Pomysł na bohaterów DC Comics przeniesionych do świata rodem z high fantasy okazał się trafiony. „Mroczni Rycerze ze Stali” zdobyli uznanie czytelników i krytyków, stając się mocną kartą w elseworldowej talii komiksowego molocha. Zamiast prostego zabiegu polegającego na przebraniach i zmianie dekoracji dostaliśmy świat, który sprawia wrażenie przemyślanego i żyjącego własnym życiem. A kiedy jakiś tytuł okazuje się sukcesem, to co się dzieje? Tak – prędzej czy później pojawia się kontynuacja albo próba rozwinięcia konceptu. Dokładnie to stało się również w tym przypadku. Oto przed nami „Wszechzima”, album rozszerzający uniwersum i zabierający czytelników w rejony, które wcześniej pozostawały na marginesie tej historii.
„Wszechzima” naprawdę dobrze wykorzystuje fundament położony przez Toma Taylora w poprzednim tomie. Mamy do czynienia nie tylko z prostym dodatkiem, tudzież z historią poboczną – dostajemy pełnoprawne rozszerzenie świata przedstawionego. Dzieje się tak między innymi dlatego, że akcja przenosi nas w miejsca, które wcześniej były jedynie wspominane lub pojawiały się w tle. Dzięki temu ta rzeczywistość zyskuje większą skalę – poznajemy nowe krainy, lokalne konflikty oraz inne społeczności funkcjonujące w tych quasi-średniowiecznych realiach. W efekcie świat zaczyna przypominać rozległą mapę fantasy, a nie jedynie scenę dla przygód alternatywnych wersji bohaterów DC.
Od samego początku widać, że „Wszechzima” ma znacznie cięższy klimat niż pierwotna seria. Podczas gdy „Wojna Trzech Królestw” łączyła elementy epickiego fantasy z przygodową energią historii o superbohaterach, spin-off wyraźniej skręca w stronę dark fantasy. Duża w tym zasługa głównego bohatera. Deathstroke w tej interpretacji przypomina raczej zmęczonego życiem wojownika z sag skandynawskich niż klasycznego najemnika z komiksów DC, a historia obraca się wokół motywów zemsty, poczucia winy i próby przetrwania w świecie, który stopniowo pogrąża się w chaosie. Temu mrocznemu tonowi sprzyja także to, że sceny przemocy są tu bardziej bezpośrednie, a atmosfera opowieści momentami potrafi być wręcz nihilistyczna. Dla wielu czytelników to zaleta, bo komiks wyróżnia się na tle głównej serii, która mimo wszystko zachowywała bardziej heroiczny ton.
Wracając do głównego bohatera – wybór Deathstroke’a jako centralnej postaci okazał się trafiony. Bohaterowie tacy jak Batman czy Superman są już mocno zakorzenieni w tych realiach, dlatego skupienie się na Sladzie Wilsonie pozwala spojrzeć na ten świat z innej perspektywy. Jako outsider idealnie pasuje do historii o wędrówce przez zniszczone krainy. Nie reprezentuje żadnego wielkiego królestwa ani żadnej ideologii, jest raczej samotnym wojownikiem próbującym przetrwać w brutalnych realiach. Czy jest postacią wystarczająco angażującą emocjonalnie, by utrzymać ciężar całej historii? W tej materii można mieć pewne wątpliwości, zwłaszcza że dopiero wraz z rozwojem fabuły bohater zaczyna zyskiwać większą głębię, a początkowo jest tylko ponurym, małomównym zabijaką.
Obok tytułowej opowieści omawiany tom zawiera jeszcze jeden segment. To „Dziedzic morza”, napisany przez Toma Taylora. Ta część zdecydowanie różni się tonem od głównej historii. Wcześniej dostaliśmy mroczne grimdark fantasy, backup Taylora jest bliższy baśniowej opowieści o narodzinach bohatera. Odnoszę wrażenie, że to swego rodzaju „heroiczna” przeciwwaga dla mroczniejszej „Wszechzimy”, która ma przy okazji wyraźnie wyczuwalny bardziej emocjonalny i humanistyczny charakter. Najważniejsza jest tu moralność i wychowanie bohatera, a nie sama akcja. „Dziedzic morza” może też być bardziej angażujący, zwłaszcza jeśli zmęczył nas mrok pierwszego segmentu tego albumu.
Warstwa graficzna jest jednym z najmocniejszych elementów albumu i w dużej mierze odpowiada za jego sugestywny klimat. Rysunki w głównej historii doskonale oddają surowość północnego, skutego lodem świata. Dominują tu chłodne barwy, ciężkie cienie i kadry podkreślające bezlitosny charakter tej krainy. Sceny walki są dynamiczne i brutalne, jednocześnie nie brakuje rozległych ujęć krajobrazów, które budują poczucie pustki i zagrożenia. Zupełnie inny charakter ma natomiast druga opowieść. Zdobiące ją ilustracje są malarskie i pełne światła, a paleta barw wyraźnie cieplejsza, co dobrze współgra z bardziej baśniowym tonem tej historii. Podwodne sceny oraz wizualizacje Atlantydy mają wręcz ilustracyjny charakter i zdecydowanie odróżniają tę część albumu od mroźnej estetyki „Wszechzimy”. Dzięki temu oba segmenty komiksu nie tylko różnią się tonem narracyjnym, ale zyskują także własną, rozpoznawalną tożsamość wizualną.
„Wszechzima” jest komiksem mroczniejszym niż „Wojna Trzech Królestw” i może być traktowana jako ciekawy i dość kameralny dodatek do świata tego elseworlda – choć mniej spektakularna fabularnie, potrafi zachwycić klimatem, czemu sprzyja także warstwa wizualna. Scenarzysta stawia raczej na atmosferę i powolne odkrywanie kolejnych fragmentów świata niż na polityczne intrygi czy epickie bitwy. Dzięki temu album dobrze spełnia rolę uzupełnienia głównej serii, pokazując inne oblicze tego uniwersum i pozwalając czytelnikowi zajrzeć w jego mniej znane rejony. Nie jest to może historia, która redefiniuje cały projekt „Mrocznych Rycerzy ze Stali”, ale z pewnością stanowi jego interesujące i klimatyczne rozszerzenie.
Tytuł: Mroczni Rycerze ze stali. Wszechzima
Scenariusz: Jay Kristoff, Tom Taylor
Rysunki: Tirso Cons, Riccardo Federici
Tłumaczenie: Paulina Walenia
Tytuł oryginału: Dark Knights of Steel. Allwinter
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: luty 2026
Liczba stron: 224
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-281-7333-0
(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 13. 04. 20260.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz