Pingwin to bez dwóch zdań jeden z najbardziej wyrazistych przeciwników Batmana. Na przestrzeni lat dorobił się sporego grona wielbicieli i kilku ciekawych interpretacji, że wspomnę chociażby o aktorskiej kreacji Danny’ego DeVito w „Batman Returns”. Ostatnimi czasy mocno rozwinął skrzydła (jak to świetnie brzmi, prawda?), bo nie tylko bryluje na małym ekranie w swoim własnym serialu, ale jego przygodami zajął się Tom King – scenarzysta wszechstronny i utalentowany, który dał nam kilka niezapomnianych komiksów, także tych pisanych dla DC Comics. Po „Długiej drodze do domu” obiecywałem sobie zatem naprawdę wiele.
Pingwin, król półświatka Gotham City, zmarł. Taka jest przynajmniej oficjalna wersja, bo w rzeczywistości złoczyńca zaszył się w Metropolis, gdzie prowadzi względnie spokojne życie. Jak to jednak bywa, spokój nigdy nie trwa zbyt długo – Pingwin, zmuszony do współpracy z rządem amerykańskim, zostaje wysłany do Gotham w celu odzyskania dawnej pozycji. Żeby tego dokonać, musi zwerbować pomocników.
Można powiedzieć, że „Długa droga do domu” to komiks oparty na znanych od dawna pomysłach, bo traktuje – w ogólnych założeniach – o formowaniu ekipy. Poza samym głównym motywem w tym komiksie nie ma jednak nic generycznego. Tym razem Tomowi Kingowi bardzo blisko do jego najlepszych scenariuszy, co nie powiem, bardzo mnie cieszy, zwłaszcza w serii ulokowanej tak blisko trykociarskiego mainstreamu.
Co sprawia, że „Pingwin” jest tak dobry? Robotę robi przede wszystkim scenariusz. Każdy kolejny zeszyt to osobny epizod pokazujący, jak Cobblepot przygotowuje się do odzyskania utraconej pozycji. Wszystkie składają się na fascynującą całość – opowieść została misternie skonstruowana i ważny jest w niej każdy detal. King mistrzowsko stopniuje napięcie i utrzymuje zainteresowanie odbiorcy na każdej stronie. Kolejne zeszyty początkowo mogą być średnio zrozumiałe – najpierw dostajemy fabularne okruchy i dopiero po chwili wyłania się z nich większy obraz. Pozwala to jednak jeszcze bardziej smakować kunszt konstrukcyjny tej historii.
Bardzo dobre wrażenie robi kreacja głównego bohatera. Oswald Cobblepot nie ma w sobie nic z niezdarnego złola, a tak bywał pokazywany. To prawdziwy psychopata, który potrafi wykorzystać swój wygląd do tego, żeby osiągać cele. Dobrze wie, że ludzie, oceniając jego aparycję, nie doceniają umiejętności, które posiada – a te są niemałe. Pingwin nie ma tu absolutnie żadnych skrupułów, nie ma też sumienia. Zlikwiduje każdego, kto stoi na jego drodze, posunie się do każdego draństwa, żeby to jego było na wierzchu. To ktoś kompletnie nieobliczalny, ale w „zimnym” znaczeniu tego słowa – to nie świr (choć potrafi go przekonująco zagrać), ale wyrachowany, do cna zły człowiek. Nigdy wcześniej nie widziałem tak przejmującej interpretacji tej postaci.
Mocno zaskoczyło mnie też, jak dużo w tym komiksie niepokojących obrazów przemocy. To nie jest standardowe trykociarskie mordobicie, które bierze się w cudzysłów, raczej obraz totalnej moralnej degrengolady, pokazanie świata, w którym ludzkie życie ma bardzo małą wartość. To bardzo sugestywna, dojmująca i dołująca wizja – ten aspekt komiksu superbohaterskiego rzadko zostaje oddany w tak poruszający sposób.
Warstwa graficzna stoi na równie wysokim poziomie jak scenariusz. Ilustracje są mroczne i cechują się swoistym brudem. Rafael de Latorre pracował nad większością zeszytów i utrzymał swoje prace w realistycznym stylu, dzięki czemu robią jeszcze większe wrażenie, zwłaszcza w tych najbardziej dosadnych kadrach, portretujących najbrutalniejsze posunięcia głównego bohatera. Dwa zeszyty to z kolei dzieło Stevana Subica – u niego nadal jest mrocznie i brudno, ale jego Oswald jest nieco inny – to okrąglutki chłoptaś, który sprawia wrażenie wielkiego niezguły. Ten wizerunek fantastycznie kontrastuje z mrocznymi czynami pozbawionego moralności, wyrachowanego przestępcy. Kawał świetnej roboty. Nie grają mi tu tylko rysunki do zeszytu „zerowego”, które są kolorowe i „śliczniutkie”, przez co pasują do reszty albumu jak pięść do nosa.
Odnoszę nieodparte wrażenie, że Tom King to najlepsze, co przytrafiło się DC Comics od bardzo dawna. Ok, może jego run w „Batmanie” nie był tak błyskotliwy, jak można się było spodziewać, ale kilka albumów, które wyszły spod jego ręki, nie tylko zdecydowanie zrobiło robotę, ale mają one potencjał na zdobycie miana prawdziwych klasyków, że wspomnę choćby o fenomenalnym „Gotham. Rok pierwszy” czy poruszającym „Mister Miracle”. A teraz na księgarnianych półkach ląduje świetny „Pingwin”, który fenomenalnie odświeża wizerunek tytułowego złoczyńcy, w końcu nadając mu mroczny blask, na jaki zasługuje. Warto, ze wszech miar warto.
Tytuł: Długa droga do domu
Seria: Pingwin
Tom: 1
Scenariusz: Tom King, Chip Zdarsky
Rysunki: Rafael de Latorre, Stevan Subic, Belen Ortega
Kolory: Marcelo Maiolo, Luis Guerrero
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: The Penguin Volume 1: The Prodigal Bird
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: lipiec 2024
Liczba stron: 200
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Format: 167 x 255
ISBN: 978-83-281-6582-3
(Recenzja powstała dzięki współpracy z serwisem Szortal, na którym ukazała się 25. 02. 2025).