Władzy absolutnej” można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z eventem całkiem interesującym. Jest on na pewno ambitny w założeniach, ale nieco nierówny w realizacji, choć w tym momencie wydaje się, że dysproporcje nie są szczególnie duże. To historia o dużej skali, która sprawnie operuje napięciem i potrafi dostarczyć kilku naprawdę mocnych momentów. Na tę chwilę tyle wystarczy, by uznać lekturę za sympatyczną, ale czy kolejne dwa tomy dowiozą? Mam nadzieję, że tak.

Seria: Władza absolutna
Tom: 1
Scenariusz: Mark Waid i inni
Rysunki: Dan Mora i inni
Kolory: różni artyści
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Absolute Power Tome 1
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: marzec 2026
Liczba stron: 336
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Wydanie: I
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-281-7339-2

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 29. 04. 2026).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz