sobota, 5 kwietnia 2025

Pingwin. Tom 1: Długa droga do domu - Recenzja

 

Pingwin to bez dwóch zdań jeden z najbardziej wyrazistych przeciwników Batmana. Na przestrzeni lat dorobił się sporego grona wielbicieli i kilku ciekawych interpretacji, że wspomnę chociażby o aktorskiej kreacji Danny’ego DeVito w „Batman Returns”. Ostatnimi czasy mocno rozwinął skrzydła (jak to świetnie brzmi, prawda?), bo nie tylko bryluje na małym ekranie w swoim własnym serialu, ale jego przygodami zajął się Tom King – scenarzysta wszechstronny i utalentowany, który dał nam kilka niezapomnianych komiksów, także tych pisanych dla DC Comics. Po „Długiej drodze do domu” obiecywałem sobie zatem naprawdę wiele.

Pingwin, król półświatka Gotham City, zmarł. Taka jest przynajmniej oficjalna wersja, bo w rzeczywistości złoczyńca zaszył się w Metropolis, gdzie prowadzi względnie spokojne życie. Jak to jednak bywa, spokój nigdy nie trwa zbyt długo – Pingwin, zmuszony do współpracy z rządem amerykańskim, zostaje wysłany do Gotham w celu odzyskania dawnej pozycji. Żeby tego dokonać, musi zwerbować pomocników.

Można powiedzieć, że „Długa droga do domu” to komiks oparty na znanych od dawna pomysłach, bo traktuje – w ogólnych założeniach – o formowaniu ekipy. Poza samym głównym motywem w tym komiksie nie ma jednak nic generycznego. Tym razem Tomowi Kingowi bardzo blisko do jego najlepszych scenariuszy, co nie powiem, bardzo mnie cieszy, zwłaszcza w serii ulokowanej tak blisko trykociarskiego mainstreamu.

Co sprawia, że „Pingwin” jest tak dobry? Robotę robi przede wszystkim scenariusz. Każdy kolejny zeszyt to osobny epizod pokazujący, jak Cobblepot przygotowuje się do odzyskania utraconej pozycji. Wszystkie składają się na fascynującą całość – opowieść została misternie skonstruowana i ważny jest w niej każdy detal. King mistrzowsko stopniuje napięcie i utrzymuje zainteresowanie odbiorcy na każdej stronie. Kolejne zeszyty początkowo mogą być średnio zrozumiałe – najpierw dostajemy fabularne okruchy i dopiero po chwili wyłania się z nich większy obraz. Pozwala to jednak jeszcze bardziej smakować kunszt konstrukcyjny tej historii.

Bardzo dobre wrażenie robi kreacja głównego bohatera. Oswald Cobblepot nie ma w sobie nic z niezdarnego złola, a tak bywał pokazywany. To prawdziwy psychopata, który potrafi wykorzystać swój wygląd do tego, żeby osiągać cele. Dobrze wie, że ludzie, oceniając jego aparycję, nie doceniają umiejętności, które posiada – a te są niemałe. Pingwin nie ma tu absolutnie żadnych skrupułów, nie ma też sumienia. Zlikwiduje każdego, kto stoi na jego drodze, posunie się do każdego draństwa, żeby to jego było na wierzchu. To ktoś kompletnie nieobliczalny, ale w „zimnym” znaczeniu tego słowa – to nie świr (choć potrafi go przekonująco zagrać), ale wyrachowany, do cna zły człowiek. Nigdy wcześniej nie widziałem tak przejmującej interpretacji tej postaci.

Mocno zaskoczyło mnie też, jak dużo w tym komiksie niepokojących obrazów przemocy. To nie jest standardowe trykociarskie mordobicie, które bierze się w cudzysłów, raczej obraz totalnej moralnej degrengolady, pokazanie świata, w którym ludzkie życie ma bardzo małą wartość. To bardzo sugestywna, dojmująca i dołująca wizja – ten aspekt komiksu superbohaterskiego rzadko zostaje oddany w tak poruszający sposób.

Warstwa graficzna stoi na równie wysokim poziomie jak scenariusz. Ilustracje są mroczne i cechują się swoistym brudem. Rafael de Latorre pracował nad większością zeszytów i utrzymał swoje prace w realistycznym stylu, dzięki czemu robią jeszcze większe wrażenie, zwłaszcza w tych najbardziej dosadnych kadrach, portretujących najbrutalniejsze posunięcia głównego bohatera. Dwa zeszyty to z kolei dzieło Stevana Subica – u niego nadal jest mrocznie i brudno, ale jego Oswald jest nieco inny – to okrąglutki chłoptaś, który sprawia wrażenie wielkiego niezguły. Ten wizerunek fantastycznie kontrastuje z mrocznymi czynami pozbawionego moralności, wyrachowanego przestępcy. Kawał świetnej roboty. Nie grają mi tu tylko rysunki do zeszytu „zerowego”, które są kolorowe i „śliczniutkie”, przez co pasują do reszty albumu jak pięść do nosa.

Odnoszę nieodparte wrażenie, że Tom King to najlepsze, co przytrafiło się DC Comics od bardzo dawna. Ok, może jego run w „Batmanie” nie był tak błyskotliwy, jak można się było spodziewać, ale kilka albumów, które wyszły spod jego ręki, nie tylko zdecydowanie zrobiło robotę, ale mają one potencjał na zdobycie miana prawdziwych klasyków, że wspomnę choćby o fenomenalnym „Gotham. Rok pierwszy” czy poruszającym „Mister Miracle”. A teraz na księgarnianych półkach ląduje świetny „Pingwin”, który fenomenalnie odświeża wizerunek tytułowego złoczyńcy, w końcu nadając mu mroczny blask, na jaki zasługuje. Warto, ze wszech miar warto.

Tytuł: Długa droga do domu
Seria: Pingwin
Tom: 1
Scenariusz: Tom King, Chip Zdarsky
Rysunki: Rafael de Latorre, Stevan Subic, Belen Ortega
Kolory: Marcelo Maiolo, Luis Guerrero
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: The Penguin Volume 1: The Prodigal Bird
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: lipiec 2024
Liczba stron: 200
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Format: 167 x 255
ISBN: 978-83-281-6582-3

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 25. 02. 2025).

piątek, 28 marca 2025

Michael Moorcock "...i ujrzeli Człowieka" - Recenzja

 

Inicjatywy takie jak „Wehikuł czasu“ odbieram jako niezwykle wartościowe. Chyba nikt z nas nie zna absolutnie wszystkich klasyków literatury science fiction, dlatego idea serii, która przybliża jej największe osiągnięcia, jest ze wszech miar interesująca i godna pochwały. Kolejny tom, który ukazuje się w jej ramach, to opowieść, której kluczowym elementem jest właśnie… wehikuł czasu.

„...i ujrzeli człowieka” otrzymała nagrodę Nebula za rok 1966. Czy literatura, która powstała prawie sześćdziesiąt lat temu, reprezentująca tak trudny gatunek, jak fantastyka naukowa, może po tak długim czasie nadal robić wrażenie? Odpowiedź na to pytanie jest w moim odczuciu twierdząca, a dzieje się tak z kilku powodów. Przede wszystkim Moorcock bardzo mało uwagi poświęca technikaliom – działanie maszyny przesyłającej ludzi w przeszłość nie jest szczegółowo wyjaśnione. Choć korzysta z rekwizytów science fiction, to w zasadzie jego powieść trudno do tej szufladki wsadzić – sam wehikuł czasu działa bowiem na „słowo honoru”. Nie dostajemy żadnego wytłumaczenia, jak maszyna funkcjonuje pod kątem technicznym, co ostatecznie okazuje się dobrym wyborem. Technologiczne pomysły nie mają szansy się zestarzeć, kiedy ich po prostu nie ma. Ta książka nie skupia się zresztą na naukowych aspektach, ale raczej na psychologiczno-socjologicznych rozważaniach.

Choć nie mamy do czynienia z powieścią przesadnie rozbudowaną, to nie sposób powiedzieć, by nie zawierała ona ciekawych koncepcji i materiału do przemyśleń. Co może się podobać na tych niemal dwustu stronach? Na mnie wrażenie zrobiło chociażby przedstawienie zagadnienia losu, którego nie da się uniknąć. Karl Glogauer do takiego przekonania dochodzi dopiero z czasem, ale autor skrupulatnie pokazuje, co doprowadziło go do miejsca, z którego, jak się wydaje, nie ma już odwrotu. Jak zachowuje się umysł w takiej sytuacji, dzięki jakim mechanizmom jest w stanie poradzić sobie wówczas z przeciwnościami? Moorcock w fascynujący sposób mówi o tym, jak ważna jest dla nas potrzeba nie tyle własnej wyjątkowości, ile bycia kimś ważnym dla drugiego człowieka. Czy brak poczucia bycia prawdziwie kochanym powoduje deficyt własnej wartości, zaburza psychikę, wykrzywia życie? Te pytania przewijają się w toku lektury i sprawiają, że nieustannie jest o czym myśleć.

Rozważania na temat psychologii, człowieczeństwa, gotowości do poświęceń to w zasadzie istota omawianej powieści. Nie uświadczymy w niej akcji rozumianej jako warstwa sensacyjna. To może być pewnym mankamentem, barierą dla tych odbiorców, którzy są przyzwyczajeni do większej dawki przygody. Tutaj tego zwyczajnie nie ma. Nie wszystkim spodoba się też główny bohater. Z jednej strony Glogauer jest bardzo denerwujący przez to, że jawi się jako ktoś niezwykle neurotyczny i szukający usprawiedliwień dla własnych słabości, z drugiej jest jednak osobliwie zdeterminowany, żeby pokazać światu własną wartość. Ostatecznie mamy do czynienia z postacią niejednoznaczną, która mimo to w jakiś osobliwy sposób przyciąga uwagę i hipnotyzuje.

Lektura, choć szybka (to zasługa zarówno objętości, jak i faktu, że poruszane tematy są zwyczajnie interesujące), zawiera sporo głębszych treści – autor często nawiązuje do psychologii, więc dobrze jest choć trochę ową naukę „ogarniać”, żeby przynajmniej z grubsza mieć pojęcie o tym, jakie tezy i pomysły inspirują w danym momencie postać Glogauera. Książka porusza też temat tego, jak bardzo potrafimy mitologizować wydarzenia z przeszłości. Przepuszczone przez sito społecznych uwarunkowań, wierzeń i zależności założenia danej religii potrafią być inne niż to, co z niej ewoluuje w kolejnych dekadach, wiekach i mileniach.

Naprawdę dobrze wypada zabieg dwutorowej narracji (czasy współczesne i Jerozolima sprzed dwóch tysięcy lat) – dzięki temu lepiej poznajemy głównego bohatera, zaczynamy po części rozumieć, co nim kieruje i widzimy, jak religia wpływała na jego życie od maleńkości i jak wpłynął na niego kontakt „na żywo” z postaciami, które stały się fundamentem wierzeń milionów ludzi. To osobliwie hipnotyzujące, tym bardziej, że autor nie boi się kontrowersyjnych wątków, odzierając niektóre postaci z boskości, nadając im ludzki wymiar, czasem w bardzo cielesnym wymiarze. Nie znaczy to jednak, że powieść opiera się wyłącznie na obrazoburstwie i kontrowersji. Wyraźnie widać podczas lektury, że to nie o szokowanie Moorcockowi chodziło. Zwyczajnie za dużo dzieje się na innych płaszczyznach.

Nowa propozycja Rebisu w ramach „Wehikułu czasu” to powieść bardzo interesująca, zawierająca sporo kwestii do przemyślenia, ale z pewnością nieprzeznaczona dla każdego miłośnika science fiction. Jeśli ktoś w ramach tego gatunku ogranicza się wyłącznie do akcji i rozrywki, wtedy nie ma tu czego szukać, bo to fantastyka innego typu. Dużo tu filozofowania i psychologii, a poza tym na taką książkę trzeba po prostu „mieć dzień”. Warto się jednak za nią zabrać, może odłożyć ją na później, ale w końcu przeczytać, bo ostatecznie jest naprawdę wartościowa.

Autor: Michael Moorcock
Tytuł: …i ujrzeli człowieka
Tytuł oryginału: Behold the Man
Tłumaczenie: Radosław Kot
Wydawca: Rebis
Data wydania: luty 2025
Liczba stron: 184
ISBN: 978-83-8338-306-4

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 17. 03. 2025).

sobota, 22 lutego 2025

Amazing Spider-Man. Tom 14: Spisek Kameleona - Recenzja

 

Prawdopodobnie każdy fan komiksu przeżył w dzieciństwie fascynację Spider-Manem. Było nie było, to chyba najprzyjaźniejszy młodemu odbiorcy bohater, a to przede wszystkim dlatego, że najczęściej jest przedstawiany jako młoda osoba, którą targają podobne emocje. Tak w każdym razie wyglądał Pajączek kiedyś. A jak prezentuje się obecnie? Cóż, na pewno nieco inaczej, co widać chociażby w „Spisku Kameleona”.

Jeśli chce się wejść do świata Spider-Mana, sięgnięcie po ten album prawdopodobnie nie będzie najlepszym wyborem. Dlaczego? To końcowa część runu Nicka Spencera jako scenarzysty „Amazing Spider-Man”, a co za tym idzie, żeby kompleksowo ocenić poszczególne wątki i dostrzec powiązania między nimi, wskazana jest znajomość wcześniejszych wydarzeń. No ale czasami sięgamy jednak po jakiś komiks z marszu. Na takiej zasadzie „Spisek Kameleona” trafił w moje ręce – chciałem zobaczyć, w jakiej kondycji znajduje się obecnie stary, dobry znajomy. No i wyszło w zasadzie dość przeciętnie. Kłopot z połapaniem się o co chodzi to jedno (choć temu potrafi w pewnym stopniu zaradzić krótkie streszczenie na początku albumu), ale ten komiks ma inne, istotniejsze problemy.

Przede wszystkim „Spisek Kameleona” jest przeładowany wątkami i niestety nie angażują one tak, jak powinny. Nie wszystkie są też odpowiednio dobrze zarysowane. Spencer rzuca nam najpierw kilka stron poświęconych paru postaciom, po czym bardzo szybko skacze na kolejny kwiatek i skupia uwagę na innych bohaterach. Niestety żadnemu nie daje wystarczająco dużo czasu. Nigdy nie byłem wielkim fanem takiego stylu prowadzenia narracji, ponieważ to zwyczajnie rozprasza. Zamiast skupić się na jednym, dwóch protagonistach, przedstawić ich charaktery i zarysować linie napięcia między nimi, musimy uczestniczyć w istnym tournée po całym dramatis personae. Nie zrozummy się źle – wielowątkowość absolutnie nie jest niczym złym, chodzi jedynie o to, że Spencer nie potrafi okiełznać wszystkich motywów.

Komiksy superbohaterskie są obecnie wypełnione drużynami, „rodzinami” i innymi występami gościnnymi, co sprawia, że nader często poszczególne tytuły skupiają się nie do końca na tym, na czym powinny. I tak właśnie stało się z omawianym albumem. Samego Spider-Mana jest tu tyle co kot napłakał, często pełni rolę tła i statysty, a mówimy przecież o jego własnej serii! Taki stan rzeczy jest rozczarowujący, bo sięgając po komiks zatytułowany „Spider-Man”, człowiek ma jednak nadzieję na spotkanie konkretnego trykociarza. To, że Pajączka jest mało, skutkuje niedostatecznie wnikliwym wejściem w jego psychikę a poszczególne problemy są przedstawione „po łebkach”. Podobnie sprawa ma się z innymi postaciami. Spencer też po nich, że tak powiem, przemyka, co tylko wzmacnia to przykre uczucie braku głębi. Te wady po części rekompensuje akcja, bo potrafi zaangażować, jednak czy to wystarczy, by zrównoważyć wymienione mankamenty? To będzie zależało od oczekiwań każdego z czytających. W mojej opinii wady przeważają.

Zdobiące omawiany album ilustracje to solidnie wykonana robota. Nad komiksem pracowało łącznie pięciu artystów, ale w kolejnych zeszytach nie widać prawie żadnego stylistycznego rozstrzelenia. Prace są spójne, cechują je przejrzystość i uniwersalność. Osadzono je raczej w stylu cartoonowym, nie zahaczają za bardzo o realizm. Rysunki są za to efektowne, a ich wyrazistość jest cały czas podbijana przez grube kontury.

Kolejny „Spider-Man” na polskim rynku nie jest komiksem, dzięki któremu ktoś nagle poczuje nieodpartą miłość do Pajączka (jeśli tak by się stało, byłbym naprawdę bardzo zaskoczony). To album poprawnie skonstruowany, jednak w ogólnym rozrachunku nie oferuje niczego, co mogłoby sprawić, że nie mógłbym oderwać się od lektury. Jest przeciętny, w porywach dość dobry – to chyba jego najlepsze określenie. Rzecz przede wszystkim dla wiernych fanów. Pozostali na pewno nie będą olśnieni.

Tytuł: Spisek Kameleona
Seria: Amazing Spider-Man
Tom: 14
Scenariusz: Nick Spencer
Rysunki: Mark Bagley, Marcelo Ferreira, Carlos Gomez, Ze Carlos, Ig Guara
Kolory: Brian Reber, Morry Hollowell, Andrew Crossley, Erick Arciniega, Rachelle Rosenberg
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Tytuł oryginału: Amazing Spider-Man by Nick Spencer Vol. 14: Chameleon Conspiracy
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Marvel Comics
Data wydania: styczeń 2025
Liczba stron: 144
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 167 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7501-3

(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 11. 02. 2025).